środa, 29 kwietnia 2026

Australia 2026 - 28 stycznia (Cairns, Wielka Rafa Koralowa)

Oczy otworzyły nam się szeroko o godzinie 2.30 co niestety oznaczało definitywny koniec spania. A szkoda, bo warunki wyborne - świetnie wygłuszone pokoje, cisza, dyskretna, sprawna klimatyzacja. Ale cóż, jet lag na razie nie pozwalał wykorzystać całej nocy. Rano pyszne śniadanko i po dziewiątej wyszliśmy grupą z hotelu do portu. Według programu czekała nas wycieczka katamaranem na snorkeling do Wielkiej Rafy Koralowej. Dzień ciepły i na początek słoneczny. Cała atrakcja została wykupiona w lokalnej agencji i muszę przyznać, że to była bardzo profesjonalna robota. Katamaran wielki, co dawało szansę na opanowanie choroby morskiej. Ponieważ nie wiedziałam, czego się spodziewać, profilaktycznie przy śniadaniu zażyłam lekarstwo więc w zasadzie czułam się bezpiecznie. Po półtorej godzinie przycumowaliśmy do wielkiej platformy przy wyznaczonym obszarze do nurkowania. Podczas rejsu zostaliśmy poinstruowani o zasadach zachowania na statku i bezpiecznego snorkelingu. Ponadto okazało się, że wśród załogi jest osoba z Polski, która uświadomiła mnie o możliwości wypożyczenia maski z korekcyjnym szkłem. Nawet nie marzyłam o takiej okazji więc oczywiście skorzystałam: kosztowało to 5 AUD i kaucję zwrotną 50 AUD. Przed pływaniem wybraliśmy sobie stroje (w ofercie wszystkie rozmiary więc nie było problemu) i płetwy. Kombinezony były koniecznym zabezpieczeniem przed parzydełkami jadowitych meduz (namnażają się tam od listopada do maja).  Rurki mieliśmy swoje, jakoś ten rodzaj sprzętu nie pasował nam do wypożyczania. Wrażenia - no cóż, z pewnością był to mój najlepszy snorkeling, i pewnie fakt, że nareszcie coś widziałam nie był bez znaczenia. Czytałam o rozczarowanych turystach, ale jak dla mnie to najbardziej kolorowe miejsce z dotychczasowych naszych wypraw. Do wody weszliśmy dwa razy na około 45 minut. Między wejściami zaserwowano całkiem smaczny lunch w formie bufetu. Dzień był ciepły i słoneczny, woda miał 29°C. Na platformie były miejsca do leżakowania więc cały ten dzień mogliśmy spędzić na zmianę pływając i leniuchując. O godzinie 16 ruszyliśmy z powrotem do Cairns. 

Po wycieczce na kolację wróciliśmy do naszej wypróbowanej restauracji. Na pożegnanie z tym regionem Australii zamówiliśmy talerz degustacyjny typowych  australijskich potraw (krokodyl, kangur, baramunda, raki, jagnięcina, wołowina). Zachwycił nas rak, kiełbaski z krokodyla bez szału. Na wieczór udało się nawet zakupić butelkę australijskiego wina w specjalnie do tego wyznaczonych sklepach BWS. Są one nieco schowane, co stanowi element polityki utrudniającej Aborygenom dostęp do alkoholu, na który są bardzo wrażliwi.

Przed snem jeszcze spakowaliśmy bagaże, bo to nasza ostatnia noc w Cairns i odpadliśmy ścięci dniem pełnym wrażeń. 

 































 

wtorek, 28 kwietnia 2026

Australia 2026 - 27 stycznia (Cairns)

