Rano obudziłam się wyspana (szok, niedowierzanie!), było cudownie cicho. Noga w spoczynku nie dokuczała, chociaż wyglądała zjawiskowo: mocno obrzęknięta z widowiskowym krwiakiem. Na resztę wyprawy pozostało mi udawać, że nic nie widzę. Zastosowałam stałą procedurę: rano maść z lekiem, potem Maciek zakładał elastyczny bandaż zgodnie z instrukcją, w trakcie jazdy samochodem przez trzy dni cały czas okładałam nogę lodem w woreczku, do zwiedzania ubierałam wysokie buty trekkingowe stabilizujące staw skokowy i chodziłam z kijami. Zadziałało to świetnie i pozwoliło zrealizować mi cały program na Wyspie Południowej bez dolegliwości, pod koniec wyprawy obrzęk był wyraźnie mniejszy, krwiak powoli się wchłaniał. Jedynie tego 10 lutego zrobiłam sobie przerwę w chodzeniu bo uraz był naprawdę świeży. Dopisało mi szczęście, bo też tego dnia niewiele było do zwiedzania. Samochód dowiózł nas do Kaikoury - niewielkiego miasteczka na wschodnim wybrzeżu Wyspy Południowej. Jedna osoba wybrała tu atrakcję pod postacią rejsu na obserwację wielorybów. Po zatoce Monterey planowo to sobie odpuściliśmy i Maciek z resztą grupy poszedł na spacer do Point Kean, gdzie wylegują się nowozelandzkie uchatki futrzaste (zrobili ok. 8 km). Ja zostałam w miasteczku i miałam kilo świętego spokoju. Posiedziałam w kawiarni, popisałam zaległe wspomnienia, pooglądałam sklepy i zjadłam smaczny lunch - jagnięcinę z grilla. Wcale mi się nie nudziło. Po rejsie i powrocie ze spaceru reszta grupy zjadła lunch i ruszyliśmy w okolice jeziora Tekapo. Na miejscu byliśmy wieczorem.
wtorek, 1 września 2026
środa, 19 sierpnia 2026
Nowa Zelandia 2026 - 9 lutego (Wellington)
Noc niezła, po trekkingu nie było problemów ze snem. Rano śniadanko z produktów sklepowych (jogurt, ciabbata z szynką i serem, Maciek wrapy bezglutenowe z szynką lub rybą z puszki, pomidorki, ogórki - spoko). W planie mieliśmy dzień bez emocji: dojazd do Wellington, krótkie zwiedzanie miasta według uznania, transport do portu i promem przepłynięcie na Wyspę Południową. Ale dzień bez emocji to nie dla mnie. Po dojechaniu do miasta dostaliśmy dwie i pół godziny przed odprawą promową na lunch lub spacer. Nie było łatwo w poniedziałkowe przedpołudnie zjeść coś smacznego ale w końcu trafiliśmy na otwartą od godziny 12 restaurację serwującą kuchnie, no nie wiem, afrykańską? Zjedliśmy bardzo ciekawie doprawiony ryż i sałatkę ze smażonym kurczakiem - wyszło całkiem zgrabnie chociaż użyte przyprawy nie przypominały mi żadnego regionu świata.
Pozostały czas wolny postanowiliśmy wykorzystać na spacer do punktu widokowego na Górze Wiktorii. Oryginalna maoryska nazwa wzgórza to Tangi Te Keo. Mount Victoria Lookout wznosi się 196 metrów nad miastem, oferuje piękne widoki na stolicę Nowej Zelandii, zatokę Oriental Bay i port. Zalesione zbocza góry posłużyły za plan zdjęciowy do filmu Drużyna Pierścienia. To tutaj kręcono słynną scenę, w której hobbitom udaje się uciec przed Upiorami Pierścienia (Nazgulami), chowając się pod wielkimi korzeniami drzew. Rekwizyt wielkiego drzewa był sztuczny i już go nie ma, ale naturalna półka ziemna znajduje się na szlaku Hobbit's Hideaway. Niestety nas trochę gonił czas więc na szczyt wybraliśmy główny, łatwy szlak o długości około 5 km. Zostaliśmy nagrodzeni zachwycającą panoramą miasta co dało okazję do zrobienia wielu ujęć. I na tym mogłoby się skończyć moje spotkanie z Wellington, ale nie, to by było za łatwe. Po zejściu ze wzgórza, około 500 metrów od miejsca zbiórki wypatrzyłam jeszcze ładny punkt widokowy na Fontannę Cartera w porcie Wellington, oddaloną o 150 metrów od zatoki Oriental Bay. Tak się zapatrzyłam i oczywiście spieszyłam, że niewielki próg przed barierką zupełnie mi umknął i bardzo widowiskowo poleciałam do przodu. Uniknęłam upadku, ale lewy staw skokowy wywinął się absurdalnie. No zwichnięcia stawu skokowego w Nowej Zelandii zupełnie nie planowałam. Dzielnie hamując krzyk i łzy drobnymi kroczkami doczłapałam do busa. Na szczęście tego dnia czekała mnie już tylko podróż, żadnego zwiedzania. Zrobiłam wszystko co było można w tamtych warunkach: na prom wjechałam wózkiem, podczas rejsu na Wyspę Południową cały czas chłodziłam staw lodem (barman się zlitował), wzięłam leki p-bólowe i tyle. Straciłam piękne widoki z rejsu Wellington → Cieśnina Cooka → Tory Channel → Queen Charlotte Sound → Picton, ale Maciek dzielnie wszystko utrwalał.
