Po Nowym Roku zaczęłam się już więcej interesować wyprawą, robiłam research wybranych miejsc i atrakcji. W programie dwa dni mieliśmy niejako dla siebie, do indywidualnego odkrywania: był to jeden dzień w Sydney i pół dnia w Queenstown, więc postanowiłam zaplanować je wg naszych zainteresowań. Kilka dni przed wyjazdem odbyliśmy jeszcze onlinowe spotkanie z innymi uczestnikami i przewodnikiem, była możliwość zadawania pytań i ostatnich uzgodnień. Po tym zebraniu Maciek podjął ostateczną decyzję co do sprzętu fotograficznego. I tak miał to być nasz pierwszy wyjazd tylko z komórkami, bo przydatność teleobiektywu wg przewodników byłaby wątpliwa. Jakaż to oszczędność na kilogramach bagażu, nie mówiąc o komforcie przemieszczania! Przed wyjazdem otrzymaliśmy jeszcze aplikację na telefon z wszystkimi danymi wyjazdowymi, planem wyprawy dzień po dniu, bazą hotelową, opisem atrakcji i ciekawostkami z odwiedzanych miejsc. Tym razem była to autorska aplikacja Kiribati Club. Teraz już spokojnie mogłam oddać się swojej ulubionej pasji czyli martwieniem się o pociąg, opóźnienia, długość lotu, pogodę na miejscu itd., w sumie to o wszystko. Ale tak już mam i nawet po tylu wyjazdach nie jestem w stanie tego uniknąć. Najbardziej obawiałam się rozczarowania wybranym kierunkiem wyprawy, czy zachwyci mnie tak jak się tego spodziewałam?
czwartek, 9 kwietnia 2026
Australia i Nowa Zelandia 2026 - przygotowania
niedziela, 22 marca 2026
Słowacja 2025 - 16 sierpnia (Sławkowski Szczyt)
Pobudka o szóstej, żeby przygotować plecaki, prowiant, ubranie i o siódmej stawić się na śniadaniu. Napakowaliśmy kalorii ile wlezie i przed ósmą byliśmy już przy kolejce. Postanowiliśmy wykorzystać fakt, że w cenie hotelu był wjazd kolejką i zaoszczędzić sobie 2 km podejścia na Hrebieniok, które jest nudne i mało widokowe. Wyjechaliśmy pierwszym kursem.
Na Sławkowski Szczyt wchodziliśmy po raz trzeci, ale pierwszy raz w krótkich spodenkach i lekkich koszulkach. Pogoda trafiła się wyjątkowa: wcześniej też wspinaliśmy się w słońcu, ale nigdy na szczycie nie było 26°C przy jedynie symbolicznych podmuchach wiatru. Cieplejsza odzież, którą zawsze w Tatry zabieramy została na dnie plecaków. Trochę czasu minęło (w sumie to 12 lat), więc widoki cieszyły jak za pierwszym razem. Nowością okazał się krzyż na szczycie, który oczywiście stał się obowiązkową widokówką. W planie mieliśmy też zjazd kolejką, jednak w popołudniowej porze prawie wszyscy kończyli trekkingi i spore tłumy czekały na wagonik. Nam się czekać nie chciało więc ten ostatni fragment do hotelu postanowiliśmy też przedreptać. Wyszło całkiem zgrabne 15 km, za to przewyższenia ponad 1100 metrów i to nas troszkę sponiewierało.
Została jeszcze ponad godzina do kolacji co wykorzystaliśmy w hotelowym Spa, aby dokonać chociaż częściowej odnowy biologicznej w basenie i jacuzzi. Po wyczerpującym (bez przesady ale jednak) trekkingu taki relaks z kieliszkiem niezłego Prosecco smakował wybornie. Kolacja też wyśmienita. I tak to ja mogę wędrować po tatrzańskich szlakach. W pewnym wieku to cieszy, można z uśmiechem powspominać trasy kończące się noclegiem na podłogach w schroniskach. A tak też bywało. Ale cóż, powiem otwarcie - nie tęsknię.
niedziela, 15 marca 2026
Słowacja 2025 - 15 sierpnia (Wodospady Zimnej Wody)
Zbliżał się kolejny przedłużony weekend, lato w pełni więc czas najwyższy wybrać tegoroczny szczyt tatrzański. Początkowo myśleliśmy o Krywaniu, ale że to czas narodowej wspinaczki Słowaków na tę górę wybór padł na Sławkowski Szczyt. I chociaż prawdopodobieństwo tłumów spore to Wysokie Tatry były jedyną szansą na ucieczkę przed trzydziestostopniowymi upałami w mieście. Zarezerwowałam dwa noclegi w ponad stuletnim Grandhotelu w Starym Smokowcu. O wyborze zadecydowało świetne położenie (praktycznie na początku szlaku), miejsce parkingowe, no i po prostu byłam ciekawa. Ten wyjątkowy pod względem architektonicznym hotel owiany jest luksusową atmosferą, w 2008 roku przyjechała tutaj z oficjalną wizytą królowa angielska Elżbieta II.
Droga w piątkowe przedpołudnie trwała prawie cztery godziny, porównując nasze wcześniejsze wypady na Słowację mogę powiedzieć, że to się robi coraz trudniejsze. Po zameldowaniu i krótkim odpoczynku postanowiliśmy wykorzystać jeszcze ładne i ciepłe popołudnie na spacer do Wodospadów Zimnej Wody. Z hotelu wyruszyliśmy na Hrebieniok, potem czerwonym szlakiem w kierunku Staroleśnej Polany i dalej do Wodospadu Olbrzymiego. Powrót zielonym szlakiem koło Rainerowej Chaty, wzdłuż Wodospadów (Mały, Skryty, Wielki, Długi) do Bilikowej Chaty a stamtąd z powrotem do Hrebienioka i do hotelu. Wyszło 9,5 km - taki rozruch przed jutrzejszą wspinaczką. Jeśli chodzi o ucieczkę przed upałem to było dobre 27 stopni, jak na Tatry Wysokie to całkiem sporo. Wodospady po gorącym i suchym lecie nie toczyły dużo wody ale coś tam było do pooglądania.
Hotel nas zauroczył. Jest stary i moim zdaniem to daje same plusy: grube ściany (cicho!), otwierające się okna, żadnych wentylatorów w łazience - cudo. Klimat jest niezaprzeczalnie, a najbardziej spodobała mi się sala restauracyjna z górującym nad stolikami szefem, który witał gości i czujnie nadzorował pracę kelnerów - no wypisz, wymaluj "Zaklęte rewiry". Kolacja smaczna, urozmaicona i z gustowną muzyką na żywo.
poniedziałek, 19 stycznia 2026
Niemcy 2025 - 22 czerwca (Drezno)
I to już był koniec rowerowego weekendu. Po śniadanku ruszyliśmy w drogę powrotną, jak się później okazało razem z rzeszami polskich turystów. Wykorzystując słoneczny i upalny dzień postanowiliśmy jeszcze poświęcić 2 - 3 godziny na spacer po drezdeńskiej starówce. Wiem, że to krótko, ale tylko takie okienko czasowe wydawało się w miarę bezpieczne. Niestety brak Wi-Fi w hotelu i w ogóle słaby internet nie pozwolił nam przygotować fajnej trasy zwiedzania, co nas w Niemczech całkiem zaskoczyło. Coś tam poczytałam przed wyjazdem, ale nie za dużo. W drodze do Drezna internet wreszcie ożył i udało się trafić na wybrany parking podziemny. Auto z rowerami było bezpieczne a my mogliśmy spokojnie ruszyć w miasto. Celowaliśmy w konkretny parking, bo jest on zlokalizowany blisko zamku Zwinger więc nie trzeba tracić czasu na dotarcie do zabytków i zwiedzanie zacząć od razu. Cóż, na pewno miejsce zasługuje co najmniej na cały dzień, ale nawet taki trochę chaotyczny spacer bez przygotowanego planu pozwolił zobaczyć sporo atrakcji. I chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że wszystko, na co patrzymy zostało w 1945 roku zrównane z ziemią, to jednak determinacja trwającej dziesięciolecia rekonstrukcji dała piękne rezultaty. Fotki może oddadzą trochę uroku Starego Miasta w Dreźnie, które "udaje" stare ale z jakąż gracją. Nie mieliśmy wiele czasu na wnętrza, chociaż udało się zajrzeć do Katedry Świętej Trójcy i oczywiście do Zamku Rezydencyjnego. Tam oprócz Zbrojowni i Komnat Paradnych oszałamiające wrażenie robią zbiory Zielonego Skarbca prezentujące między innymi dzieła drezdeńskiego mistrza jubilerskiego Dinglingera. I chociaż nie można odmówić mu wielkiego talentu, to jednak kaprysy króla Augusta przyczyniły się do powstania kosztownych arcydzieł, które oprócz drogocennych kamieni szlachetnych wykorzystywały koralowce i co mnie szczególnie bolało, wielkie ilości kości słoniowej. Ciężko myśleć, jak wiele zwierząt zostało okaleczonych dla zaspokojenia fanaberii Sasów. Przed ostatnim fragmentem podróży chcieliśmy jeszcze zjeść obiad w Dreźnie. Ponieważ przy wyjściu z naszego parkingu była grecka restauracja, zachęceni wczorajszym greckim lunchem postanowiliśmy powtórzyć menu. I niestety, wyszło słabo. Jedzenie po prostu niesmaczne, co potwierdza, że nie wystarczy flaga Grecji na wejściu żeby mieć obleganą knajpę, tylko do tego potrzeba jeszcze dobrego kucharza. Powinniśmy się domyśleć, że go tam nie ma, bo oprócz nas nie było innych klientów. W końcu ruszyliśmy do Bielska a z nami, miałam wrażenie, pół Polski. Autostrada całkiem niewydolna, wpadaliśmy w korki jeden za drugim, powrót trwał prawie siedem godzin i zupełnie nas wykończył. Ten kierunek chyba nie nadaje się do realizacji wycieczek w trakcie przedłużonych weekendów w kraju.