Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peru 2021. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peru 2021. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 kwietnia 2022

Peru 2021 - podsumowanie

Trudne będzie to podsumowanie, bo jeszcze nigdy nie brałam udziału w tego typu wyprawie. Nasze dotychczasowe wyjazdy to jednak głównie obcowanie z przyrodą poprzez różnej długości trekkingi, zdobycze cywilizacyjne danego regionu zwiedzaliśmy jakby przy okazji pobytu w danym zakątku świata, zwykle kilka dni. Najdłużej może było to w Etiopii, ale i tam góry plus pustynia to prawie osiem dni. W Peru zostaliśmy zaatakowani przez niezliczoną ilość twierdz, placów, świątyń, ruin cmentarnych i przede wszystkim obiektów sakralnych. Tyle wrażeń z jednego wyjazdu, że naprawdę ciężko to ogarnąć i uporządkować, ale jak zwykle swoje jak najbardziej subiektywne odczucia zamierzam opisać. A więc po kolei.

Wyjazd ten wypadł dość niespodziewanie, w zastępstwie za zamknięte nieustannie USA. Miesiące wakacyjne miałam dość pracowite i nie znalazłam czasu na zwyczajowy research, zresztą tym razem mieliśmy lidera z Polski. Zależnie od zebranych wcześniej informacji nawet nie chcąc przywozimy do danego kraju jakieś swoje jego wyobrażenie, a że odwiedziliśmy sąsiednią Boliwię to ukształtowało spodziewany obraz Peru. Nie powiem, że nastawiałam się na Indian mieszkających w wigwamach ale jednak.... Jak się domyślacie przeżyłam swoisty szok kulturowy, dotyczący zarówno ludzi jak i infrastruktury tego kraju. Peruwiańczycy niewątpliwie są potomkami plemion mieszkających na tych terenach, jednakże hiszpańska krew namieszała sporo wśród ludności. Fizycznie przypominają Boliwijczyków: są niewysocy, krępi, o bujnych, ciemnych włosach, ale wcale nie tak rzadko dostrzec można nieco łagodniejsze rysy twarzy, jakby bardziej europejskie. Największą jednak różnicą możliwą do zauważenia nawet podczas krótkiego pobytu turystycznego jest usposobienie Peruwiańczyków. Kiedy w sąsiedniej Boliwii zrobienie zdjęcia groziło obrzuceniem kamieniami, a najczęstszym odruchem podczas próby nawiązania kontaktu było wzruszenie ramionami i odwrócenie się plecami, to w Peru doświadczyliśmy serdeczności, pomocy, usiłowania zagajenia rozmowy, no po prostu inny świat. Nie było to może takie przylepianie jak w Afryce, ale uśmiechu było prawie tyle samo (nawet pod maseczkami). To co wyróżnia pozytywnie obie nacje (być może dotyczy to całej Ameryki Południowej) to uwolnienie turystów od nachalnego żebractwa, żadnego "one dollar", żadnego szarpania, wyciągniętych rąk czy pukania w okna busa. Peruwiańczycy srodze stracili podczas izolacji pandemicznej przez brak turystów, jednak nie doświadczyliśmy żadnych namolnych  zachowań, próbowali zarobić przez sprzedaż lokalnych produktów, oprowadzanie po zbytkach, prezentowanie własnej twórczości czy pozowanie do zdjęć w strojach regionalnych. Dało mi to naprawdę rzadko spotykany na wyjazdach komfort psychiczny. Cieniem na tej ocenie położył się tylko występ przewodnika górskiego, który zaciągnął nas do znajomka i wykorzystał wycieczkę trekkingową do prób pohandlowania zmieniając cały program wyprawy. Na szczęście był to pojedynczy incydent  i zasadniczo nie zmienił mojej oceny mieszkańców Peru. 

