Noc nadal kiepska - rozbujały się objawy nieżytu górnych dróg oddechowych na tle uporczywego jet lagu. Jednak na użalanie szkoda było czasu, bo czekał nas ekscytujący dzień - spacer po Sydney. Poratowałam się lekarstwami wziętymi z Polski "na wszelki wypadek" i gitara (jak mawiała nasza koleżanka Wiola). Chociaż śniadanie wchodziło mi słabo.
Pod wodzą naszego przewodnika całą grupa ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Spacer obejmował m.in. port z możliwością spotkania olbrzymich wycieczkowców, operę, katedrę, dzielnicę The Rocks, most Harbour, krótki rejs po zatoce, pobyt na plaży z lunchem i możliwością kąpieli, ogród botaniczny. Sydney zaprezentowało się kapitalnie, wiele atrakcji dało się zobaczyć jednego dnia bez jakiegoś nadzwyczajnego pośpiechu. Na lunch zjedliśmy ciekawe misy pełne warzyw z dodatkiem grillowanego kurczaka lub łososia, kolację poskładaliśmy z produktów zakupionych w sklepie.
Cały wieczór był jeszcze do wykorzystania. Część osób wybrała tenis, albowiem miasto niewątpliwie żyło Australian Open. Finał gry pojedynczej kobiet oprócz telewizora można było śledzić na żywo podczas świetnie przygotowanych transmisji plenerowych. My postanowiliśmy zaplanować sobie jutrzejszy dzień przeznaczony do samodzielnego zwiedzania. Pomysł pójścia do opery nie wypalił: biletów do zwiedzania wnętrza gmachu w dogodnych godzinach już nie było a na trzygodzinne obcowanie z operą nie byliśmy gotowi (zwłaszcza ja). Po przejrzeniu internetu zdecydowaliśmy się na zakup trzech atrakcji: Sydney Tower, ogród zoologiczny Wild Life i akwarium Sea Life. Cena łączonego biletu zdecydowanie lepsza niż pojedynczych, mieliśmy aż 60 dni na wykorzystanie, my potrzebowaliśmy dwóch. Dzień postanowiliśmy zakończyć na najwyższej budowli miasta (309 metrów), wejście wykupiliśmy na ostatni moment żeby zobaczyć zachód słońca. Wieża robi wrażenie, odczuwa się lekkie kołysanie (a może to iluzja). Obfotografowaliśmy miasto, przed i po zachodzie słońca, świetnie prezentował się skwer z wielkimi ekranami zapełniony kibicami tenisa.
Po kolacji zaczęliśmy jeszcze oglądać finałowy pojedynek, ale zmęczenie szybko dało o sobie znać i oczy same nam się zamykały. Może tej nocy uda się pospać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz