środa, 19 sierpnia 2026

Nowa Zelandia 2026 - 9 lutego (Wellington)

Noc niezła, po trekkingu nie było problemów ze snem. Rano śniadanko z produktów sklepowych (jogurt, ciabbata z szynką i serem, Maciek wrapy bezglutenowe z szynką lub rybą z puszki, pomidorki, ogórki - spoko). W planie mieliśmy dzień bez emocji: dojazd do Wellington, krótkie zwiedzanie miasta według uznania, transport do portu i promem przepłynięcie na Wyspę Południową. Ale dzień bez emocji to nie dla mnie. Po dojechaniu do miasta dostaliśmy dwie i pół godziny przed odprawą promową na lunch lub spacer. Nie było łatwo w poniedziałkowe przedpołudnie zjeść coś smacznego ale w końcu trafiliśmy na otwartą od godziny 12 restaurację serwującą kuchnie, no nie wiem, afrykańską? Zjedliśmy bardzo ciekawie doprawiony ryż i sałatkę ze smażonym kurczakiem - wyszło całkiem zgrabnie chociaż użyte przyprawy nie przypominały mi żadnego regionu świata.

Pozostały czas wolny postanowiliśmy wykorzystać na spacer do punktu widokowego na Górze Wiktorii. Oryginalna maoryska nazwa wzgórza to Tangi Te Keo. Mount Victoria Lookout wznosi się 196 metrów nad miastem, oferuje piękne widoki na stolicę Nowej Zelandii, zatokę Oriental Bay i port. Zalesione zbocza góry posłużyły za plan zdjęciowy do filmu Drużyna Pierścienia. To tutaj kręcono słynną scenę, w której hobbitom udaje się uciec przed Upiorami Pierścienia (Nazgulami), chowając się pod wielkimi korzeniami drzew. Rekwizyt wielkiego drzewa był sztuczny i już go nie ma, ale naturalna półka ziemna znajduje się na szlaku Hobbit's Hideaway. Niestety nas trochę gonił czas więc na szczyt wybraliśmy główny, łatwy szlak o długości około 5 km. Zostaliśmy nagrodzeni zachwycającą panoramą miasta co dało okazję do zrobienia wielu ujęć. I na tym mogłoby się skończyć moje spotkanie z Wellington, ale nie, to by było za łatwe. Po zejściu ze wzgórza, około 500 metrów od miejsca zbiórki wypatrzyłam jeszcze ładny punkt widokowy na Fontannę Cartera w porcie Wellington, oddaloną o 150 metrów od zatoki Oriental Bay. Tak się zapatrzyłam i oczywiście spieszyłam, że niewielki próg przed barierką zupełnie mi umknął i bardzo widowiskowo poleciałam do przodu. Uniknęłam upadku, ale lewy staw skokowy wywinął się absurdalnie. No zwichnięcia stawu skokowego w Nowej Zelandii zupełnie nie planowałam. Dzielnie hamując krzyk i łzy drobnymi kroczkami doczłapałam do busa. Na szczęście tego dnia czekała mnie już tylko podróż, żadnego zwiedzania. Zrobiłam wszystko co było można w tamtych warunkach: na prom wjechałam wózkiem, podczas rejsu na Wyspę Południową cały czas chłodziłam staw lodem (barman się zlitował), wzięłam leki p-bólowe i tyle. Straciłam piękne widoki z rejsu Wellington → Cieśnina Cooka → Tory Channel → Queen Charlotte Sound → Picton ale Maciek dzielnie wszystko utrwalał. 

Po dopłynięciu razem z grupą zaawansowanych seniorów zostałam na wózku dostarczona do busa (matko, co z wstyd). Auto wygodne choć nieco mniejsze od tego z Wyspy Północnej, grupa zostawiła mi najbardziej komfortowe miejsce z możliwością ułożenia nogi. Chłodzenie i leki zadziałały i nawet nie bolało. Nasz nowy kierowca - Anna dowiózł nas do pierwszego motelu. Pokój duży z aneksem. Maciek zrobił zakupy spożywcze a w aptece nabył bandaż i opaskę uciskową na dzień następny. Po chłodzeniu nałożyłam na staw pół tubki maści z lekiem p-bólowym i położyłam się do łóżka bez specjalnych nadziei na sen.  






















 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz