niedziela, 12 lipca 2026

Nowa Zelandia 2026 - 7 lutego (dolina Wai-O-Tapu, jezioro Taupo, jezioro Rotopounamu)

Po dość wczesnym śniadaniu  o ósmej wyjazd do doliny Waimangu Volcanic. 3,5 km pętla wyznaczonymi ścieżkami po unikatowej dolinie  Wai-O-Tapu pozwala zobaczyć  jak wygląda wnętrze naszej planety – z gotującym się błotem, parującymi szczelinami i wodami w niewiarygodnych kolorach. I tak podziwialiśmy Champagne Pool – krater z turkusową wodą i pomarańczową otoczką, Artist’s Palette z eksplozją kolorów, oraz Devil’s Bath – siarkowe jezioro w odcieniu neonowej zieleni i oczywiście mleczno-seledynowe jezioro Ngakoro (efekt rozpuszczonych w wodzie siarczków i soli żelaza, które załamują światło). Trzeba było utrzymać tempo spaceru bo mieliśmy nadzieję zobaczyć w akcji Lady Knox, ale trudno się dyscyplinować w postojach i robieniu fotek mając przed sobą takie barwne widowisko. Przy wejściu na trasę zostaliśmy opieczętowani i była to też wejściówka na pokaz mydlanej erupcji wulkanu nazwanego na cześć córki gubernatora Nowej Zelandii Lady Constance Knox. Pokaz odbywa się codziennie ok. 10.00 - 10.30, wybuch oglądaliśmy w takim jakby amfiteatrze, erupcja wywoływana przez dodanie mydła daje strumienie wrzątku nawet do 20 metrów wysokości. Ładniutkie widowisko ale króciutkie.

Po tych atrakcjach przejechaliśmy pod wodospad Huka utworzony na najdłuższej rzece Nowej Zelandii czyli Waikato. Rzeka gwałtownie zwęża się tam ze 100 do 15 metrów zmuszając olbrzymie masy błękitnej wody do 11-metrowego skoku co czyni go najszybszym wodospadem świata. Bardzo efektowna miejscówka.

W porze lunchu przejechaliśmy do miejscowości Taupo nad jeziorem o tej samej nazwie. Dostaliśmy trochę czasu na posiłek i spacer. Przechadzka promenadą wzdłuż brzegu daje wrażenie patrzenia na otwarte morze i nic w tym dziwnego, bo to przecież największe jezioro w Nowej Zelandii i zarazem całej Oceanii. Potem trzeba było zrobić zakupy na czekający nas następnego dnia trekking. Coś tam kupiliśmy, ale półki mocno przetrzebione prze weekendem.

Popołudnie wykorzystaliśmy jeszcze na 6,5 km spacer wokół jeziora Rotopounamu - płaska, urocza trasa prowadzi lasem, czasem schodzi do plaży. Ładnie. 

Wieczór to już tylko zakwaterowanie w Parku Narodowym Tongariro. W hotelu zjedliśmy polecanego przez naszego kierowcę nowozelandzkiego łososia i faktycznie kolacja smakowała. Zasypianie wychodziło mi coraz łatwiej.  


















































 

środa, 8 lipca 2026

Nowa Zelandia 2026 - 6 lutego (Rotoura)

Po dobrym śniadanku (tym razem płatnym dodatkowo) ruszyliśmy na zwiedzanie okolic Rotoury. Najpierw lokalny park położony wokół dawnego sanatorium, potem punkt widokowy nad jeziorem Tarawera, następnie "Wioska Pogrzebana". To stanowisko archeologiczne wokół dawnej wioski Te Wairoa, na którą 10 czerwca 1886 roku spadł deszcz gorącego błota i głazów po erupcji trzech wierzchołków wulkanu Tarawera. Wizyta obejmowała ciekawe muzeum, spacer pośród odsłoniętych ruin i przechadzkę szlakiem edukacyjnym do bardzo widowiskowego wodospadu Te Wairoa.

Kolejnym miejscem do odwiedzenia był Red Forest - las jeszcze młodych sekwoi. Zrobiliśmy zgrabną ok. 1,5 km pętelkę, początkowo pośród samych pni tych olbrzymich drzew, potem już przez typową dżunglę nowozelandzką.

Ten dzień był luźniejszy, z wolnym popołudniem. Wykorzystałam go do pogrzebania w pamiątkach, marzyła mi się figurka Maorysa, ostatecznie stanęło na obliczu twarzy z szeroko otwartymi oczami i wysuniętym językiem (pukana). I znowu obiad zjedliśmy u Włocha: Maciek stek, ja risotto - porcja jakaś kolosalna. 

Po południu skusiliśmy się jeszcze na spacer z naszym przewodnikiem, miała być przechadzka do kościółka, a wyszło prawie 7 km, bo jeszcze obeszliśmy miejski park geotermalny z ogrodzonymi stanowiskami bulgoczącego, gorącego błota oraz specjalne platformy z darmowymi termalnymi basenami do moczenia stóp (nie skorzystaliśmy, jakoś mi się nie uśmiechało moczenie nóg w tłumie turystów).

Wieczór już całkiem luźny, uzupełniliśmy spożywcze zakupy i leniuchowaliśmy przeglądając zdjęcia.