Zbliżał się kolejny przedłużony weekend, lato w pełni więc czas najwyższy wybrać tegoroczny szczyt tatrzański. Początkowo myśleliśmy o Krywaniu, ale że to czas narodowej wspinaczki Słowaków na tę górę wybór padł na Sławkowski Szczyt. I chociaż prawdopodobieństwo tłumów spore to Wysokie Tatry były jedyną szansą na ucieczkę przed trzydziestostopniowymi upałami w mieście. Zarezerwowałam dwa noclegi w ponad stuletnim Grandhotelu w Starym Smokowcu. O wyborze zadecydowało świetne położenie (praktycznie na początku szlaku), miejsce parkingowe, no i po prostu byłam ciekawa. Ten wyjątkowy pod względem architektonicznym hotel owiany jest luksusową atmosferą, w 2008 roku przyjechała tutaj z oficjalną wizytą królowa angielska Elżbieta II.
Droga w piątkowe przedpołudnie trwała prawie cztery godziny, porównując nasze wcześniejsze wypady na Słowację mogę powiedzieć, że to się robi coraz trudniejsze. Po zameldowaniu i krótkim odpoczynku postanowiliśmy wykorzystać jeszcze ładne i ciepłe popołudnie na spacer do Wodospadów Zimnej Wody. Z hotelu wyruszyliśmy na Hrebieniok, potem czerwonym szlakiem w kierunku Staroleśnej Polany i dalej do Wodospadu Olbrzymiego. Powrót zielonym szlakiem koło Rainerowej Chaty, wzdłuż Wodospadów (Mały, Skryty, Wielki, Długi) do Bilikowej Chaty a stamtąd z powrotem do Hrebienioka i do hotelu. Wyszło 9,5 km - taki rozruch przed jutrzejszą wspinaczką. Jeśli chodzi o ucieczkę przed upałem to było dobre 27 stopni, jak na Tatry Wysokie to całkiem sporo. Wodospady po gorącym i suchym lecie nie toczyły dużo wody ale coś tam było do pooglądania.
Hotel nas zauroczył. Jest stary i moim zdaniem to daje same plusy: grube ściany (cicho!), otwierające się okna, żadnych wentylatorów w łazience - cudo. Klimat jest niezaprzeczalnie, a najbardziej spodobała mi się sala restauracyjna z górującym na stolikami szefem, który witał gości i czujnie nadzorował pracę kelnerów - no wypisz, wymaluj "Zaklęte rewiry". Kolacja smaczna, urozmaicona i z gustowną muzyką na żywo.