czwartek, 9 kwietnia 2026

Australia i Nowa Zelandia 2026 - przygotowania

Powoli uciekały wspomnienia z uroczej Kostaryki, pod koniec roku byliśmy już trochę zmęczeni pracą. Coraz częściej myśli zaczynały krążyć wokół pytania: jaki kierunek wybrać na następną wyprawę. Bo gdzieś chcieliśmy jeszcze pobuszować. Pesele nieubłaganie przypominały nam, że zegar biologiczny tyka i z każdym rokiem trudy podróży znosić będziemy gorzej. Ponieważ moim nieustannym marzeniem było zobaczyć Nową Zelandię a tam Hobbiton i Orodruinę, to w końcu postawiliśmy, że albo to zrobimy w nadchodzącym roku albo w ogóle. W naszej sprawdzonej agencji Kiribati Club wybraliśmy program, który łączył Nową Zelandię z krótkim pobytem w Australii, bo jak już dotrzemy na koniec świata to grzechem byłoby nie zwiedzić chociaż tych flagowych miejsc. A po przeanalizowaniu całej potencjalnej drogi na Antypody wiedziałam, że drugi raz nie byłoby mnie stać na taki wysiłek fizyczny i nie czarujmy się, także finansowy. W zasadzie to miałam obawy, czy ogóle przetrwam tę podróż. W dodatku sposób zwiedzania tych regionów to znienawidzony przeze mnie roadtrip, tylko że w tym przypadku nie było innej alternatywy. Tak się po prostu zwiedza te wyspy, a ja miałam cichą nadzieję, że będzie to lepiej zorganizowane niż w USA. Jako że zebranie minimalnej grupy stało pod znakiem zapytania rozważaliśmy też indywidualny wyjazd jak do Kostaryki, jednak wtedy w grę wchodziła tylko Nowa Zelandia. No i Maciek miał sporo obaw przed lewostronnym ruchem, bo wtedy musiałby być kierowcą. Szczęśliwie nasze rozterki zostały jesienią rozwiane, bo dostaliśmy sygnał z biura podróży, że wyprawa jest potwierdzona. Co za ulga no i jaka ekscytacja. Pierwsza wpłata oprócz zaliczki została przelana w celu rezerwacji biletów lotniczych, reszta miesiąc przed wylotem. Program wyprawy obejmował wiele atrakcji, w tym te, na których najbardziej mi zależało, większość po decyzji była do opłacenia dodatkowo. Do Nowego Roku nie poświęcałam tej wyprawie specjalnej uwagi, ale trochę niepokoiło mnie, że nie dostaliśmy zapytania o wybrane atrakcje, a wiedziałam, że niektóre trzeba było rezerwować z wyprzedzeniem. W końcu początkiem grudnia zadzwoniłam do biura, kiedy mamy deklarować nasze wybory. Obiecano porozumieć się z osobą odpowiedzialną za nasz wyjazd. I cóż, jeszcze tego samego dnia dostałam maila z prośbą o PILNĄ deklarację, na co się decydujemy i o przesłanie potrzebnej kwoty na wybrane atrakcję. Jakoś nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mój telefon kogoś obudził.

Po Nowym Roku zaczęłam się już więcej interesować wyprawą, robiłam research wybranych miejsc i atrakcji. W programie dwa dni mieliśmy niejako dla siebie, do indywidualnego odkrywania: był to jeden dzień w Sydney i pół dnia w Queenstown, więc postanowiłam zaplanować je wg naszych zainteresowań. Kilka dni przed wyjazdem odbyliśmy jeszcze onlinowe spotkanie z innymi uczestnikami i przewodnikiem, była możliwość zadawania pytań i ostatnich uzgodnień. Po tym zebraniu Maciek podjął ostateczną decyzję co do sprzętu fotograficznego. I tak miał to być nasz pierwszy wyjazd tylko z komórkami, bo przydatność teleobiektywu wg przewodników byłaby wątpliwa. Jakaż to oszczędność na kilogramach bagażu, nie mówiąc o komforcie przemieszczania! Przed wyjazdem otrzymaliśmy jeszcze aplikację na telefon z wszystkimi danymi wyjazdowymi, planem wyprawy dzień po dniu, bazą hotelową, opisem atrakcji i ciekawostkami z odwiedzanych miejsc. Tym razem była to autorska aplikacja Kiribati Club. Teraz już spokojnie mogłam oddać się swojej ulubionej pasji czyli martwieniem się o pociąg, opóźnienia, długość lotu, pogodę na miejscu itd., w sumie to o wszystko. Ale tak już mam i nawet po tylu wyjazdach nie jestem w stanie tego uniknąć. Najbardziej obawiałam się rozczarowania wybranym kierunkiem wyprawy, czy zachwyci mnie tak jak się tego spodziewałam?