Olbrzymie zaskoczenie dotyczyło też infrastruktury turystycznej, o dużo wyższym poziomie niż w sąsiedniej Boliwii. Widać, że turystyka jest tu ważną gałęzią gospodarki i ma dużo dłuższy staż. Tak więc zastaliśmy całkiem dobre drogi, rozbudowaną sieć hoteli na poziomie europejskim, doskonałe restauracje ale i mnóstwo lokalnych jadłodajni, w sumie na każdą kieszeń. W naprawdę trudnych miejscach goszcząc turystów zawsze ktoś pomyślał o tym, żeby na przykład zrobić miejsca postojowe z możliwością umycia rąk i dezynfekcji, a nawet toaletami, choć na ponad 4000 m n.p.m. oczywiście były one siermiężne, ale przynajmniej wspinacze nie ganiali po szlaku w poszukiwaniu zarośli (których notabene nie było). W paru odludnych rejonach nawet nie oczekiwałam takiego przybytku i zawsze wtedy przypominałam sobie gęsto zabudowaną osadę na pustyni w Etiopii, gdzie na moje pytanie o to, gdzie tu się chodzi w ustronne miejsce rozbawiony przewodnik szerokim gestem pokazał "everywhere"! Tak więc odniosłam wrażenie, że Peru jest w stanie przyjąć każdą ilość turystów i zaopiekować się nimi na oczekiwanym poziomie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że widziałam tylko część Peru, tę wystawioną na pokaz, i że pewnie są tam miejsca dużej biedy, może i nawet prowincjonalnej ciemnoty, ale na wyprawach praktycznie zawsze widzimy tylko wizytówkę danego kraju. I na tym tle Peru jawi się naprawdę bardzo atrakcyjnie. Dodatkową i jak dla mnie bardzo ważną rzeczą, którą uwielbiam w Ameryce Południowej jest brak meczetów i minaretów, co oznacza ciche noce i możliwość błogiego snu - rzecz nie do przecenienia podczas napiętego programu i początkowego "jet lagu".

Nasza podróż w zasadzie przypadła na okres pandemii, tuż po otwarciu granic i większości zabytków. Znajomi w kraju obawiali się, że przywieziemy stamtąd jakąś "zarazę". Chcę podkreślić, że nigdzie w Polsce nie czułam się tak bezpiecznie jak tam. Nikt nie odważył się serwować nam jakiejkolwiek usługi bez zabezpieczenia (często były to dwie maseczki), nas grzecznie ale konsekwentnie w wybranych miejscach proszono o to samo. W restauracjach i kucharze i kelnerzy w czepkach, maseczkach i rękawiczkach. Po raz pierwszy na wyjeździe jadłam wszystko, także surowiznę  i to w dużych ilościach (owoce, sałatki) i nie mieliśmy żadnych sensacji biegunkowych czy choćby prostej niestrawności. Wszystko było smaczne i świeże, przyrządzone w bezpieczny sposób.

A w ogóle kuchni peruwiańskiej należy się osobny akapit. W Peru je się wyśmienicie. Porcje niezależnie od typu jadłodajni są duże lub bardzo duże. Korzystaliśmy z restauracji, parę razy z lokalnych barów, nie próbowałam dań z ulicy. Wszędzie można dostać typowe dania peruwiańskie, ale też znaleźliśmy przedstawicieli światowych bestsellerów (np. ravioli, pizza), w sumie duża różnorodność. Ceny były z reguły niższe niż w Polsce, w bardziej wypasionych restauracjach porównywalne. Była to najlepsza wyżerka spośród wszystkich naszych wypraw i z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że ten wyjazd był dla nas przygodą kulinarną.

Na koniec kilka słów o agencji turystycznej. Z Kiribati Club byliśmy po raz pierwszy, wcześniej znaliśmy ich propozycje od podróżujących z nimi znajomych. Z dotychczasowych biur wyprawowych to najlepiej zorganizowany wyjazd. Dotyczy to zarówno etapu przed wylotem (spotkanie całej grupy z liderem na WhatsAppie czy otrzymanie planu podróży w aplikacji Vamoos) jak i pobytu w Peru. Cała wyprawa opierała się na zaopiekowaniu przez miejscowe biura turystyczne, a ponieważ dotyczyła dużego obszaru kraju więc jedna agencja przekazywała nas kolejnej działającej na danym terenie. Wszystkie agencje poza organizującą trekking były na dobrym poziome, busy na trasie wygodne. Najsłabszy transport oferowali nam w Nazca (mniejsze auto bez klimatyzacji), ale za to przewodnik nadrabiał zaangażowaniem. Baza hotelowa naprawdę świetna - wszystkie hotele  w bardzo dobrej lokalizacji, o dobrym lub bardzo dobrym standardzie. Jeśli pokoje były trochę mniej komfortowe to śniadanie bardziej wypasione, tak że ostateczne wrażenie zawsze dobre. Program Peru: Powrót Wirakoczy rozbudowany i ciekawy, obejmujący wszystkie najważniejsze atrakcje na trasie. Jeśli miałabym jakieś uwagi, to wydaje się, że dzień aklimatyzacyjny powinien wypaść raczej w Świętej Dolinie (dwa noclegi). Arequipę można ogarnąć w jeden dzień, natomiast trudno mówić o aklimatyzacji poniżej 3000 m n.p.m. No i dodałabym jeden dzień na Limę. Mógłby to być dzień ostatni, co skróciłoby podróż końcową o lot Cusco - Lima, a jak widać na przykładzie naszej grupy dwie przesiadki czasem trudno dopiąć. Na zwiedzanie Limy mieliśmy tylko godziny dopołudniowe pierwszego dnia i to zdecydowanie za mało. Teraz trochę żałuję, że nie poczytałam szczegółowo o tym mieście przed wyjazdem, bo zdecydowanie zamieniłabym kościoły na muzea (np. Larco czy złota). A tak wyszło jak wyszło i z tego miejsca pozostał lekki niedosyt. Jeszcze słowo o trekkingu. Po zaliczeniu wypadu w Tęczowe Góry mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że jedyną rzeczą potrzebną do jego zrealizowania jest transport. Reszta oferowanych atrakcji łącznie ze śniadaniem można pominąć - nie są tego warte. Lepsze będą jakieś batony, woda do picia i tyle. Na obiad można się zatrzymać w dowolnym miejscu w drodze powrotnej. Dla małej grupy wystarczy wynająć jeepa - da się wtedy uniknąć zbierania turystów z połowy Cusco, będzie szybciej i pewnie bardziej komfortowo. Ale wynajęcia samochodu nie da się uniknąć, bo punkt startowy dla wycieczki pieszej leży w górach na trudno dostępnej wysokości i nie ma tam transportu publicznego.

Podsumowując, wyprawę do Peru z Kiribati Club gorąco polecam. Kraj zaskakująco piękny, cywilizacja inkaska onieśmielająca, ludzie otwarci, jedzenie pyszne, turystyka zorganizowana o dużych możliwościach, ulice wydały się nam bezpieczne. Agencja Kiribati Club zorganizowała wyjazd na wysokim poziomie, żadnej partyzantki, widać, że stoi za nimi bogate doświadczenie i dobre kontakty z kompetentnymi lokalnymi biurami turystycznymi.

 


 

sobota, 2 kwietnia 2022

Peru 2021 - 1 października (powrót do Polski)

