środa, 21 października 2026

Nowa Zelandia 2026 - 11 lutego (Lake Tekapo, Lake Pukaki, Park Narodowy Góry Cooka, Oamaru)

Rano po śniadanku wyjazd do Parku Narodowego Góry Cooka. Najpierw jednak czekał nas przejazd przez okolice Lake Tekapo. To polodowcowe jezioro zawdzięcza swój niesamowity kolor  topniejącemu śniegowi z Alp Południowych. Jest zimne, średnie temperatury wahają się od 6 °C we wrześniu do 17 °C w styczniu. Obowiązkowy postój przypadł oczywiście na Kościół Dobrego Pasterza - malowniczo położony kościółek z oknem wstawionym za ołtarzem. Niedaleko stoi pomnik psa pasterskiego - upamiętniający wg jednej z wersji inteligentnego psa pomagającego w wykradaniu owiec znanemu szkockiemu złodziejowi. Miejsce piękne, ludzi mrowie.

63 kilometry i 40 minut jazdy samochodem dalej dotarliśmy do południowego brzegu jeziora Pukaki. Obok dawnego Lake Pukaki Visitor Cenre znajduje się popularny punkt widokowy z piękną panoramą na turkusowe wody Lake Pukaki i pasmo Alp Południowych z najwyższym, mocno ośnieżonym masywem Aoraki/Mount Cook (3724 m n.p.m.). Zaskoczyła nas całkiem długa kolejka do zrobienia instagramowego zdjęcia obejmującego klasyczny widok wzdłuż osi jeziora w kierunku Aoraki/Mount Cook, oddalonego stąd w linii prostej o około 45–50 km. Nie stanęliśmy. Za to bez tłumów można było obejrzeć pomnik tara himalajskiego znajdujący się nieopodal. Naturalnej wielkości pomnik wykonany jest z brązu i przedstawia tara stojącego na głazie. Odsłonięto go w 2014 r., w 110. rocznicę sprowadzenia tarów do Nowej Zelandii.  Nie mając naturalnych wrogów szybko stały się one gatunkiem inwazyjnym więc obecnie ich populacja jest pod ścisłą kontrolą (podlega odstrzałom redukcyjnym).

Potem już prosto przejazd do doliny Góry Cooka na parking White Horse Hill. Pogoda bajeczna, ośnieżone szczyty gór mieniły się cudnie. Sądząc po ilości turystów to chyba flagowa atrakcja Wyspy Południowej. Program wyprawy mieliśmy mocno napięty więc na zwiedzanie dostaliśmy ledwie półtorej godziny. Grupa pognała do punktu widokowego szlakiem Kea Point Track (około 3 km w obie strony) a ja niespiesznie, z powodu kontuzji, swoim tempem ruszyłam Hooker Valley Track. Trasa została skrócona do 4,8 km (coś się podziało i dalej szlak był zamknięty) co pozwoliło mi w nieco ponad godzinę pokonać cały dystans. Piękny spacer, ludzie nawet jakoś pogubili się na szlaku i nie było źle, aż żal, że trzeba było trzymać tempo marszu. Chciałoby się posiedzieć podziwiając widoki, a naprawdę było co kontemplować.  

Na resztę dnia pozostał nam już tylko długi przejazd do Oamaru. W tym niewielkim miasteczku nieopodal portu znajduje się kolonia pingwinów błękitnych. Przed pierwszą turą zwiedzania (rezerwacja była na godzinę 18) zjedliśmy u Włocha szybką kolację (ryba), co zaoszczędziło nam szukania czynnych sklepów. Lider grupy zakupił bilety wstępu do ośrodka ochrony i badań kolonii tych morskich ptaków. Pracownica oprowadziła nas między norkami i budkami lęgowymi opowiadając ciekawostki z ich pracy, przybliżyła zwyczaje tego najmniejszego współcześnie żyjącego gatunku pingwina. Ale oczywiście nie to jest główną atrakcją tego miejsca. Ludzie przyjeżdżają tu z całego świata żeby obejrzeć wieczorny powrót pingwinów z morza. Po całym dniu żerowania wpływają one do portu, wychodzą na brzeg i grupami przemieszczają się do swoich "domków". Obserwuje się je z przygotowanej trybuny, która jest zdecydowanie za mała. W sezonie te najlepsze miejsca szybko się wyczerpują i nam też nie udało się zarezerwować biletów na wieczorny spektakl. Mocno zawiedzeni dręczyliśmy pracownice przy kasie i okazało się, że możemy przyjechać po dziewiątej i spróbować wejść na sukcesywnie zwalniające się miejsca (powrót zaczyna się po zmroku, trudno przewidzieć dokładnie kiedy, trwa nawet 2-3 godziny). Tak też zrobiliśmy i udało się obejrzeć końcówkę widowiska (niestety w cenie pełnego biletu - fajny biznes). Na tę drugą turę chętnych było wielu turystów i systematycznie wpuszczano ich na trybuny, co pozwoliło chyba wszystkim chętnym obejrzeć chociaż kawałek tego zabawnego przedstawienia. Pingwinki słodkie, niestety podczas pokazu fotografowanie i filmowanie jest zabronione, więc fotek nie ma.

Po takim bogatym i długim dniu spanie było wyborne.