Po lobbowym śniadanku zbiórka przed dziewiątą i wyjazd w Góry Błękitne. Przewodnik na ten jeden dzień wypożyczył sporego busa i został naszym kierowcą. Po drodze przystanek na przedmieściach Sydney w Featherdale Wildlife Park - interesujące ZOO ze zwierzętami Australii. Sporo ciekawych okazów, w tym ruchliwy wombat, kuoka, piękne psy dingo, kompletnie postrzelony diabeł tasmański i oczywiście koale. Park powstał na terenie farmy rodzinnej, rozrósł się ale i tak nie jest duży, więc idealny na niemęczący spacer w rozsądnym czasie.
Następnie po niecałych dwóch godzinach dotarliśmy do malowniczego miasteczka Katoomba będącego turystycznym sercem Parku Narodowego Gór Błękitnych. Zaparkowaliśmy na terenie kompleksu rozrywkowego Scenic World oferującego atrakcje z oszałamiającymi widokami na kanion i doliny. Najpierw krótki przejazd Scenic Skyway - gondolą z przeźroczystą podłogą (wagonik zawieszony 270 m nad doliną Jamison pokonuje ok. 720 m pomiędzy dwoma urwiskami skalnymi). Potem zjazd w głąb doliny Jamison kolejką linową Scenic Cableway - przestronna kabina mieszcząca jednorazowo do 84 osób pokonuje ok. 510 metrów. Po zjeździe spacer ok. 2,5 km trasą prowadzącą po drewnianych kładkach pośród lasu deszczowego i eksponatów z czasów górnictwa. Do głównej stacji wróciliśmy najbardziej stromą kolejką pasażerską na świecie - Scenic Railway (310 metrów pokonujemy przy niewiarygodnym nachyleniu 52°).
Wycieczkę zakończyliśmy około 2 km spacerem ze Scenic World do Echo Point, po drodze zeszliśmy do kaskad na rzece Kedumba (na wodospad nie było już czasu). Obrazki ładniutkie, formacja skalna Trzy Siostry wyoglądana ze wszystkich stron. Do hotelu wróciliśmy po południu.
Pozostało jeszcze pożegnać się z Australią jakąś fajną kolacją. Wstąpiliśmy do włoskiej knajpki - pierwszej czynnej restauracji na trasie naszych poszukiwań, i trochę to trwało. W Sydney wieczorem wcale nie tak łatwo znaleźć czynny lokal nie będący tajskim jedzeniem. I było to pyszne zakończenie dnia. Maciek zjadł risotto z grzybami (opcja gluten i dairy free - dla kucharza żaden problem), a ja spaghetti, ale co to było za spaghetti. Z podania makaronu zrobiono cały show: przy stoliku podpalono dużą misę, makaron w niej doprawiano, potem bajerancko ułożono na talerzu. Wreszcie poczułam klimat wielkiej metropolii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz