wtorek, 9 czerwca 2026

Nowa Zelandia 2026 - 4 lutego (Półwysep Coromandel)

Fajna noc, nareszcie. Po śniadanku ruszyliśmy zwiedzać. Pierwszy przystanek to wschodnie wybrzeże NZ i Taramaire Wildlife Refuge Reserve - rezerwat i naturalne lęgowisko dla ptaków morskich i brodzących. Zajrzeliśmy do centrum ochrony ptaków, potem przeszliśmy spokojną ścieżką spacerową poprowadzoną przez podmokłe tereny i pastwiska aż do morza. Na plaży spotkaliśmy mewy czarnodziobe, po maorysku tarāpuka - najbardziej zagrożony gatunek mewy na świecie występujący wyłącznie w Nowej Zelandii. A dookoła pięknie, zielono, zielono, zielono....

Następny punkt zwiedzania to półwysep Coromandel. Czekał nas 5 km spacer (tam i z powrotem) od klifu z widokami na zatokę Merkurego i niewielką wyspę Motueka do Cathedral Cove. Szlak Mautohe Cathedral Cove Track zaczyna się na końcu Grange Road strefą zrzutu pasażerów (parkowanie tam jest surowo zabronione) oraz punktem widokowym. Trasa wije się przez klify i nadmorski las, jest też park posadzony ku pamięci nowozelandzkich żołnierzy, którzy zginęli na frontach I wojny światowej. Droga kończy się zejściem bezpośrednio do piaszczystej zatoki ze skałą zwaną Smiling Sfinx Rock (Śmiejący się Sfinks). Za łukiem skalnym (Cathedral Cove - jaskinia w klifie) rozciąga się druga piaszczysta zatoka z najczęściej chyba fotografowaną formacją skalną Te Hoho Rock. Na plażowanie nie było czasu (szkoda, bo okoliczności przyrody nadzwyczajne), za to fotek zrobione całe mnóstwo.

Kontynuując zwiedzanie półwyspu Coromandel zjechaliśmy kilkanaście kilometrów na południe aż do słynnej Hot Water Beach - plaży z wyrzutami gorącej wody. Przy parkingu jest bar, sklep i przebieralnie. Są też ławy i stoły, co pozwoliło nam zjeść taki szybki lunch z produktów sklepowych. Po przebraniu udaliśmy się w kierunku skupiska ludzi z łopatami - trwało tam gremialne kopanie dołów, które natychmiast wypełniały się gorącą wodą. Może nie do końca takie plażowanie mi się marzyło, ale na pewno była to niecodzienna atrakcja. Posiedzieliśmy chwilę w grajdołku, zawsze to grajdołek egzotyczny. 

Była to już ostatnia atrakcja tego dnia. Za to następny dzień zapowiadał się fantastycznie więc zasypialiśmy podekscytowani.


































 

środa, 3 czerwca 2026

Nowa Zelandia 2026 - 3 lutego (Auckland)

To była moja najlepsza noc w Australii - do wczesnej pobudki o godzinie trzeciej spałam mocno, nareszcie bez przebudzeń. Dwudniowa infekcja odpuściła, chociaż nie wiem, czemu to musiało trafić akurat na Sydney. Na Nową Zelandię zostało mi pociąganie nosem. Wieczorem przed snem wypełniliśmy jeszcze e-deklarcję mając nadzieję na sprawniejszą odprawę w NZ. Taksówką podjechaliśmy na lotnisko. Tam przed wylotem poddano nas drobiazgowej kontroli, żaden batonik się nie prześlizgnął. Lot liniami Qantas (narodowym przewoźnikiem Australii) bardzo przyjemny. Wylądowaliśmy w Auckland i od razu niespodzianka: przed opuszczeniem samolotu otwarto luki bagażowe i zawartość została spryskana aerozolem (podobno mieszanka 2% permetryny + 2% d-fenotryny), mam nadzieję, że to bezpieczne stężenie, bo wszyscy nawdychaliśmy się oparów. Odprawa rzeczywiście poszła szybciej, kontrole sprawne i drobiazgowe. Pies wskazał kolegę z grupy z powodu foliowego woreczka, co prawda opróżnionego, ale po przechowywaniu skórki i ogryzka po jabłku, serio.  

W Nowej Zelandii przywitał nas Andrzej - Polak mieszkający chyba w Auckland. Był naszym kierowcą po Wyspie Północnej. Przed lotniskiem czekał na nas duży bus -  siedzenia bardzo wygodne, sporo miejsca na nogi i bagaż podręczny (duuuża ulga...). W drodze do Auckland podjechaliśmy na Mount Eden / Maungawhau w języku maoryskim (196 m n.p.m.) - nieaktywny wulkan i jednocześnie najwyższy, naturalny punkt widokowy z piękną panoramą miasta i otaczających go śpiących wulkanów (doliczono się już 53). Potem malowniczą drogą Tamaki Drive dotarliśmy do Missin Bay - szerokiej, piaszczystej plaży z widokiem na zatokę Hauraki i wyspę Rangitoto (wulkan tarczowy). Deptak przy plaży oferuje mnóstwo knajpek i kawiarni. Lunch zjedliśmy we włoskiej restauracji. W sumie to zabawne, że będąc na końcu świata jedliśmy u Włocha. Po krótkim spacerze ruszyliśmy do hotelu.

Jako że wszelakiego jedzenia trzeba było się pozbyć na lotnisku poznawanie Nowej Zelandii zaczęliśmy od najbliższego Woolies. Po zakupach mogliśmy pozwiedzać miasto. Do dyspozycji było cale popołudnie ale przewodnik poprowadził nas uliczkami Auckland do portu i z powrotem. Trochę mnie to zaskoczyło, bo znalazłam przed wyjazdem trochę ciekawostek z największego miasta NZ, ale notatki zostały w pokoju hotelowym. Jakoś założyłam, że przewodnik to wszystko zna. Tak więc zwiedzanie Auckland wypadło niestety słabo, bo nic z tych rzeczy nie zobaczyłam. Kolację zjedliśmy w znanej z Kalifornii sieciówce Denny's - było przewidywalnie i całkiem smacznie.

Jet lag i infekcja odpuściły więc liczyłam na pierwszą, dobrą noc w Nowej Zelandii.