Rano po śniadaniu grupą udaliśmy się na przystanek autobusowy, żeby transportem publicznym dojechać do centrum miejscowości Queenstown - słynnego kurortu, stolicy sportów ekstremalnych i turystyki przygodowej. To przedpołudnie to czas indywidualnych aktywności, czasu dostaliśmy do 15.30. Ja od początku miałam wybraną atrakcję - szlak Ben Lomond, zrobić ile się da. Niestety ograniczenia czasowe (do wyznaczonej godziny zbiórki trzeba było jeszcze zjeść lunch, bo do wieczora czekała nas już tylko jazda samochodem) i jednak nie do końca pewny mój lewy staw skokowy zdecydowały, że zamiast lecieć sprintem na szczyt (góra niewysoka - 1748 m n.p.m., chociaż ostatnie podejście dosyć strome po skalistej grani) postanowiliśmy spokojnie, delektując się widokami dojść do przełęczy Ben Lomond Saddle, czyli na wysokość 1326 m n.p.m. Panoramy na jezioro Wakatipu (najdłuższe jezioro NZ - 80 km) i pasmo The Remarkables są już stąd niesamowicie widowiskowe. Żeby skrócić podejście i maksymalnie zaoszczędzić czas wjechaliśmy na stację przesiadkową kolejką gondolową Skyline położoną na wzgórzu Bob’s Peak (około 790 m n.p.m.), skąd rusza właściwy szlak na przełęcz i szczyt. Przed kasami byliśmy jeszcze przed dziewiątą więc staliśmy na czele kolejki po bilety. Sprawnie to wszystko poszło, stacja przesiadkowa w jakiejś przebudowie, ale toalety i kawiarnia czynne co pozwoliło fajnie zacząć trekking. Trasa rzeczywiście niezwykłej urody, zrobiliśmy niemal 10 km, 690 metrów pod górkę. Na przełęczy zjedliśmy małe co nieco, a że po trekkingu czas mieliśmy całkiem dobry to spokojnie po opuszczeniu gondoli można było rozglądać się za jakąś restauracją. Turystów wielu i miałam wrażenie, że sporo mijających nas osób miało kule lub ortezy na różnych częściach ciała, jak na stolicę sportów ekstremalnych przystało😂. Nie chcieliśmy przedłużać poszukiwań, bo jednak wisiała nad nami godzina zbiórki więc weszliśmy do pierwszego napotkanego Włocha (znowu). Maciek zjadł łososia a ja pizzę. Udało nam się o czasie stawić na parkingu. Jak się okazało reszta grupy wybrała przejażdżkę rowerami, byli zadowoleni, chociaż siodełka chyba dały im się we znaki. Popołudnie i wieczór to już tylko monotonna jazda w pobliże lodowca Franz Josef.




























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz