Wyjątkowo w tym roku weekend majowy mieliśmy wolny więc postanowiliśmy wybrać się na krótki rowerowy wypad. Do dyspozycji były trzy dni, co oznaczało możliwość zrobienia trzech tras rowerowych. Przy planowaniu postanowiłam wykorzystać AI zadając jej warunki brzegowe: południe Europy (obawiałam się zimnych dni na początku maja w Polsce), trasy przede wszystkim ścieżkami rowerowymi (ograniczyć do minimum przemieszczanie się po ulicach z samochodami) i przejazdy do 80 km bez podjazdów. W odpowiedzi dostałam cztery propozycje, z czego po analizie wybraliśmy trzy.
I tak 30 kwietnia wyruszyliśmy z Bielska-Białej do Villach w Austrii. Na dwudniowy pobyt wybraliśmy hotel Seven: pasowała nam bliskość tras rowerowych, bezproblemowy darmowy parking w garażu z miejscem na rowery, dobre śniadanie w formie bufetu. Wygodny i nieskomplikowany zjazd z autostrady A2 był atutem, aczkolwiek odległość 500 metrów od głównej magistrali trochę mnie martwiła. W zasadzie hotel spełnił nasze oczekiwania: bardzo obfite i urozmaicone śniadanie pozwalało solidnie naładować baterie, rowery przygotowane do drogi mogliśmy zostawić w garażu, kolacje w hotelowej restauracji smaczne. Niestety noce takie sobie, szum z autostrady nawet przy zamkniętych oknach denerwował, a przy otwartych miałam wrażenie, że samochody jeżdżą mi po głowie. Byłam świadoma położenia budynków, jednak w opiniach przeczytałam, że hałas jest minimalny. Otóż minimalny nie jest. Do tego okna wychodziły na hotelowy parking, więc cały czas ktoś odpalał auto, trzaskał drzwiami lub stawał nie gasząc silnika. Tak że pomimo niewątpliwych zalet położenie aż tak blisko dróg i autostrady w mojej ocenie bardzo obniża komfort pobytu w tym hotelu.
Rankiem 1 maja rowerami wyjechaliśmy zwiedzać okolicę. Warto podkreślić, że ten dzień był również dniem wolnym dla Austriaków więc rowerzystów wielu. Z hotelu podjechaliśmy około 10 km do trasy dookoła jeziora - słynnej Wörthersee Rundwanderweg o długości 55 km, w sumie wyszło 76,68 km. O ile noc była chłodna (8°C), rano jakieś 10°C, to w ciągu dnia zrobiło się ponad 20°C, a słońce grzało cudnie. Widoki niezłe, chociaż sama trasa miała wiele niespodzianek, niestety sporo rozczarowujących. Obawialiśmy się odcinka z hotelu do jeziora, a tymczasem w mojej ocenie był to najładniejszy kawałek trasy. Tylko na krótkich fragmentach przecinaliśmy ruch samochodowy; większość ścieżki prowadziła przez pola i wzdłuż rzeki, ze swobodnym dostępem do wody i licznymi ławeczkami dla odpoczynku. Wiele obiecywałam sobie po trasie wokół jeziora, wyobrażałam sobie pedałowanie w przepięknej scenerii, możliwość odpoczynku przy tafli - nic bardziej mylnego. Słynna Wörthersee Rundwanderweg faktycznie okrąża jezioro, ale ścieżka wytyczona jest przy drodze dla samochodów więc stałe inhalacje ze spalin gwarantowane, widoków nie ma żadnych, bo jezioro otacza wysoki parkan wydzielający prywatne hotelowe plaże, jachtkluby i różne ośrodki. Kilka razy ścieżka schodzi do jeziora, i tam są deptaki, mola, ławki i knajpki, ale w takim dniu tłumy nieprzebrane, trudno było znaleźć miejsce na chwilę odpoczynku. Najbardziej rozbawiły mnie tabliczki informujące, że płatność tylko gotówką. Udało nam się znaleźć jedną restaurację z pięknym widokiem, szybką obsługą i płatnością mobilną, i to była największa ulga tego dnia. Krótko mówiąc: trasa Wörthersee Rundwanderweg najatrakcyjniej wygląda… na mapie.
To był nasz powrót do Austrii po wielu latach i wrażenia raczej słabe. Kończąc "wątek austriacki", w drodze powrotnej dobiły nas autostrady. Nie wystarcza, że są płatne, to posiłki przy nich w jakiś abstrakcyjnych cenach. Za obiad z kawą (ja - ryba, ziemniaczki, Maciek - fasolka szparagowa z ryżem, do tego bufet sałatkowy) zapłaciliśmy 116 Euro! Po raz pierwszy w życiu zjedliśmy fasolkę za 100 Euro. I jakby tego było mało toaleta w tejże restauracji dodatkowo płatna. I co tu się czepiać Kostaryki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz