Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kostaryka 2025. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kostaryka 2025. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 listopada 2025

Kostaryka 2026 - 26 lutego (Manuel Antonio, powrót do Polski)

Leniwy poranek zaczęliśmy od śniadania (w drodze do restauracji spotkanie ze sporą iguaną), potem kilka godzin plażowania: parasole i leżaki hotelowe do dyspozycji, piękna pogoda, ocean w zasięgu ręki. Wymeldowanie o 12, samochód pojawił się punktualnie o 13. Prywatny przejazd na lotnisko odbył się wygodnym busem. Ośmieleni poprzednim dniem zapytaliśmy o możliwość zatrzymania się na lunch. Kierowca nie widział problemu, zgodziliśmy się na jadłodajnię przy moście krokodyli, taki bar szybkiej obsługi, ale jedzenie całkiem smaczne. Zaliczyliśmy ostatnie espresso w kawiarni, dokupiliśmy trochę pamiątek i naprawdę już trzeba było pożegnać Kostarykę. Około godziny 17 byliśmy na lotnisku. Przy odprawie przerosła nas procedura drukowania w automatach taśm na bagaże. Na szczęście personel chyba zauważył nasze splątanie i zaproponował kontrolę narkotykową (skanery bagażu i mazanie "papierkami") co pozwalało poza kolejką nadanie walizek i  dokończenie odprawy. Lot w zasadzie bez problemów, aczkolwiek trafił nam się współpasażer, który przez 10 godzin non stop oglądał kreskówki (mówimy o dorosłym facecie), ekranu nie wygaszał nawet przy posiłkach. Udało się zaliczyć jakieś drzemki, ale lot męczący. Cieszyłam się na noc w hotelu Hilton przy lotnisku w Krakowie. Potrzebowaliśmy odpoczynku przed powrotem do Bielska.  









Kostaryka 2025 - 25 lutego (Wodospady Nauyaca)

W nocy spotkałam w łazience pająka wielkości mojej dłoni. Maciek stwierdził, że pewnie przyszedł się napić i nie rozumie mojej histerii. Jako że ściany były niepełne przez resztę nocy czuwałam, bo pikanie serca i naelektryzowane ze strachu włosy nie pozwalały mi spać. Jeszcze przed wschodem słońca potrzebowałam skorzystać z toalety. Szeloby co prawda już nie było, ale że tradycyjnie nie było też wody postanowiłam z czołówką przejść schodami do oświetlonych całą noc wspólnych pryszniców i toalet, blisko jadalni i namiotów. Zejście jakoś poszło, udało mi się wejść do środka i nieopatrznie zamknąć drzwi, po czym szybko przekonałam się, jakiej wielkości owady  przyciąga z dżungli światło. Nie dość, że były rozmiarów XXXL to jeszcze tłukły się bez sensu po kabinach. Przy takich bliskich spotkaniach z naturą wychodzi ze mnie cały mieszczuch. Ponowne pokonanie schodów zajęło mi jakieś 10 sekund, wpadłam zdyszana do naszego domku, zaryglowałam drzwi, a na znaki zapytania w oczach Maćka wykrztusiłam, że błogosławię decyzję zrezygnowania z noclegów w namiotach, bo chyba bym tego Corcovado nie przeżyła. Po śniadaniu emocje trochę opadły a mój stan można już było określić jako stabilny. Pomachaliśmy na pożegnanie naszemu leniwcowi i około siódmej rozpoczął się załadunek bagaży i turystów na łódź. Tym razem ocean był spokojniejszy, i dobrze, bo grupa do zabrania nawet liczniejsza niż poprzednio, oprócz nas i Kanadyjczyków dołączyli jeszcze Japończycy. Podróż zajęła godzinę.

