poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Nowa Zelandia 2026 - 8 lutego (Tongariro Alpine Crossing)

Pobudka  o piątej rano. Małe co nieco przed wyjściem i po szóstej wyszliśmy przed hotel. Tego dnia wyczekiwałam prawie jak wizyty w Hobbitonie, jednak było znacznie więcej niewiadomych. Warunkiem realizacji trekkingu Tongariro Alpine Crossing jest w miarę bezpieczna pogoda, bo w przypadku skrajnie niesprzyjającej aury trasa bywa zamykana (tak się zdarzyło dzień wcześniej z powodu wiatru 80 km/godz.). Tej niedzieli zapowiedzi były dobre chociaż ranek nieco deprymujący: przyjemne 12°C ale sporo mgieł, a góry w chmurach. Wpół do siódmej podjechał bus zgarniający turystów z hoteli i podwiózł nas do wejścia na szlak. Pierwsze 7 km to faktycznie wzmagający się wiatr, mgły i chmury płynące na przełęczach. W kulminacyjnym momencie zawieruchy kilku turystów zdecydowało się zawrócić, bo warunki zdawały się nieprzewidywalne. Po tym apogeum zeszliśmy na dno kaldery z licznymi fumarolami, gdzie Frodo i Sam ostatkiem sił zbliżali się do celu. Wiatr jeszcze trochę powiał i jak na zawołanie pięknie odsłoniła się Ngauruhoe (filmowa Orodruina) – czynny wulkan o wysokości 2 291 m n.p.m., co niezwykle mnie wzruszyło. Jeszcze przez moment przesłaniały ją chmury i po chwili Góra Przeznaczenia zaprezentowała się w całej okazałości. Po wspięciu na najwyższy punkt trekkingu - Czerwony Krater (1886 m n.p.m) mogliśmy przy pięknej i stabilnej pogodzie podziwiać Orodruinę, grań ukształtowaniem przypominającą wejście do filmowej komory ognia, a po drugiej stronie mieniące się w słońcu Szmaragdowe Jeziorka i Błękitne Jezioro w oddali. Za nami mniej więcej połowa trekkingu, zrobiło się ciepło i wiatr odpuścił. Przy jeziorkach urządziliśmy sobie przerwę na załapanie oddechu i lunch. I muszę przyznać, że niewiele posiłków w górach spożywałam w tak niesamowitej scenerii. Od tego miejsca poza krótkim podejściem do Błękitnego Jeziora praktycznie już tylko schodzi się z wysokości. Nadal jest pięknie: duże jezioro zagubione w górach, dolina dymiących gejzerów, widok na jezioro Taupo, wodospad w lesie. 

Zrobiliśmy dystans ok. 20 km, pod górkę 900 metrów, najniższa temperatura 10°C, najwyższa 23°C. Trekking świetnie przygotowany, busy z parku Narodowego przywożą i odwożą turystów, na szlaku wiele tablic informacyjnych, trzy miejsca z toaletami (i to nie toy-toy, ale solidne kabiny ładnie wkomponowane w krajobraz), ścieżka dobrze przygotowana, nawet spore odcinki drewnianych kładek (aż dziw, że nie było czerwonego dywanu)  - jak na takie wulkaniczne bezdroża to bardzo cywilizowane warunki wędrowania. Pewnie duża ilość turystów wymusiła te rozwiązania, za to na szlaku jest czysto a przyroda nie zdewastowana. Po moich wielu (chyba mogę tak napisać) pieszych wędrówkach po górach slogan, że jest to najpiękniejszy jednodniowy trekking na świecie wydaje się nieco przesadzony, za to z pewnością widoki są spektakularne, nikogo nie rozczarują a dla miłośników Tolkienia to pozycja absolutnie obowiązkowa.   

Ukończyliśmy trekking między godzinami odjazdu busów, na szczęście nasz kierowca z resztą grupy  odebrali nas z punktu końcowego i ruszyliśmy dalej. W niewielkiej miejscowości zostaliśmy zakwaterowani w fajnym motelu z aneksem kuchennym. Niestety zrobiło się późno i restauracje już kończyły pracę, jeszcze działały jadłodajnie typu KFC oferujące potrawy smażone na głębokim tłuszczu ale to nie dla mnie. Kupiliśmy gotowe dania w pobliskim Woolies, niestety wybór skromniutki, zjedliśmy jakieś mięso, ziemnaki, fasolkę - bardzo niesmaczne. Postanowiłam odpuścić sklepowe gotowce do końca wyprawy. 

Pomimo nieszczególnej kolacji zasypiałam szczęśliwa, bo udało mi się zrealizować flagowy trekking Nowej Zelandii idąc śladami Froda i Sama.