Po opuszczeniu lotniska udaliśmy się na postój Ubera, skąd dwoma samochodami przejechaliśmy do hotelu. Pierwsze wrażenie bardzo dobre. Czterogwiazdkowy hotel Hilton pięknie położony, chociaż pora nietypowa to od razu po zabukowaniu mogliśmy skorzystać z pokoi i zjeść śniadanie: smaczne, urozmaicone, wypasione. I wstępnie na tyle starczyło nam energii. Po prysznicu całkiem nas odcięło i spaliśmy do godziny 14. Po odzyskaniu przytomności i kawie (ekspres kapsułkowy w pokoju) postanowiliśmy rozejrzeć się po okolicy. O ile rano przywitało  nas słońce, to potem przyszły chmury i opady deszczu. Nie zaskoczyło nas to, bo takież były prognozy: ciepło i mokro. Tymczasem po południu opady na chwile ustały więc przeszliśmy się do bezpiecznej laguny przy nadmorskiej promenadzie EsplanadeZnajduje się ona bezpośrednio nad Morzem Koralowym (czyli częścią Oceanu Spokojnego). W samym Cairns nie kąpie się w oceanie przez większość roku (meduzy „box jellyfish” i krokodyle), więc miasto stworzyło bezpieczną alternatywę. Basen ogólnie dostępny, całkowicie darmowy dla wszystkich, woda słona, teren świetnie zagospodarowany: ratownicy, prysznice, przebieralnie, szafki, ławki, zadaszone grille, toalety. Ponad godzinę relaksowaliśmy się pływając i chłonąc wrażenia z okolicy, próbując ogarnąć fakt, że właśnie leżakujemy w Australii. Po 17 przegonił nas deszcz, który szybko zamienił się w siklawicę, a to wszystko przy temperaturze 30. Po przebraniu się w hotelu wróciliśmy na nadmorski deptak, bo czas był na degustację australijskiej kuchni. Wcześniej spacerując wypatrzyliśmy restaurację Dundee's - ciekawe menu i dużo gości. Zaryzykowałam steka z kangura i smakował wyśmienicie. Obsługa szybka, jedzenie super, ceny jak w dobrej restauracji w Polsce. No cóż, z pewnością nie był to fast food. Przy kasie dostaliśmy certyfikaty za skosztowanie prawdziwie australijskiego dania. Potem jeszcze spacer do australijskiej sieciówki Woolworths, żeby sprawdzić, jakiego zaopatrzenia można się tu spodziewać. Okazało się, że półki sklepowe bardzo przypominają te w Europie, mile zaskoczył nas duży wybór produktów bezglutenowych. Na koniec zakupiliśmy butelkę nowozelandzkiego Sauvignon Blanc, który był tańszy od australijskich win, co nas trochę zdziwiło, bo przecież byliśmy w Australii. Jak przystało na podobno najlepszy sauvignon na świecie smakował wybornie. I tak nam minął pierwszy dzień na Antypodach, głównie na zbieraniu sił po podróży. Zasnęliśmy ekspresowo już około 20.





środa, 22 kwietnia 2026

Australia 2026: 25 - 27 stycznia (podróż)

Czas było zacząć tę przygodę i stawić czoła wyzwaniom podróży. Zaczęło się to wszystko 25 stycznia o godz. 11.15 przejechaniem taksówką na dworzec kolejowy w Bielsku-Białej. Spodziewana temperatura na dworcu w Warszawie to minus 6, więc na sobie mieliśmy wszystkie ciepłe rzeczy zabrane na wyprawę. Wiadomo było, że na lotnisku w Warszawie konieczna będzie przebieranka, bo czekały nas przesiadki w Stambule i na Bali, a lotnisko docelowe to Cairns z temperaturą ok. 30. Pociąg EIC do Warszawy wyruszył o czasie i szczęśliwie załapał tylko niewielkie opóźnienie (jakieś 10 minut). Nie obyło się bez niespodzianek: wagon bezprzedziałowy na który mieliśmy bilety nie został podstawiony, czynna była tylko jedna toaleta, a to wszystko z powodu ujemnych temperatur w zimie (tak sytuację wyjaśniała obsługa składu). W miarę zbliżania się do stolicy krajobraz za oknem coraz bardziej przypominał Krainę lodu, co było raczej nietypowym rozkładem zimowych akcentów w naszej szerokości geograficznej. Na Dworcu Centralnym zgrabnie przesiedliśmy się do pociągu na lotnisko i ta część planu podróży zagrała, chociaż okno czasowe było nie za szerokie. Pierwsze strachy trochę mi puściły. Na lotnisku spotkaliśmy się z resztą grupy i przewodnikiem. Turkish Airlines wyleciał z godzinnym opóźnieniem, tak że w Stambule szybkim marszem od razu kierowaliśmy się do odprawy. Następny odcinek podróży to prawie 12-godzinny lot do Densapar na Bali. Tam mieliśmy krótki postój, na szczęście udało się zjeść ciepły posiłek. Ostatni etap to ponad pięciogodzinny lot liniami Jetstar do Cairns. W Australii wylądowaliśmy 27 stycznia o 5.45 rano. Wrażenia z podróży niestety słabe. Tureckie linie lotnicze zaprezentowały się fatalnie, personel pokładowy niegrzeczny, mało pomocny. Posiłki bez wyboru, ostatnie rzędy otrzymywały to co zostało. O liniach Jetstar szkoda pisać. Odprawa na lotnisku w sumie sprawna, chociaż zaskoczyła nas mnogość kontroli sanitarnych z psami. Na szczęście nie musieliśmy się z niczego tłumaczyć, bo też zgodnie z zaleceniami nie pakowaliśmy żadnej żywności.  