W Sierpe miał czekać na nas transport prywatny. Byliśmy nieco wcześniej, więc zakotwiczyliśmy przy uzgodnionej restauracji Oleaje Sereno. To takie zaplecze na przystani (informacja turystyczna, restauracja, bary, toalety, sklepy), mnóstwo bieganiny, pokrzykiwania, portowego bałaganu. Zasięgnięcie języka w tutejszej informacji nie było najszczęśliwszym pomysłem, bo trochę nas przegonili: raz pod agencję, raz pod restaurację. W końcu znaleźliśmy nasz samochód przy siedzibie Sierpe Azul Exclusive Tours. Agencja ta była odpowiedzialna za transport do Manuel Antonio i za zorganizowanie po drodze wycieczki do wodospadów Nauyaca. Podczas przygotowań do wyjazdu wyczytałam, że około 45 minut jazdy samochodem z Manuel Antonio znajdują się niezwykłe wodospady - żal nie skorzystać. Była to wycieczka ekstra płatna, obejmowała 4 godzinny postój, ja chciałam jeszcze jakieś zakupy i lunch, ale nie wiedziałam, czego do końca mogę się spodziewać po kierowcy. Tymczasem agencja zorganizowała nam super wycieczkę, do końca przemyślaną. Mieliśmy do dyspozycji busa, kierowcę i dodatkowo anglojęzycznego przewodnika. On sam zaproponował przed wodospadem postój w dużym markecie, gdzie były toalety, można było kupić przekąski na wycieczkę, napić się dobrej kawy z ekspresu w ludzkiej cenie. Towarzyszył nam w zakupach, objaśniał, tłumaczył, pomagał wyszukiwać i doradzał w wyborze więc skorzystałam z okazji i z radością wybrałam dla rodziny produkty najbardziej oddające klimat Kostaryki - pyszne czekolady, wyborne kawy i oczywiście pastę z czarnej fasoli. Po raz pierwszy mieliśmy aż tak bardzo zaangażowanego przewodnika. Po zakupie biletów w biurze przy głównej drodze zostaliśmy podwiezieni do początku szlaku, umówiliśmy się po czterech godzinach czyli około godziny 15.

Pogoda słoneczna i upalna. W sumie zrobiliśmy prawie 10 km. Droga do wodospadów prosta, w 2/3 gliniasta, więc w porze deszczowej może być uciążliwie błotnista. Jednak tego dnia szło się dobrze. Wodospady piękne, górny groźny, dolny łagodniejszy, z basenem do pływania. Woda zdecydowanie cieplejsza niż w La Fortuna. Ludzi sporo, mimo to dało się zrobić fajne fotki i popływać. 

Po powrocie do samochodu przewodnik mile nas zaskoczył pytając, czy chcemy przerwę na lunch. Oczywiście potakiwaliśmy z entuzjazmem, bo po śniadaniu zostało tylko mgliste wspomnienie a przekąski zakupione w sklepie dawno się skończyły. Pozostawiliśmy mu wybór restauracji, przepytał nas o preferencje (chcieliśmy lokalne jedzenie) i alergie (znowu zong), coś wyszukał  w telefonie i uzgodnił telefonicznie. Podjechaliśmy pod wybraną sodę (taki rodzinny lokal), gdzie zjedliśmy smaczny i szybko podany obiad (fajtas z wołowiny, casado) w dużo lepszej cenie niż dania w Manuel Antonio, zwłaszcza te w pobliżu naszego hotelu. Cała wycieczka ułożyła się świetnie. Nagrodziliśmy napiwkami kierowcę za cierpliwość i przewodnika za kreatywność. 

W hotelu odebraliśmy nasze bagaże, przydzielono nam ten sam pokój. Przy recepcji przywitał nas odpoczywający leniwiec, wokół domku wypatrzyliśmy aguti, ptaszki i śmigające po drzewach małpki. Nasz ostatni wieczór na Kostaryce spędziliśmy oglądając zdjęcia przy butelce białego wina i podziwiając zachód słońca nad oceanem. 


















piątek, 31 października 2025

Kostaryka 2025 - 23 lutego (Corcovado)

Noc dobra, chociaż ocean głośno pracował. Korzystanie z toalety nad ranem nieco kłopotliwe -  brak wody. Jak uświadomiła nas sąsiadka z domku obok woda kończyła się tu każdej nocy. Co rano trzeba było schodzić do recepcji i prosić Gabriela, żeby ruszył tyłek, oderwał się od robienia drinków i  zajął serwisowaniem sprzętu, bo jak sam radośnie zaznaczył, są problemy z pompą. 

Dzisiaj po śniadaniu czekała nas grupowa wycieczka na wyspę Isla Cano na snorkeling. Bardzo byliśmy ciekawi tych wód, czy będą równie piękne jak dżungla. Razem z sąsiadką Brytyjką zostaliśmy zabrani z plaży przez przewodnika Alejandro. Dołączyliśmy do grupy, w której znajdowała się też polska rodzina od dwóch lat mieszkająca na stałe w Kostaryce. Do pierwszego zanurzenia płynęliśmy około godziny. Sam snorkeling niestety rozczarowujący: pływaliśmy w ciasnej grupie, z boją w dłoni, Alejandro jakiś zestrachany, bez przerwy nas przeliczał. Woda średnio przejrzysta, widziałam mątwy, żółwie i trochę kolorowych rybek, ale do Indonezji im daleko. Potem półgodzinna przerwa na plaży i drugie wejście do wody. Na koniec znowu półgodziny odpoczynek i powrót do lodge. Zgodnie z Brytyjką stwierdziliśmy, że wycieczka bardzo słaba. 

Za to po lunchu cudowne popołudnie na pięknej plaży niedaleko ośrodka. Dzień ciepły i słoneczny, idealny na leniuchowanie. Trochę powalczyliśmy z falami, czujnie, bo prądy silne i fale bardzo zdradliwe. Na koniec piękny zachód słońca, a na kolację niezły tuńczyk. 




 












 


niedziela, 26 października 2025

Kostaryka 2025 - 22 lutego (Corcovado)

Po śniadaniu punktualnie o dziewiątej dużym busem zjawił się kierowca z lokalnej agencji. Dwie godziny trwał przejazd do przystani w Sierpe, transport prywatny więc było bardzo przyjemnie. Na przystani harmider i duży ruch, szybko jednak odnaleźliśmy łódź z ekolodge Corcovado Adventures od Yessiki. Łódź nieduża, cały bagaż schowano pod pokład, a my w obowiązkowych kamizelkach z grupą turystów chyba z Kanady (francuskojęzyczni) usiedliśmy na krzesełkach. Początkowo rzeką i kanałami płynęliśmy niespiesznie, wręcz leniwie, za to na ostatnim odcinku brzegiem morza włączono turbodoładowanie i pomknęliśmy ślizgając się na falach, momentami trzęsło jak podczas turbulencji w samolocie. O dziwo nikt z łódki nie wypadł i szczęśliwie dotarliśmy do cudnej plaży przy ośrodku. Prądy bardzo silne więc wysiadanie gołą stopą wprost na dziką plażę ekscytujące, obsługa starała się utrzymać łajbę w miejscu a turyści asekurowani przez personel wyskakiwali starając się zgrać z falami. Jeszcze bardziej widowiskowe było wyciąganie naszych bagaży na brzeg, naprawdę pełny szacun za to, że żadna torba nie wpadła do oceanu.

Pierwsze wrażenie niesamowite - autentyczna  dżungla z domkami nad Pacyfikiem. Ośrodek znajduje się na plaży w zatoce Drake Bay (Bahía Drake) na Półwyspie Osa, czyli zachodnim wybrzeżu Kostaryki. Przywitał nas Gabriel, objaśnił zasady pobytu, lokalizację, czyhające niebezpieczeństwa i zaprowadził do bungalowu. Przy plaży była recepcja, kuchnia, pomieszczenie robiące za bar,  jadalnia z butlą wody na stojaku, wspólne prysznice i toalety oraz namioty, my zaś po schodach wspięliśmy się do rozlokowanych na zboczu kilku bungalowów i domków. Przy naszym bungalowie siedział na drzewie leniwiec więc podczas pobytu mieliśmy swojego osobistego leniwca, który witał nas codziennie rano. Opodal przebiegał szlak roboczy mrówek - grzybiarek, których pracoholizm nieustannie nas zadziwiał. 

Bungalow położony pięknie, z cudnym widokiem na ocean, i ta lokalizacja była jego jedynym atutem. Jeśli chodzi o wyposażenie, to od domku w Tortuguero dzieliły go lata świetlne. Zostaliśmy uprzedzeni o surowych warunkach w Corcovado i byliśmy na to przygotowani, jednak okazało się, że za sloganem "prosto i blisko natury" kryje się brud  i bylejakość. Wnętrze bardzo zaniedbane, sprzęty zużyte, dyndające na jednym zawiasie drzwi od szafki, pourywane zasłony, w łazience złogi zużytego mydła po poprzednich lokatorach zdobiły prowizoryczny prysznic. Okiem gospodyni mogę napisać z całą pewnością, że nikt tych domków nie sprzątał. Tak w ogóle, to łazienka została ściankami wydzielona z części sypialnej, ale ścianki nie dochodziły do sufitu. 

Popołudnie spędziliśmy na przepięknej plaży niedaleko naszej lodge, na której praktycznie byliśmy sami, pojedyncze pary korzystały z kąpieli. Maciek próbował, jednak silne prądy i wysokie fale ograniczały swobodę pływania. Kolacja wspólna dla wszystkich, byli Kanadyjczycy, my, Brytyjczycy z sąsiedniego domku i jeszcze jedna para, nie wiem skąd. Jedzenie bez szału, wydawka jak na stołówce studenckiej, ale dało się zjeść. Najważniejszym elementem posiłków były drinki przygotowywane przez Gabriela, i na nich skupiał się personel. Rozumiem, że był to bardzo wymierny zarobek tej rodzinnej lodgy, bo reszta nie specjalnie ich interesowała. Nie zamawialiśmy koktajli więc dość wcześnie udaliśmy się na spoczynek. Zasypialiśmy przy odgłosach oceanu i wariującej dżungli.