Po całkiem smacznym śniadanku ruszyliśmy do jaskiń Waitomo. Słyną one z dużej ilości muchówek Arachnocampa luminosa (gatunek występujący endemicznie w Nowej Zelandii), które w stadium larwalnym (trwającym 6-9 miesięcy) świecą przyciągając małe owady, najsilniejsze światło emitują te najbardziej głodne. Po skasowaniu biletów i pieszym przejściu przez górne poziomy jaskiń razem z grupą turystów wsiedliśmy do sporej metalowej łódzi z poprzecznymi ławkami. W całkowitej ciszy (zakaz rozmów, fotografowania, nagrywania) płynęliśmy w kompletnych ciemnościach, było wilgotno i chłodno (12˚ – 14˚C). Trudno ocenić same jaskinie, bo z wiadomych względów nie były w żaden sposób oświetlone, za to na suficie i częściowo na ścianach mogliśmy podziwiać girlandy nowozelandzkich świetlików. Cudo! Cała wycieczka trwała niecałą godzinę, ale wrażenia pozostały w głowach na wiele dłużej. Po opuszczeniu jaskini zaliczyliśmy jeszcze Ruakuri Bushwalk - pętlowy szlak o długości 1,7 km, który uchodzi za jeden z najpiękniejszych krótkich spacerów w Nowej Zelandii. Idąc przez przez bujny las można tam podziwiać głębokie wapienne wąwozy, naturalne tunele skalne czy wiszące mosty.
Po jaskiniach czekała nas największa atrakcja tego dnia, a dla mnie chyba całego wyjazdu czyli Hobbiton. Jako że dzień wyszedł bardzo intensywny typowy lunch nie zmieścił się w programie, za to po zaparkowaniu do rozpoczęcia naszej tury zostało jakieś 50 minut. Wykorzystaliśmy ławy i stoliki rozrzucone po centrum turystycznym i na szybko pochłonęliśmy zakupy zrobione poprzedniego wieczora: rogaliki, jogurt, tuńczyk i.t.p. Do tego espresso serwowane na miejscu i było ok. Nawet zdążyłam zajrzeć do sklepu z pamiątkami i kupiłam śliczny t-shirt dla wnuczki wyglądający jak kamizelka Bilba. Bilety (zresztą bardzo piękne, wspaniała pamiątka) były na konkretną godzinę. Pilnowaliśmy swojego busa, bo ruch spory, a samochody startowały co 10 minut. Podróż pod wejście do kompleksu wiedzie przez farmę Aleksandra. Podczas jazdy, z dużego ekranu, o historii wykorzystania tych terenów przy kręceniu filmów opowiadali Aleksander i Peter Jackson, pokazano sceny z realizacji i fragmenty samego filmu. Właściwie już w autobusie się wzruszyłam, a potem moja egzaltacja rosła logarytmicznie. Było to dla mnie niesamowite przeżycie, uroda tego miejsca, możliwość obejrzenia wszystkiego z bliska, opowieści snute przez przewodniczkę - wszystko to przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Porażała praca wykonana przy rekonstrukcjach, dbałość o detale, a już niespodzianka w postaci udostępnienia jednej z norek w środku zupełnie mnie powaliła. Wnętrze wykonane z drobiazgami, pomysłowe eksponaty, czysto i przytulnie, jak w prawdziwym domku hobbita. Oszołomieni po zwiedzaniu norki na koniec w karczmie wypiliśmy po kuflu piwa. Nie ma szans na oddanie emocji, jeśli ktoś kocha Tolkiena to po prostu MUSI odwiedzić to miejsce: żadnego kiczu, wzruszenia gwarantowane.
Nie zdążyłam ochłonąć i już byliśmy w Rotourze. Wieczór u Maorysów tuż tuż a my marzyliśmy o możliwości odświeżenia przed kolacją. Niestety w recepcji hotelu Ibis trafiła się nam gaduła więc coraz bardziej rozdrażnieni wsłuchiwaliśmy się w niekończący small talk. W końcu otrzymaliśmy klucze do pokoi, ale czasu do zagospodarowania było jakieś 10 minut. Autobus wiozący turystów na imprezę już dawno odjechał, na szczęście nasz kierowca zaofiarował podwózkę do wioski Mitai Maori Village. Wieczór obejmował opowieści wodza o życiu i kulturze Maorysów, na rzece Wai-o-Whiro pokaz przepływających wojowników z zapalonymi pochodniami ręcznie rzeźbioną łodzią wojenną (waka), prezentację sposobu przyrządzania posiłków (kuchnia hangi czyli gotowanie w dziurach w ziemi) i kolację. Na stołach brylowała baranina, a także kurczak, owoce morza, warzywa - wszystko wolno pieczone przez kilka godzin na rozgrzanych kamieniach pod ziemią, bardzo smaczne i w dowolnej ilości. Do tego bufet serwował sałatki i desery - jednym słowem na bogato. Po kolacji przyszedł czas na występy (poi), ciekawe układy z niemałą dawką humoru. Zauroczył nas taniec wojenny haka - niesamowita eksplozja energii. Wieczór zakończył spacer do do świętego źródła słodkowodnej wody, niewielkich gejzerów i skupisk świecących muchówek - tutaj bytowały poza jaskiniami, nieliczne, ale za to do oglądania z bliska. Na pożegnanie obdarowałam wodza kilkoma polskimi krówkami i figurką krakowiaka w stroju ludowym. Chyba się podobało.
Fantastyczny dzień, emocje trudne do ogarnięcia. Aż dziw, że w miarę szybko udało się zasnąć.