To był dzień powrotu do Polski. Pobudka na spokojnie, mieliśmy sporo czasu na śniadanie i dopakowanie bagaży. Przed oddaniem pokoju o godzinie 10 zdążyliśmy jeszcze wyjść na kawę i ostatni raz zerknąć na Plaza de Armas. Busem dotarliśmy do niewielkiego lotniska w Cusco. Była to pora lunchu, więc zjadłam zapakowane jedzenie z wczorajszej kolacji. Trochę na siłę, bo zaplanowaliśmy obiad na lotnisku w Limie. Jak się potem okazało, był to bardzo dobry ruch, albowiem z Cusco wystartowaliśmy z kilkugodzinnym opóźnieniem. Czekaliśmy niestety w samolocie, bo jakaś awaria pasa okazała się już po wrzuceniu nas na pokład. Obawialiśmy się o przesiadkę w Limie ale jakoś to wyszło. Samolot lecący do Paryża czekał na część naszej grupy, polecieli bez swoich głównych bagaży, bo nie zdążono ich tak szybko przepakować. My do Amsterdamu zdążyliśmy z niewielkim zapasem, był czas tylko na szybką przekąskę. Lot do Europy bez problemu, samolot zapełniony bardziej niż w stronę przeciwną. Na lotnisku w Krakowie spotkała mnie jeszcze niespodzianka. Mój główny bagaż został poddany wyrywkowej kontroli (nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam) i nasz dzielny funkcjonariusz znalazł jednego, hermetycznie zapakowanego  kabanosa. Pouczył mnie o zakazie przywożenia do UE żywności i sporządził protokół zniszczenia 114 g wędliny z Peru. Wytłumaczyłam mu, że rzeczony kabanos nie pochodzi z Peru, tylko jest to jak najbardziej narodowo-narodowy produkt, który zrobił trasę Polska-Peru-Polska. Po prostu jedzenie w Peru okazało się tak znakomite, że nie było okazji zjeść wszystkich zabranych produktów do końca (a było ich niewiele). Jednakże na taką okoliczność nie było ani procedury, ani formularza. Była już sobota przed północą i nie miałam ochoty na dłuższe starcie. Z ulgą zameldowaliśmy się w hotelu Hilton w Krakowie i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Mimo że obiekt stoi przy lotnisku pokoje są nieźle wyciszone i spaliśmy wybornie. Rano spałaszowaliśmy bogate śniadanie i ruszyliśmy w drogę powrotną do Bielska.

wtorek, 29 marca 2022

Peru 2021 - 30 września (trekking w Tęczowych Górach)

Pobyt w Peru chcieliśmy zakończyć trekkingiem w Tęczowych Górach. Oprócz nas jeszcze dwie osoby wyraziły chęć i tak przewodnik z Polski wykupił dla naszej czwórki wycieczkę w miejscowym biurze. Nie poznałam nazwy lokalnej agencji turystycznej, ale program wydawał się typowy i zgodny z tym, co wcześniej poczytaliśmy. Trochę zaniepokoiła mnie godzina zbiórki przed hotelem (4.30), bo z internetowych doniesień zrozumiałam, że większość turystów wyruszała około 4 rano. Pobudkę zaplanowaliśmy na 3.45. Zebraliśmy się zgrabnie, zdążyłam zrobić jeszcze parę łyków herbatki z koki i zgodnie z planem czekaliśmy przed hotelem. Czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy,  już zaczęłam podejrzewać, że bus odjechał przed czasem. Jakoż parę minut przed piątą pojawił się autobus i kierowca zaprosił do środka. Według planu czekała nas dwugodzinna jazda niezłymi drogami aż do przerwy na śniadanie. Wydawało mi się, że już jesteśmy w lekkim niedoczasie, a tu dalej jeździliśmy po różnych hotelach zbierając turystów. Około pół godziny jeszcze kręciliśmy się po Cusco! Kiedy w końcu prawie wszystkie miejsca zostały zajęte i mieliśmy nadzieję ruszyć z kopyta, autobus stanął i zaproszono nas na śniadanie, które według planu miało być w połowie trasy. Zostaliśmy wtłoczeni do jakiejś ciemnej speluny (niestety, takie miałam skojarzenia), zaserwowano omlety, a potem show ze straszeniem pogodą i propozycją zakupu ciepłych ubrań, środków na chorobę wysokościową i różnych kosmicznych bzdur. Był to żałosny pokaz, ale wydawało się, że nie ruszymy dalej, póki właściciel czegoś nie sprzeda. Jednocześnie przewodnik potwierdził to, co wcześniej przeczytałam w internecie - z góry schodzimy najpóźniej 11.15, niezależnie od godziny wejścia. Tak że im wcześniej się tam zjawimy tym więcej czasu na szczycie. Przewodnik uprzedzał też o krótkim, ale stromym podejściu wymagającym kijków. My mieliśmy swoje mimo obietnicy wypożyczenia (to po doświadczeniach z Boliwii), i dobrze, bo oczywiście do wypożyczenia były tylko ciężkie, grube kije strugane chyba przez zaprzyjaźnioną rodzinę. Wścieklizna narastała we mnie powoli acz nieubłaganie. W końcu handel dobiegł końca, wmusiłam w siebie trochę pożywnej owsianki (ciężko wcisnąć w siebie kaloryczny posiłek o 5 rano) i ruszyliśmy w góry. Droga rzeczywiście początkowo niezła, cóż z tego, jeśli nasz rozklekotany autobus wydawał takie dźwięki, że obawialiśmy się jego rychłego końca. Szyby nieszczelne, uchwyty pourywane a silnik rzęził ostatkiem sił. Po dwóch godzinach drogi asfaltowej zrobiono postój na toalety i dalej już drogą szutrową jechaliśmy do celu. Nieustannie dziwił nas fakt, że autobus jeszcze się nie rozleciał. W punkcie kontrolnym lokalny przewodnik - showman kupił nam bilety upoważniające do zwiedzania regionu. W końcu  około godziny 9 dotarliśmy do Quesoyuni, czyli punktu rozpoczęcia trekkingu na wysokości 4664 m n.p.m. (tak pokazał mój zegarek). Na początek spore zaskoczenie: z powodu niebanalnej wysokości byliśmy przygotowani na niskie temperatury, a tu proszę, 16°C. Co grubsze elementy ubioru pochowaliśmy do plecaka i w drogę. Trekking bardzo przyjemny, nie przedstawia żadnych trudności. Problemem może być wysokość, ale my zjawiliśmy się po ponad tygodniowym przebywaniu na wysokościach powyżej 3000 m n.p.m. więc aklimatyzacja była bez zarzutu. Po drodze mijaliśmy zabudowania lokalnej społeczności, gdzie można zjeść i kupić to wszystko, co oferowano wcześniej przy śniadaniu. Pogoda był cudna i nikt nie potrzebował dodatkowych ubrań. Zaraz za parkingiem czekali miejscowi poganiacze oferując możliwość pokonania większości trasy na koniku. Nie bardzo wiem po co, bo w ten sposób pokonać można tylko płaski odcinek drogi, potem i tak trzeba wspiąć się samemu. Cała trasa to około 3,5 km w jedną stronę (aż się zastanawiam, czy to nie był raczej spacer a nie trekking), a 350 m wznoszenia w większości przypada na odcinek przed samym szczytem. Rzeczywiście kije znacznie ułatwiają tam wspinaczkę, jest też rozciągnięta lina robiąca za poręcz, ale można bezpieczniej wejść na górę wydeptanym obok wężykiem. Maszerowałam powoli, bo przy każdym przyspieszeniu owsianka niebezpiecznie podchodziła do gardła. Podejście na szczyt 5036 m n.p.m. zajęło mi niecałe półtorej godziny. Turystów było wielu, ale jak na to miejsce to do wytrzymania. Cały czas na szczycie wykorzystaliśmy na robienie zdjęć i filmowanie a było na czym oprzeć oko.

