wtorek, 5 maja 2026

Australia 2026 - 29 stycznia (Uluru)

Pobudka zaplanowana na 4.30, ale zegarek nie zdążył zadzwonić bo o czwartej byliśmy wybudzeni na maksa. Chociaż niewątpliwie był pewien postęp.  Po dopięciu bagaży zjedliśmy nasz pakiet śniadaniowy (musli, brzoskwinie w syropie, ciasteczko, soczek) i wypiliśmy kawę. Transfer na krajowe lotnisko odbyliśmy przestronną taksówką. Lotnisko jak na domestic duże, ze sporym zapleczem gastronomiczno-sanitarnym. Boarding zaczął się wcześniej, tak że bez opóźnienia wystartowaliśmy z Cairns. Lot przy dobrej pogodzie trwał 2,5 godziny. 

Po wyjściu z samolotu buchnęło na nas rozpalone powietrze. A wydawało się, że w Cairns jest ciepło. Tutaj terminal naprawdę symboliczny, chociaż samolot prawie pełny. Bagaże wyjechały sprawnie i dość szybko autobusy rozwiozły turystów do ośrodków. Droga robi pętlę między ośrodkami i niewielkim  centrum ze sklepem, apteką, pizzerią itp. Pokoje nie były jeszcze gotowe więc do godziny 14 czas spędziliśmy nad niewielkim basenem chłodząc się do woli, bagaże można było złożyć w specjalnym pomieszczeniu. Standard pokoju mile nas zaskoczył. Zgodnie z uwagami w programie nastawiłam się na surowe warunki z toaletami na zewnątrz a tymczasem był to normalny dwuosobowy pokój, fajnie urządzony, z łazienką i klimatyzacją. Ulżyło mi, bo żar Pustyni Danakilskiej i tamtejsze warunki wypalił trwały ślad w mojej głowie. A tu, proszę, cywilizacja. Zrobiliśmy jeszcze wypad do sklepu po produkty na śniadanie, bo do końca nie było pewne, czy jutro wyrobimy się z czasem. Zmęczeni upałem zaliczyliśmy po południu dwugodzinną drzemkę. 

Około godziny 18 sprzed recepcji zostaliśmy zabrani autokarem na zachód słońca. Pomysł oglądania skały Uluru o zachodzie wynika z pięknego oświetlenia monolitu, który wtedy zachwyca mieniącymi się barwami. Autobus najpierw podwiózł nas blisko skały i jeszcze w promieniach słońca mogliśmy zrobić fajne fotki. Potem pojechaliśmy na stanowisko obserwacyjne i tam w towarzystwie sporej grupy turystów czekaliśmy do zachodu. Niestety, pomimo upału (42°C) przyszły chmury i w najważniejszym momencie słońce się schowało. Tylko chwilami przebijające się promienie dawały posmak kolorów. 

Wieczorną kolację zjedliśmy w hotelowym BBQ - był bufet sałatkowy oraz porcje mięsa lub ryby do samodzielnego grillowania. My wybraliśmy baramundę i jakoś ją przyrządziłam, chociaż czułam się mocno niepewnie. Pierwszy raz grillowałam rybę. 

Przed snem chętni wybrali się na pobliski punkt widokowy w poszukiwaniu Krzyża Południa. Było zdecydowanie za jasno, nie mówiąc o chmurach, a tu niespodzianka - krzyż udało się na niebie zidentyfikować. Oczywiście pomogła aplikacja w komórce, ale w sumie po to jest. Zasypialiśmy przy szumie klimatyzatora, bo inaczej bez szans na przetrwanie nocy.

 



















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz