Po dość wczesnym śniadaniu o ósmej wyjazd do doliny Waimangu Volcanic. 3,5 km pętla wyznaczonymi ścieżkami po unikatowej dolinie Wai-O-Tapu pozwala zobaczyć jak wygląda wnętrze naszej planety – z gotującym się błotem, parującymi szczelinami i wodami w niewiarygodnych kolorach. I tak podziwialiśmy Champagne Pool – krater z turkusową wodą i pomarańczową otoczką, Artist’s Palette z eksplozją kolorów, oraz Devil’s Bath – siarkowe jezioro w odcieniu neonowej zieleni i oczywiście mleczno-seledynowe jezioro Ngakoro (efekt rozpuszczonych w wodzie siarczków i soli żelaza, które załamują światło). Trzeba było utrzymać tempo spaceru bo mieliśmy nadzieję zobaczyć w akcji Lady Knox, ale trudno się dyscyplinować w postojach i robieniu fotek mając przed sobą takie barwne widowisko. Przy wejściu na trasę zostaliśmy opieczętowani i była to też wejściówka na pokaz mydlanej erupcji wulkanu nazwanego na cześć córki gubernatora Nowej Zelandii Lady Constance Knox. Pokaz odbywa się codziennie ok. 10.00 - 10.30, wybuch oglądaliśmy w takim jakby amfiteatrze, erupcja wywoływana przez dodanie mydła daje strumienie wrzątku nawet do 20 metrów wysokości. Ładniutkie widowisko ale króciutkie.
Po tych atrakcjach przejechaliśmy pod wodospad Huka utworzony na najdłuższej rzece Nowej Zelandii czyli Waikato. Rzeka gwałtownie zwęża się tam ze 100 do 15 metrów zmuszając olbrzymie masy błękitnej wody do 11-metrowego skoku co czyni go najszybszym wodospadem świata. Bardzo efektowna miejscówka.
W porze lunchu przejechaliśmy do miejscowości Taupo nad jeziorem o tej samej nazwie. Dostaliśmy trochę czasu na posiłek i spacer. Przechadzka promenadą wzdłuż brzegu daje wrażenie patrzenia na otwarte morze i nic w tym dziwnego, bo to przecież największe jezioro w Nowej Zelandii i zarazem całej Oceanii. Potem trzeba było zrobić zakupy na czekający nas następnego dnia trekking. Coś tam kupiliśmy, ale półki mocno przetrzebione prze weekendem.
Popołudnie wykorzystaliśmy jeszcze na 6,5 km spacer wokół jeziora Rotopounamu - płaska, urocza trasa prowadzi lasem, czasem schodzi do plaży. Ładnie.
Wieczór to już tylko zakwaterowanie w Parku Narodowym Tongariro. W hotelu zjedliśmy polecanego przez naszego kierowcę nowozelandzkiego łososia i faktycznie kolacja smakowała. Zasypianie wychodziło mi coraz łatwiej.