Po dopłynięciu razem z grupą zaawansowanych seniorów zostałam na wózku dostarczona do busa (matko, co z wstyd). Auto wygodne choć nieco mniejsze od tego z Wyspy Północnej, grupa zostawiła mi najbardziej komfortowe miejsce z możliwością ułożenia nogi. Chłodzenie i leki zadziałały i nawet nie bolało. Nasz nowy kierowca - Anna dowiózł nas do pierwszego motelu. Pokój duży z aneksem. Maciek zrobił zakupy spożywcze a w aptece nabył bandaż i opaskę uciskową na dzień następny. Po chłodzeniu nałożyłam na staw pół tubki maści z lekiem p-bólowym i położyłam się do łóżka bez specjalnych nadziei na sen.
poniedziałek, 3 sierpnia 2026
Nowa Zelandia 2026 - 8 lutego (Tongariro Alpine Crossing)
Pobudka o piątej rano. Małe co nieco przed wyjściem i po szóstej wyszliśmy przed hotel. Tego dnia wyczekiwałam prawie jak wizyty w Hobbitonie, jednak było znacznie więcej niewiadomych. Warunkiem realizacji trekkingu Tongariro Alpine Crossing jest w miarę bezpieczna pogoda, bo w przypadku skrajnie niesprzyjającej aury trasa bywa zamykana (tak się zdarzyło dzień wcześniej z powodu wiatru 80 km/godz.). Tej niedzieli zapowiedzi były dobre chociaż ranek nieco deprymujący: przyjemne 12°C ale sporo mgieł, a góry w chmurach. Wpół do siódmej podjechał bus zgarniający turystów z hoteli i podwiózł nas do wejścia na szlak. Pierwsze 7 km to faktycznie wzmagający się wiatr, mgły i chmury płynące na przełęczach. W kulminacyjnym momencie zawieruchy kilku turystów zdecydowało się zawrócić, bo warunki zdawały się nieprzewidywalne. Po tym apogeum zeszliśmy na dno kaldery z licznymi fumarolami, gdzie Frodo i Sam ostatkiem sił zbliżali się do celu. Wiatr jeszcze trochę powiał i jak na zawołanie pięknie odsłoniła się Ngauruhoe (filmowa Orodruina) – czynny wulkan o wysokości 2 291 m n.p.m., co niezwykle mnie wzruszyło. Jeszcze przez moment przesłaniały ją chmury i po chwili Góra Przeznaczenia zaprezentowała się w całej okazałości. Po wspięciu na najwyższy punkt trekkingu - Czerwony Krater (1886 m n.p.m) mogliśmy przy pięknej i stabilnej pogodzie podziwiać Orodruinę, grań ukształtowaniem przypominającą wejście do filmowej komory ognia, a po drugiej stronie mieniące się w słońcu Szmaragdowe Jeziorka i Błękitne Jezioro w oddali. Za nami mniej więcej połowa trekkingu, zrobiło się ciepło i wiatr odpuścił. Przy jeziorkach urządziliśmy sobie przerwę na załapanie oddechu i lunch. I muszę przyznać, że niewiele posiłków w górach spożywałam w tak niesamowitej scenerii. Od tego miejsca poza krótkim podejściem do Błękitnego Jeziora praktycznie już tylko schodzi się z wysokości. Nadal jest pięknie: duże jezioro zagubione w górach, dolina dymiących gejzerów, widok na jezioro Taupo, wodospad w lesie.
Zrobiliśmy dystans ok. 20 km, pod górkę 900 metrów, najniższa temperatura 10°C, najwyższa 23°C. Trekking świetnie przygotowany, busy z parku Narodowego przywożą i odwożą turystów, na szlaku wiele tablic informacyjnych, trzy miejsca z toaletami (i to nie toy-toy, ale solidne kabiny ładnie wkomponowane w krajobraz), ścieżka dobrze przygotowana, nawet spore odcinki drewnianych kładek (aż dziw, że nie było czerwonego dywanu) - jak na takie wulkaniczne bezdroża to bardzo cywilizowane warunki wędrowania. Pewnie duża ilość turystów wymusiła te rozwiązania, za to na szlaku jest czysto a przyroda nie zdewastowana. Po moich wielu (chyba mogę tak napisać) pieszych wędrówkach po górach slogan, że jest to najpiękniejszy jednodniowy trekking na świecie wydaje się nieco przesadzony, za to z pewnością widoki są spektakularne, nikogo nie rozczarują a dla miłośników Tolkienia to pozycja absolutnie obowiązkowa.
Ukończyliśmy trekking między godzinami odjazdu busów, na szczęście nasz kierowca z resztą grupy odebrali nas z punktu końcowego i ruszyliśmy dalej. W niewielkiej miejscowości zostaliśmy zakwaterowani w fajnym motelu z aneksem kuchennym. Niestety zrobiło się późno i restauracje już kończyły pracę, jeszcze działały jadłodajnie typu KFC oferujące potrawy smażone na głębokim tłuszczu ale to nie dla mnie. Kupiliśmy gotowe dania w pobliskim Woolies, niestety wybór skromniutki, zjedliśmy jakieś mięso, ziemnaki, fasolkę - bardzo niesmaczne. Postanowiłam odpuścić sklepowe gotowce do końca wyprawy.
Pomimo nieszczególnej kolacji zasypiałam szczęśliwa, bo udało mi się zrealizować flagowy trekking Nowej Zelandii idąc śladami Froda i Sama.