Vinicunca uznawana jest przez miejscowych mieszkańców za cud natury. Niesamowite zabarwienie posiada swoje wytłumaczenie w geologicznym ukształtowaniu terenu. Wszystko rozpoczęło się w procesie górotwórczym powstawania całego pasma Andów, gdy dwie płyty tektoniczne zostały poddane zjawisku subdukcji, czyli nakładania się na siebie. W wyniku tego procesu nasiliła się działalność wulkaniczna, prowadząca do pojawienia się różnorodnych i rzadkich minerałów na tym terenie. Kolejne wypiętrzenia spowodowały odsłonięcie warstwy skał osadowych, dzięki czemu ukazały się kolorowo zabarwione powierzchnie kształtujące się na przełomie kilkunastu tysiącleci. Dodatkowo za unikalne siedem kolorów odpowiada działalność wiatru, wody i wysoka zawartość minerałów. Podaje się, że aż 14 różnych surowców ma swój udział w tworzeniu kolorów, a wśród najczęściej występujących związków można odnaleźć tlenek żelaza, siarczek żelaza i chloryn. Barwy odpowiadają kolorom tęczy, co przełożyło się na nadanie nazwy kolorowemu szczytowi. (wg naWakacje.eu) 

Powrót zaczęliśmy po nerwowym zaganianiu nas przez przewodnika (było tak późno nie zaczynać wycieczki) nic sobie nie robiąc z jego pokrzykiwania. Czas schodzenia to niecała godzina. Na uwagę zasługuje przygotowanie tego krótkiego trekkingu przez lokalną społeczność: są toalety, punkty z piciem, jedzeniem i odzieżą, jakbyśmy nie byli na wysokości ponad 4000 m n.p.m. Po godzinnej jeździe zatrzymaliśmy się na obiad (był w porządku), potem jeszcze w dwóch przepięknych lagunach i około 18 dotarliśmy do Cusco. O ile autobus zabrał nas sprzed hotelu to wysadził gdzieś w centrum. Z ulgą opuściliśmy klekoczący pojazd  i spacerkiem, uliczkami zalanymi słońcem wróciliśmy do hotelu.

Pobyt w Peru zakończyliśmy wspólną kolacją w restauracji przy głównym placu. Porcje były tak duże, że poprosiłam o spakowanie części dania, a nuż się przyda w dniu powrotu. Objedzeni i zmęczeni górską wycieczką nie mieliśmy problemów z zaśnięciem. To była nasza ostatnia noc w Peru.






































 

czwartek, 24 marca 2022

Peru 2021 - 29 września (Cusco)

Był to dzień odpoczynku od jazdy, w całości poświęcony na zwiedzanie Cusco. Niestety, okazało się, że w hotelu w Aquas Calientes zostawiłam nasze zbiorcze bilety, co oznaczało, że za część atrakcji będziemy musieli dodatkowo zapłacić lub je sobie odpuścić.

Po smacznym śniadanku ruszyliśmy na spacer i od razu pandemiczna niespodzianka: Muzeum Inków otwarte krótko i udostępniono tylko dwie sale. Nie miałam zamiaru kupować specjalnie biletów na okrojoną wystawę, reszta grupy nawet z biletami też nie miała ochoty na takie zwiedzanie. Szybko przeszliśmy więc do punktu widokowego w wyżej położonej dzielnicy i urządziliśmy krótką sesję zdjęciową głównego Placa de Armas dawniej zwanego Placem Huacaypata, czyli Placem Łez z przylegającymi zabytkami. Środek placu zajmuje fontanna, na szczycie której złoci się postać Atahualpy, trzynastego władcy imperium Inków. Oprócz zabytków plac otaczają liczne restauracje, kawiarnie, agencje turystyczne i sklepy z pamiątkami. Zwiedzanie budowli zaczęliśmy od Kościoła Towarzystwa Jezusowego zbudowanego w XVI wieku na fundamentach pałacu Huayna Capac (no foto, no video). Budowla jest przepięknym przykładem hiszpańskiego baroku kolonialnego. Miejscowa przewodniczka za 20 soli oprowadziła nas po kościele, opowiedziała krótko historię zagłady Inków (słyszałam to kolejny raz i nadal porażało), ograbienia ich z bogactw, wymordowania przywódców i wzniesienia na podwalinach tej cywilizacji chrześcijańskich budowli sakralnych. Ze wszystkich kościołów ten jakoś najbardziej do mnie przemówił, po innych trochę chaotycznie się plątaliśmy, bez lokalnych przewodników to jednak nie to samo. Po kościele jezuitów przyszedł czas na zamkniętą wcześniej Bazylikę archikatedralną Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wzniesionej, a jakże, na fundamentach pałacu ósmego Inki Wirakoczy. Kościół wybudowano w XVI–XVII wieku w stylu renesansowym. Ma on trzy nawy, po bokach łączy się z dwoma innymi mniejszymi kościołami: od zachodu z kościołem Świętej Rodziny, a od wschodu z kościołem Tryumfu. Rzeczywiście ciekawie wyglądał Czarny Chrystus na krzyżu (chroniący przed trzęsieniami ziemi)  i osobliwy obraz Ostatnia Wieczerza Marcosa Zapaty ze znajdującą się na stole pieczoną świnką morską, papajami czy ostrymi papryczkami. Był to jednak kolejny kościół do zwiedzenia, dla mnie to już trochę za dużo budynków sakralnych jak na jeden wyjazd.

