To była moja najlepsza noc w Australii - do wczesnej pobudki o godzinie trzeciej spałam mocno, nareszcie bez przebudzeń. Dwudniowa infekcja odpuściła, chociaż nie wiem, czemu to musiało trafić akurat na Sydney. Na Nową Zelandię zostało mi pociąganie nosem. Wieczorem przed snem wypełniliśmy jeszcze e-deklarcję mając nadzieję na sprawniejszą odprawę w NZ. Taksówką podjechaliśmy na lotnisko. Tam przed wylotem poddano nas drobiazgowej kontroli, żaden batonik się nie prześlizgnął. Lot liniami Qantas (narodowym przewoźnikiem Australii) bardzo przyjemny. Wylądowaliśmy w Auckland i od razu niespodzianka: przed opuszczeniem samolotu otwarto luki bagażowe i zawartość została spryskana aerozolem (podobno mieszanka 2% permetryny + 2% d-fenotryny), mam nadzieję, że to bezpieczne stężenie, bo wszyscy nawdychaliśmy się oparów. Odprawa rzeczywiście poszła szybciej, kontrole sprawne i drobiazgowe. Pies wskazał kolegę z grupy z powodu foliowego woreczka, co prawda opróżnionego, ale po przechowywaniu skórki i ogryzka po jabłku, serio.
W Nowej Zelandii przywitał nas Andrzej - Polak mieszkający chyba w Auckland. Był naszym kierowcą po Wyspie Północnej. Przed lotniskiem czekał na nas duży bus - siedzenia bardzo wygodne, sporo miejsca na nogi i bagaż podręczny (duuuża ulga...). W drodze do Auckland podjechaliśmy na Mount Eden / Maungawhau w języku maoryskim (196 m n.p.m.) - nieaktywny wulkan i jednocześnie najwyższy, naturalny punkt widokowy z piękną panoramą miasta i otaczających go śpiących wulkanów (doliczono się już 53). Potem malowniczą drogą Tamaki Drive dotarliśmy do Missin Bay - szerokiej, piaszczystej plaży z widokiem na zatokę Hauraki i wyspę Rangitoto (wulkan tarczowy). Deptak przy plaży oferuje mnóstwo knajpek i kawiarni. Lunch zjedliśmy we włoskiej restauracji. W sumie to zabawne, że będąc na końcu świata jedliśmy u Włocha. Po krótkim spacerze ruszyliśmy do hotelu.
Jako że wszelakiego jedzenia trzeba było się pozbyć na lotnisku poznawanie Nowej Zelandii zaczęliśmy od najbliższego Woolies. Po zakupach mogliśmy pozwiedzać miasto. Do dyspozycji było cale popołudnie ale przewodnik poprowadził nas uliczkami Auckland do portu i z powrotem. Trochę mnie to zaskoczyło, bo znalazłam przed wyjazdem trochę ciekawostek z największego miasta NZ, ale notatki zostały w pokoju hotelowym. Jakoś założyłam, że przewodnik to wszystko zna. Tak więc zwiedzanie Auckland wypadło niestety słabo, bo nic z tych rzeczy nie zobaczyłam. Kolację zjedliśmy w znanej z Kalifornii sieciówce Denny's - było przewidywalnie i całkiem smacznie.
Jet lag i infekcja odpuściły więc liczyłam na pierwszą, dobrą noc w Nowej Zelandii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz