Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agencja Kiribati Club. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agencja Kiribati Club. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lipca 2025

Kostaryka 2025 - przygotowania

Jak wcześniej wspomniałam ta wyprawa miała być dla nas okazją do zdobycia wielu nowych sprawności. Azji chwilowo mieliśmy dosyć i ciągle wracał temat Ameryki Środkowej. Ponieważ znowu nie było chętnych a rola lidera z Polski wydawała nam się cokolwiek zagadkowa (zwłaszcza po Wietnamie) zaryzykowaliśmy samodzielny wyjazd do Kostaryki w oparciu o współpracę z agencją Kiribati Club. Pani Klaudia opracowała całą logistykę wyprawy: bilety lotnicze, hotele, transport, wiele atrakcji na miejscu w kooperacji z lokalnymi przewodnikami. Wydawało się nam to bezpieczne, bo agencja wiele razy prowadziła grupy w Kostaryce i współpracowała z miejscowymi biurami. Liczyliśmy na niższe koszty niż przy wyjeździe z liderem i to nie wyszło, za to w wielu sytuacjach mieliśmy zarezerwowany prywatny transport i nieco lepsze zakwaterowanie. Przed wylotem otrzymaliśmy program w aplikacji Vamoos i byliśmy naprawdę pod wrażeniem wykonanej przez panią Klaudię pracy: każdy dzień dokładnie rozpisany z godzinami transportu, namiarami na lokalnych przewodników odpowiedzialnych na miejscu za dany region, położeniem hoteli, propozycjami spędzenia wolnego czasu i.t.d. Po zapoznaniu się z planem wyprawy poczuliśmy się pewniej, gotowi do podjęcia nowego wyzwania. W Kostaryce mieliśmy być zaopiekowani przez anglojęzycznych pilotów ale na wszelki wypadek Maciek ćwiczył z pomocą tłumacza w komórce dialogi po hiszpańsku (w razie zakupów w sklepie czy zamówień w restauracji). Przed wylotem zaopatrzył nas w karty eSIM, płatności zamierzaliśmy realizować za pomocą karty Revolut, i jak zwykle przygotowaliśmy też trochę gotówki w dolarach. I tyle. Wyjątkowo proste też było pakowanie, bo lecieliśmy do strefy równikowej o bardzo stabilnych temperaturach. A dlaczego właśnie Kostaryka? Po prostu chwilowo mieliśmy dosyć świątyń, pałaców i tłumów turystów w zorganizowanych grupach. Program w Kostaryce wydawał się bardzo blisko natury i tego nam było trzeba. Nie tęskniłam za ludźmi, a za zwierzętami owszem. Po dokładnym zapoznaniu się z planem wyprawy Maciek postanowił sprawić sobie nową, bardziej profesjonalną lufę. Jak stwierdził, zawsze o tym marzył, tylko w poprzednich wyjazdach nie było obiektów do takiego fotografowania. A Kostaryka pod tym względem zapowiadała się bardzo obiecująco....

czwartek, 10 lipca 2025

Wietnam 2024 - podsumowanie

Z wyjątkowo ciężkim sercem zabieram się do tego podsumowania. Wiem, że te wszystkie posty i zdjęcia dają obraz fascynującej egzotyki, która rzeczywiście tak wygląda, więc ten wpis powinien być pełen ochów i achów. Jednak na pytanie: Wietnam "tak" czy "nie" zdecydowanie odpowiadam "nie". Było to moje największe zaskoczenie, bo chyba wszyscy, których zagadnęłam przed wyjazdem wracali z tego kraju zadowoleni, i wydawały się te opinie szczere, więc zupełnie nie byłam przygotowana na takie rozczarowanie. Nasze osobiste doświadczenia zaważyły w znacznym stopniu na mojej opinii i być może bez nich inaczej oceniałabym ten wyjazd, ale i tak Wietnam po prostu mi się nie podobał. Tylko raz znalazłam relację z podróży, której autorka zwiedziła Laos, Kambodżę i Wietnam i napisała, że Wietnam podobał jej się najmniej. I teraz w pełni to rozumiem. 

Zacznę od wrażeń nie związanych z naszymi "przygodami". Pomimo że mieszkańcy nadrabiają minami starając się nonszalancko naśladować poziom usług krajów zachodnich to niestety na każdym kroku wyłazi, że jest to kraj KOMUNISTYCZNY i nie zatrą tego wymuszone uśmiechy czy trochę lepsze hotele. W zasadzie turysta czuje się tam w miarę bezpiecznie, w większości Wietnamczycy są grzeczni, czuć jednak od nich taką skrywaną niechęć do nacji, których historia potoczyła się trochę inaczej. Niby sprawiają wrażenie zadowolonych, ale spojrzenia mają czujne i, no nie wiem, jakieś takie zazdrosne. Przekładało się to na drobne złośliwości, które może nie komplikowały jakoś specjalnie wyprawy, ale utrwalały obraz nieżyczliwego i sfurstrowanego społeczeństwa. Wietnamczycy bezwzględnie utrzymują, że są bardzo dumni ze swojej historii, jednak raz zagadnięty niezobowiązująco przewodnik zapytał nas, czy zdajemy sobie sprawę, że tu panuje reżim "like Putin". No nie, chyba tak do końca nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. I nie chodzi tylko o pompatyczne muzea pełne sierpów i młotów, czy mauzoleum uwielbianego przywódcy, ale właśnie o ludzi, którzy jednak wydają się nie do końca wolni w swoich wyborach. Oczywiście spotkaliśmy też naprawdę sympatycznych Wietnamczyków, na przykład gospodyni w rodzinnej restauracji przy drodze czy ekspedientkę w pracowni krawieckiej, ale niestety wrażenie ogólne nieciekawe. Zapamiętamy hotelarza, który przegonił nas z zajmowanych pokoi po jednej nocy, taksówkarza, który w erze internetu chciał nas wywieźć za miasto czy staruszkę, która z uśmiechem zarzuciła mi na ramię ogromnie ciężkie kosze. Może też chodzi o to, że Wietnamczycy nie muszą się starać i mogą sobie pozwolić na demonstracje prawdziwego stosunku do turystów, albowiem, jak to w komunizmie, zadowolenie klientów w żaden sposób nie przekłada na ich wzbogacenie czy jakąkolwiek poprawę codzienności.