Spacer rozpoczynaliśmy w słońcu, a po wyjściu z katedry, nie wiadomo skąd, pojawiły się chmury, silne podmuchy wiatru, zaczęło padać (ale przecież byliśmy na wysokości 3326 m n.p.m.) Szybko przemknęliśmy Calle Loreto -  wąską, prostą uliczką biegnącą między oryginalnymi inkaskimi murami do kościoła św. Dominika. Spokojnie, to na szczęście nie był następny kościół do zwiedzania. Po prostu trzęsienie ziemi w 1950 roku odsłoniło Świątynię Słońca (Coricancha), na murach której wybudowano kościół i klasztor dominikanów. Inkaski monumentalny kompleks świątynny wzniesiony był z ogromnych, wielokształtnych bloków kamiennych. Dachy budowli kryte były zgodnie z inkaską techniką budowlaną drewnem i strzechą. Ściany zewnętrzne kompleksu i wnętrza świątyń pokryte były złotymi płytami, gzymsami i posągami. W centralnej części kompleksu znajdował się Złoty Dziedziniec – ogród złożony ze szczerozłotych wyobrażeń roślin i zwierząt. Coricancha została splądrowana przez hiszpańskich konkwistadorów, a zrabowane złoto wywiezione do Hiszpanii. My mogliśmy podziwiać jedynie fragmenty ścian Świątyń (Tęczy, Księżyca), cudownie precyzyjne dopasowanie kamieni. Na ścianach krużganków powieszono duże obrazy cuscańskiej szkoły malarskiej. Idąc dalej można wyjść do ogrodów klasztoru co daje możliwość obejrzenia inkaskich murów z zewnątrz. W kolejnej Świątyni Gwiazd obejrzeliśmy obraz będący jakby mapą terenu, ale do odczytania chyba tylko dla Inków, i mapę nieba obrazującą konstelację gwiazd na półkuli południowej. Przed opuszczeniem kompleksu pozostało jeszcze spojrzenie  na ostatnią pamiątkę - ideogram przedstawiający światopogląd ówczesnych Inków na wszechświat. To kopia złotego panelu wiszącego niegdyś nad ołtarzem świątyni Coricancha (kopia, bo oryginał oczywiście dostał się w szpony hiszpańskich grabieżców).

Po opuszczeniu budowli szybkim krokiem wróciliśmy do hotelu po cieplejsze rzeczy, bo pogoda popsuła się nieprzyjemnie. Trochę wymuszoną przerwę wykorzystaliśmy na lunch. W najbliższej restauracji zjadłam zupę z owoców morza i sałatkę z quinoa, Maćkowi zachciało się spróbować peruwiańskiej wieprzowiny. Dania przeciętne, nadal najlepszą peruwiańską zupę jadłam w Boliwii. 

Popołudniowa część wycieczki zaczęła się od targu Mercado de San Pedro, który został zbudowany przez słynnego Gustawa Eiffla, architekta Wieży Eiffla w 1925 roku. Targ jak to targ, podobny do tego w Arequipie, tylko większy. W sumie nie miałam potrzeby realizować jakiegoś większego shoppingu, szkoda mi było czasu na kolejne oglądanie peruwiańskiej cepelii a kakofonia dźwięków i zapachów szybko nas stamtąd przegnała. Spacerkiem po ponownie skąpanych w słońcu uliczkach ruszyliśmy do Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej. Zawiera ono około 450 eksponatów z magazynów Muzeum Larco w Limie, którego zbiory są zbyt duże, aby je tam pokazać. Na wystawie jest biżuteria, ceramika, wyroby ze złota i srebra, tkaniny i inne artefakty z kultur Nasca, Moche, Huari, Paracas, Chimú, Chancay i Inków, pochodzące z okresu od 1250 p.n.e do 1532 r n.e. Byłam szczęśliwa, że udało mi się zaliczyć chociaż jedno muzeum z ciekawymi wykopaliskami. Wiedzieliśmy, że w Cusco najlepszym muzeum  dla wszystkich, których interesuje historia tych ziem jest Muzeum Inków, ale Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej miało te przewagę, że było otwarte a zwiedzaliśmy sale praktycznie sami.

Na koniec dnia zostawiliśmy sobie twierdzę Sacsayhuaman. Aby ją zobaczyć należy wspiąć się na wzgórze górujące nad miastem, na wysokość ponad 3600 m n.p.m. Zafundowaliśmy sobie około 40 minutowy spacerek wąską i stromą brukowaną uliczką oglądając stare kolonialne domy. Doszliśmy do bramy otwierającej się na tereny przylegające bezpośrednio do twierdzy. Jeszcze krótkie podejście i zobaczyliśmy ruiny oraz kasę biletową i strażnika pilnującego wejścia. No cóż, w tym miejscu zgubienie biletu zbiorczego mocno zabolało. Podjęłam próbę zakupu wejściówek, ale cena 70 soli od osoby skutecznie nas zniechęciła. Fascynacja tą ruiną polega na jej pokaźnych rozmiarach, ale przede wszystkim na wielkości kamieni, z których została zbudowana. To, co dziś widać, stanowi tylko około 20 procent pierwotnej całości. Do czasu ochrony zabytku w latach trzydziestych XX wieku bloki z Sacsayhuaman były wywożone na inne budowy w Cusco. Większość największych kamieni, które były trudniejsze do przesuwania, pozostało na miejscu. Niektóre z tych kamieni mają ponad osiem metrów wysokości i ważą 360 ton. Pomimo ogromnych rozmiarów tych kamieni i ich często nieregularnych kształtów, są one tak idealnie dopasowane, że współcześni inżynierowie ciągle kombinują, jak Inkowie poradzili sobie z taką precyzją. Część murów widocznych od kas pięknie mieniła się w promieniach zachodzącego słońca, było czego żałować, chociaż po obejrzenia Pisac i Machu Picchu żal był nieco mniejszy. Na sąsiadującym wzgórzu Pukamoqo (Czerwone Wzgórze) stoi olbrzymia biała figura Chrystusa (Cristo Blanco). Mieliśmy nadzieję na piękne, panoramiczne zdjęcie Cusco, ale niestety dojście do szczytu było zamknięte. Pozostało nam tylko zrobić fotki miasta z drogi na wzgórze (też ładnie wyszły) i wrócić do hotelu. 

Starczyło nam jeszcze sił na wieczorny spacer po Cusco i kolację we włoskiej restauracji. Trochę wątpiłam w autentyczność włoszczyzny w tym zakątku świata, ale ravioli z pesto było wyśmienite. Nazajutrz czekał nas dzień w Tęczowych Górach i ze względu na wczesną pobudkę nie przedłużaliśmy już wieczoru, przygotowaliśmy plecaki na trekking i poszliśmy spać.



















































.