środa, 3 czerwca 2026

Nowa Zelandia 2026 - 3 lutego (Auckland)

To była moja najlepsza noc w Australii - do wczesnej pobudki o godzinie trzeciej spałam mocno, nareszcie bez przebudzeń. Dwudniowa infekcja odpuściła, chociaż nie wiem, czemu to musiało trafić akurat na Sydney. Na Nową Zelandię zostało mi pociąganie nosem. Wieczorem przed snem wypełniliśmy jeszcze e-deklarcję mając nadzieję na sprawniejszą odprawę w NZ. Taksówką podjechaliśmy na lotnisko. Tam przed wylotem poddano nas drobiazgowej kontroli, żaden batonik się nie prześlizgnął. Lot liniami Qantas (narodowym przewoźnikiem Australii) bardzo przyjemny. Wylądowaliśmy w Auckland i od razu niespodzianka: przed opuszczeniem samolotu otwarto luki bagażowe i zawartość została spryskana aerozolem (podobno mieszanka 2% permetryny + 2% d-fenotryny), mam nadzieję, że to bezpieczne stężenie, bo wszyscy nawdychaliśmy się oparów. Odprawa rzeczywiście poszła szybciej, kontrole sprawne i drobiazgowe. Pies wskazał kolegę z grupy z powodu foliowego woreczka, co prawda opróżnionego, ale po przechowywaniu skórki i ogryzka po jabłku, serio.  

W Nowej Zelandii przywitał nas Andrzej - Polak mieszkający chyba w Auckland. Był naszym kierowcą po Wyspie Północnej. Przed lotniskiem czekał na nas duży bus -  siedzenia bardzo wygodne, sporo miejsca na nogi i bagaż podręczny (duuuża ulga...). W drodze do Auckland podjechaliśmy na Mount Eden / Maungawhau w języku maoryskim (196 m n.p.m.) - nieaktywny wulkan i jednocześnie najwyższy, naturalny punkt widokowy z piękną panoramą miasta i otaczających go śpiących wulkanów (doliczono się już 53). Potem malowniczą drogą Tamaki Drive dotarliśmy do Missin Bay - szerokiej, piaszczystej plaży z widokiem na zatokę Hauraki i wyspę Rangitoto (wulkan tarczowy). Deptak przy plaży oferuje mnóstwo knajpek i kawiarni. Lunch zjedliśmy we włoskiej restauracji. W sumie to zabawne, że będąc na końcu świata jedliśmy u Włocha. Po krótkim spacerze ruszyliśmy do hotelu.

Jako że wszelakiego jedzenia trzeba było się pozbyć na lotnisku poznawanie Nowej Zelandii zaczęliśmy od najbliższego Woolies. Po zakupach mogliśmy pozwiedzać miasto. Do dyspozycji było cale popołudnie ale przewodnik poprowadził nas uliczkami Auckland do portu i z powrotem. Trochę mnie to zaskoczyło, bo znalazłam przed wyjazdem trochę ciekawostek z największego miasta NZ, ale notatki zostały w pokoju hotelowym. Jakoś założyłam, że przewodnik to wszystko zna. Tak więc zwiedzanie Auckland wypadło niestety słabo, bo nic z tych rzeczy nie zobaczyłam. Kolację zjedliśmy w znanej z Kalifornii sieciówce Denny's - było przewidywalnie i całkiem smacznie.

Jet lag i infekcja odpuściły więc liczyłam na pierwszą, dobrą noc w Nowej Zelandii. 

 















sobota, 30 maja 2026

Australia 2026 - 2 lutego (Góry Błękitne)

Po lobbowym śniadanku zbiórka przed dziewiątą i wyjazd w Góry Błękitne. Przewodnik na ten jeden dzień wypożyczył sporego busa i został naszym kierowcą. Po drodze przystanek na przedmieściach Sydney w Featherdale Wildlife Park - interesujące ZOO ze zwierzętami Australii. Sporo ciekawych okazów, w tym ruchliwy wombat, kuoka, piękne psy dingo, kompletnie postrzelony diabeł tasmański i oczywiście koale. Park powstał na terenie farmy rodzinnej, rozrósł się ale i tak nie jest duży, więc idealny na niemęczący spacer w rozsądnym czasie.

Następnie po niecałych dwóch godzinach dotarliśmy do malowniczego miasteczka Katoomba będącego turystycznym sercem  Parku Narodowego Gór Błękitnych. Zaparkowaliśmy na terenie kompleksu rozrywkowego Scenic World oferującego  atrakcje z oszałamiającymi widokami na kanion i doliny. Najpierw krótki przejazd Scenic Skyway - gondolą z przeźroczystą podłogą (wagonik zawieszony 270 m nad doliną Jamison pokonuje ok. 720 m pomiędzy dwoma urwiskami skalnymi). Potem zjazd w głąb doliny Jamison kolejką linową Scenic Cableway - przestronna kabina mieszcząca jednorazowo do 84 osób pokonuje ok. 510 metrów. Po zjeździe spacer ok. 2,5 km trasą prowadzącą po drewnianych kładkach pośród lasu deszczowego i eksponatów z czasów górnictwa. Do głównej stacji wróciliśmy najbardziej stromą kolejką pasażerską na świecie - Scenic Railway (310 metrów pokonujemy przy niewiarygodnym nachyleniu 52°).

Wycieczkę zakończyliśmy około 2 km spacerem ze Scenic World do Echo Point, po drodze zeszliśmy do kaskad na rzece Kedumba (na wodospad nie było już czasu). Obrazki ładniutkie, formacja skalna Trzy Siostry wyoglądana ze wszystkich stron. Do hotelu wróciliśmy po południu.

Pozostało jeszcze pożegnać się z Australią jakąś fajną kolacją. Wstąpiliśmy do włoskiej knajpki - pierwszej czynnej restauracji na trasie naszych poszukiwań, i trochę to trwało. W Sydney wieczorem wcale nie tak łatwo znaleźć czynny lokal nie będący tajskim jedzeniem. I było to pyszne zakończenie dnia. Maciek zjadł risotto z grzybami (opcja gluten i dairy free - dla kucharza żaden problem), a ja spaghetti, ale co to było za spaghetti. Z podania makaronu zrobiono cały show: przy stoliku podpalono dużą misę, makaron w niej doprawiano, potem bajerancko ułożono na talerzu. Wreszcie poczułam klimat wielkiej metropolii.