wtorek, 5 maja 2026

Australia 2026 - 30 stycznia (Uluru, Sydney)

Pobudka 3.20 po fatalnej nocy. Właściwie nie musieliśmy się budzić bo zaliczaliśmy tylko krótkie drzemki. Jet lag ciągle nie odpuszczał. Klimatyzacja chłodziła, ale pracowała bardzo głośno, co dodatkowo utrudniało wypoczynek. Przynajmniej zebraliśmy się sprawnie, albowiem czekał nas wschód słońca na pustyni. Po czwartej spory autobus zabrał naszą grupę na punkt obserwacyjny. I tym razem widok był zacny: z jednej strony monolit Uluru na tle wschodzącego słońca, z drugiej strony pięknie oświetlona formacja skalna Kata Tjuta. Po obserwacji udaliśmy się jeszcze na krótki spacer (1 godzina, 3 km) trasą wytyczoną pośród skał. O tej porze muchy już ostro ruszyły do ataku, uratowały nas moskitiery na głowę. Wracając do hotelu z okien autobusu wypatrzyliśmy niewielkie stada wielbłądów, niestety kangurów nie było. Maciek zdążył zjeść śniadanie hotelowe, mnie wystarczyły produkty ze sklepu. Po godzinie 11 autobusy zabierały turystów na lotnisko. Czekał nas lot do Sydney. Lotnisko Ayers Rock niewielkie, ale dla wszystkich starczyło miejsc siedzących. Nawet udało się wypić fajne espresso. Lot przyjemny, twał około 3 godzin.

Sydney przywitało nas prawdziwie letnimi klimatami. Taksówkami podjechaliśmy do miejsca zakwaterowania. Hotel YEHS Sydney QVB świetnie położony, w centrum, blisko pomnika królowej Wiktorii i wielkiego sklepu Woolworth pot. Woolies. Po zakwaterowaniu i krótkim odpoczynku udaliśmy się na kolację do chińskiej dzielnicy. Nie byłam zachwycona tym pomysłem, bo po Wietnamie mam kosę z azjatyckim jedzeniem. Ale chodź, mówili, daj mu szansę, będzie fajnie... Nie było. Na obrazkach to jeszcze jakoś się prezentuje, ale na żywo wygląda ohydnie i takoż smakuje. Wzięłam zupkę, bo to wydawał się bezpieczny wybór, niestety  i tak zamówienie przerosło kucharza.  Dodatkowo w miarę, jak próbowałam przesunąć kęsy jedzenia, zdałam sobie sprawę, że chyba mnie coś zbiera. Czułam się źle i nie bardzo mogłam zdefiniować problem. Po tej nieudanej kolacji wstąpiliśmy jeszcze do Woolies na zakupy śniadaniowe. Hotel udostępniał jedynie lodge z ekspresem do kawy i stołami na posiłki, nie dysponował kuchnią. Chwilę te zakupy trwały, bo sklep olbrzymi (3 poziomy), trochę nam zajęło zorientowanie się w rozkładzie towarów, wybór znakomity. Fundnęliśmy sobie czereśnie z Tasmanii, wyglądały cudnie i tak smakowały. Wieczór trudny z powodu coraz obfitszego kataru oraz narastającego drapania w gardle. Chyba zabiła mnie klimatyzacja w Uluru, nic innego nie przychodziło mi do głowy. Dookoła wszyscy zdrowi. Czekała mnie więc noc nie tylko z jet lagiem ale i z zatkanym nosem i bólem gardła. I to wszystko na drugim końcu świata, w wymarzonym Sydney. Masakra.
























Australia 2026 - 29 stycznia (Uluru)

Pobudka zaplanowana na 4.30, ale zegarek nie zdążył zadzwonić bo o czwartej byliśmy wybudzeni na maksa. Chociaż niewątpliwie był pewien postęp.  Po dopięciu bagaży zjedliśmy nasz pakiet śniadaniowy (musli, brzoskwinie w syropie, ciasteczko, soczek) i wypiliśmy kawę. Transfer na krajowe lotnisko odbyliśmy przestronną taksówką. Lotnisko jak na domestic duże, ze sporym zapleczem gastronomiczno-sanitarnym. Boarding zaczął się wcześniej, tak że bez opóźnienia wystartowaliśmy z Cairns. Lot przy dobrej pogodzie trwał 2,5 godziny. 

Po wyjściu z samolotu buchnęło na nas rozpalone powietrze. A wydawało się, że w Cairns jest ciepło. Tutaj terminal naprawdę symboliczny, chociaż samolot prawie pełny. Bagaże wyjechały sprawnie i dość szybko autobusy rozwiozły turystów do ośrodków. Droga robi pętlę między ośrodkami i niewielkim  centrum ze sklepem, apteką, pizzerią itp. Pokoje nie były jeszcze gotowe więc do godziny 14 czas spędziliśmy nad niewielkim basenem chłodząc się do woli, bagaże można było złożyć w specjalnym pomieszczeniu. Standard pokoju mile nas zaskoczył. Zgodnie z uwagami w programie nastawiłam się na surowe warunki z toaletami na zewnątrz a tymczasem był to normalny dwuosobowy pokój, fajnie urządzony, z łazienką i klimatyzacją. Ulżyło mi, bo żar Pustyni Danakilskiej i tamtejsze warunki wypalił trwały ślad w mojej głowie. A tu, proszę, cywilizacja. Zrobiliśmy jeszcze wypad do sklepu po produkty na śniadanie, bo do końca nie było pewne, czy jutro wyrobimy się z czasem. Zmęczeni upałem zaliczyliśmy po południu dwugodzinną drzemkę. 

Około godziny 18 sprzed recepcji zostaliśmy zabrani autokarem na zachód słońca. Pomysł oglądania skały Uluru o zachodzie wynika z pięknego oświetlenia monolitu, który wtedy zachwyca mieniącymi się barwami. Autobus najpierw podwiózł nas blisko skały i jeszcze w promieniach słońca mogliśmy zrobić fajne fotki. Potem pojechaliśmy na stanowisko obserwacyjne i tam w towarzystwie sporej grupy turystów czekaliśmy do zachodu. Niestety, pomimo upału (42°C) przyszły chmury i w najważniejszym momencie słońce się schowało. Tylko chwilami przebijające się promienie dawały posmak kolorów. 

Wieczorną kolację zjedliśmy w hotelowym BBQ - był bufet sałatkowy oraz porcje mięsa lub ryby do samodzielnego grillowania. My wybraliśmy baramundę i jakoś ją przyrządziłam, chociaż czułam się mocno niepewnie. Pierwszy raz grillowałam rybę. 

Przed snem chętni wybrali się na pobliski punkt widokowy w poszukiwaniu Krzyża Południa. Było zdecydowanie za jasno, nie mówiąc o chmurach, a tu niespodzianka - krzyż udało się na niebie zidentyfikować. Oczywiście pomogła aplikacja w komórce, ale w sumie po to jest. Zasypialiśmy przy szumie klimatyzatora, bo inaczej bez szans na przetrwanie nocy.