Pobudka o szóstej, żeby przygotować plecaki, prowiant, ubranie i o siódmej stawić się na śniadaniu. Napakowaliśmy kalorii ile wlezie i przed ósmą byliśmy już przy kolejce. Postanowiliśmy wykorzystać fakt, że w cenie hotelu był wjazd kolejką i zaoszczędzić sobie 2 km podejścia na Hrebieniok, które jest nudne i mało widokowe. Wyjechaliśmy pierwszym kursem.
Na Sławkowski Szczyt wchodziliśmy po raz trzeci, ale pierwszy raz w krótkich spodenkach i lekkich koszulkach. Pogoda trafiła się wyjątkowa: wcześniej też wspinaliśmy się w słońcu, ale nigdy na szczycie nie było 26°C przy jedynie symbolicznych podmuchach wiatru. Cieplejsza odzież, którą zawsze w Tatry zabieramy została na dnie plecaków. Trochę czasu minęło (w sumie to 12 lat), więc widoki cieszyły jak za pierwszym razem. Nowością okazał się krzyż na szczycie, który oczywiście stał się obowiązkową widokówką. W planie mieliśmy też zjazd kolejką, jednak w popołudniowej porze prawie wszyscy kończyli trekkingi i spore tłumy czekały na wagonik. Nam się czekać nie chciało więc ten ostatni fragment do hotelu postanowiliśmy też przedreptać. Wyszło całkiem zgrabne 15 km, za to przewyższenia ponad 1100 metrów i to nas troszkę sponiewierało.
Została jeszcze ponad godzina do kolacji co wykorzystaliśmy w hotelowym Spa, aby dokonać chociaż częściowej odnowy biologicznej w basenie i jacuzzi. Po wyczerpującym (bez przesady ale jednak) trekkingu taki relaks z kieliszkiem niezłego Prosecco smakował wybornie. Kolacja też wyśmienita. I tak to ja mogę wędrować po tatrzańskich szlakach. W pewnym wieku to cieszy, można z uśmiechem powspominać trasy kończące się noclegiem na podłogach w schroniskach. A tak też bywało. Ale cóż, powiem otwarcie - nie tęsknię.