Rezerwacja lotów udała się całkiem fajnie, bez zbędnych przestojów. Czas lotów to: do Stambułu 2 godz. 35 min., do Densapar 11 godz. 35 min., do Cairns 5 godz. 35 min. Czas oczekiwania na lotniskach: Stambuł - 2 godz., Densapar - 3 godz. 40 min. I chociaż czasowo wszystko ładnie się spięło to i tak byliśmy wykończeni. Cała podróż od wyjścia z domu do opuszczenia samolotu w Cairns to 40 godzin i 30 minut i była ona tak męcząca jak sobie wyobrażałam. No ale przeżyliśmy.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Australia i Nowa Zelandia 2026 - przygotowania

Powoli uciekały wspomnienia z uroczej Kostaryki, pod koniec roku byliśmy już trochę zmęczeni pracą. Coraz częściej myśli zaczynały krążyć wokół pytania: jaki kierunek wybrać na następną wyprawę. Bo gdzieś chcieliśmy jeszcze pobuszować. Pesele nieubłaganie przypominały nam, że zegar biologiczny tyka i z każdym rokiem trudy podróży znosić będziemy gorzej. Ponieważ moim nieustannym marzeniem było zobaczyć Nową Zelandię a tam Hobbiton i Orodruinę, to w końcu postawiliśmy, że albo to zrobimy w nadchodzącym roku albo w ogóle. W naszej sprawdzonej agencji Kiribati Club wybraliśmy program, który łączył Nową Zelandię z krótkim pobytem w Australii, bo jak już dotrzemy na koniec świata to grzechem byłoby nie zwiedzić chociaż tych flagowych miejsc. A po przeanalizowaniu całej potencjalnej drogi na Antypody wiedziałam, że drugi raz nie byłoby mnie stać na taki wysiłek fizyczny i nie czarujmy się, także finansowy. W zasadzie to miałam obawy, czy ogóle przetrwam tę podróż. W dodatku sposób zwiedzania tych regionów to znienawidzony przeze mnie roadtrip, tylko że w tym przypadku nie było innej alternatywy. Tak się po prostu zwiedza te wyspy, a ja miałam cichą nadzieję, że będzie to lepiej zorganizowane niż w USA. Jako że zebranie minimalnej grupy stało pod znakiem zapytania rozważaliśmy też indywidualny wyjazd jak do Kostaryki, jednak wtedy w grę wchodziła tylko Nowa Zelandia. No i Maciek miał sporo obaw przed lewostronnym ruchem, bo wtedy musiałby być kierowcą. Szczęśliwie nasze rozterki zostały jesienią rozwiane, bo dostaliśmy sygnał z biura podróży, że wyprawa jest potwierdzona. Co za ulga no i jaka ekscytacja. Pierwsza wpłata oprócz zaliczki została przelana w celu rezerwacji biletów lotniczych, reszta miesiąc przed wylotem. Program wyprawy obejmował wiele atrakcji, w tym te, na których najbardziej mi zależało, większość po decyzji była do opłacenia dodatkowo. Do Nowego Roku nie poświęcałam tej wyprawie specjalnej uwagi, ale trochę niepokoiło mnie, że nie dostaliśmy zapytania o wybrane atrakcje, a wiedziałam, że niektóre trzeba było rezerwować z wyprzedzeniem. W końcu początkiem grudnia zadzwoniłam do biura, kiedy mamy deklarować nasze wybory. Obiecano porozumieć się z osobą odpowiedzialną za nasz wyjazd. I cóż, jeszcze tego samego dnia dostałam maila z prośbą o PILNĄ deklarację, na co się decydujemy i o przesłanie potrzebnej kwoty na wybrane wycieczki. Jakoś nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mój telefon kogoś obudził.

Po Nowym Roku zaczęłam się już więcej interesować wyprawą, robiłam research wybranych miejsc i atrakcji. W programie dwa dni mieliśmy niejako dla siebie, do indywidualnego odkrywania: był to jeden dzień w Sydney i pół dnia w Queenstown, więc postanowiłam zaplanować je wg naszych zainteresowań. Kilka dni przed wyjazdem odbyliśmy jeszcze onlinowe spotkanie z innymi uczestnikami i przewodnikiem, była możliwość zadawania pytań i ostatnich uzgodnień. Po tym zebraniu Maciek podjął ostateczną decyzję co do sprzętu fotograficznego. I tak miał to być nasz pierwszy wyjazd tylko z komórkami, bo przydatność teleobiektywu wg przewodników byłaby wątpliwa. Jakaż to oszczędność na kilogramach bagażu, nie mówiąc o komforcie przemieszczania! Przed wyjazdem otrzymaliśmy jeszcze aplikację na telefon z wszystkimi danymi wyjazdowymi, planem wyprawy dzień po dniu, bazą hotelową, opisem atrakcji i ciekawostkami z odwiedzanych miejsc. Tym razem była to autorska aplikacja Kiribati Club. Teraz już spokojnie mogłam oddać się swojej ulubionej pasji czyli martwieniem się o pociąg, opóźnienia, długość lotu, pogodę na miejscu itd., w sumie to o wszystko. Ale tak już mam i nawet po tylu wyjazdach nie jestem w stanie tego uniknąć. Najbardziej obawiałam się rozczarowania wybranym kierunkiem wyprawy, czy zachwyci mnie tak jak się tego spodziewałam?