Władze wykorzystują bogatą historię i piękne, a momentami fascynujące ukształtowanie terenu reklamując turystycznie Wietnam. I na pewno zarówno przyroda jak i spuścizna po przodkach tych ziem zasługują na poznanie, to jednak w trakcie wyprawy cały czas towarzyszyło nam uczucie niedosytu. Na pewno baza hotelowa jest na niezłym poziomie, jedzenie ciekawe, ceny dla Europejczyków dość atrakcyjne (chociaż nie jest to taki tani kraj, jak sobie niektórzy wyobrażają) więc i zwiedzających momentami mrowie. Obsługa atrakcji turystycznych jest dokładnie wyreżyserowana i nie wchodzi w grę żaden "spontan". Przewodnicy wykonują swoją robotę, ale nie oferują nic poza tym do czego zostali zobowiązani. Żadnego specjalnego zaangażowania, czego doświadczyliśmy w innych krajach jeśli business był własny. Za to cwaniactwo wyłaziło prawie na każdym kroku. Opis wycieczek marketingowo przygotowany świetnie, na ulotkach wszystko wyglądało zachwycająco, jednak nie do końca efekt końcowy odpowiadał wyobrażeniom. Lokalni przewodnicy chcieli tylko odbębnić robotę, nie interesowało ich, czy jesteśmy zadowoleni, mając zaś świadomość lekkiego rozczarowania po dziesięć razy powtarzali, co było w planie i że zostało to zrealizowane. I tak rejs po zatoce Bai Tu Long na statku niby powinien zachwycić (wypoczynek, plażowanie), tymczasem pobyt na malutkiej plaży trwał może pół godziny, reklamowana kąpiel w wodzie niemożliwa, bo pełno ostrych kamieni, następnego dnia do dziesiątej trzeba było opuścić kabiny chociaż rejs trwał do dwunastej, ceny na statku podane w netto czego dowiadywaliśmy się na końcu przy płaceniu, ale cóż,  miało być plażowanie - było, miały być komfortowe kabiny - były i.t.d. Podobne wrażenia mieliśmy na Phu Quock - wycieczka statkiem po trzech wyspach ze snorkelingiem, lunchem i aquaparkiem. Brzmiało to naprawdę świetnie a wyszło jak zwykle w Wietnamie. Snorkeling w dość zatłoczonym miejscu krótki, pobyt relaksacyjny na wyspie był tylko czasem potrzebnym do przygotowania lunchu. Mała plaża pełna leżaków. Bar przy plaży serwował jakieś kosmicznie drogie drinki. Jak się okazało w cenie naszej wycieczki mogliśmy zająć tylko niektóre miejsca siedzące. Kiedy zaś zgodnie z zachętą przewodnika relaksowałam się na nich w pozycji leżącej kelnerka zwróciła mi uwagę, że na nich możemy tylko siedzieć. Serio. Po prostu kobieta zaangażowana w pracy. Do aquaparku dotarliśmy po południu, co oznaczało możliwość rozłożenia się tylko pod betonowymi murkiem, bo wszystko było zajęte. Dopiero po półtorej godzinie leżaki zaczęły się luzować. I tak właściwie przy ocenie każdej atrakcji można powiedzieć, że było fajnie ale... Zawsze było jakieś ale.

Przyroda rzeczywiście bardzo ciekawa, chociaż po zwiedzeniu paru miejsc na Ziemi nie było tam nic, czego byśmy już nie widzieli. Wapiennie ostańce w zatokach ładne, ale tak naprawdę największe wrażenie robią one z góry, czego turysta na statku nie doświadczy. Tarasy ryżowe w Sapa po indonezyjskich wypadły trochę blado. Jaskinie niesamowite, olbrzymie i świetnie schowane - dawały wyobrażenie o możliwościach ukrywania się armii wietnamskiej i bezradności wojsk amerykańskich. Wydrążone tunele niewątpliwie świadczą o ogromnej determinacji mieszkańców. Plaża przy Hoi An miała nas oczarować, a jedynie podtruwała dymem z przenośnych grillów. Na wyspie Phu Quoc plażowanie mogłoby być cudne gdyby morze nie wyrzucało niesłychanej ilości śmieci. Obsługa próbowała je zbierać, ale nie nadążała, pomagali też turyści, bo żal było patrzeć na takie zanieczyszczanie środowiska. Niestety przypominało to walkę z wiatrakami. 

W miastach najbardziej szokował ruch uliczny, w którym pieszy praktycznie nie ma żadnych praw a każde przejście przez jezdnię jest igraniem z losem. Rzeki skuterów wypełniają drogi w większości ignorując światła, piesi lawirują między pojazdami i tylko fakt, że faktycznie nie jeżdżą one szybko pozwala uniknąć wypadków. Poruszanie się po miastach w ogóle jest trudne, albowiem każdy centymetr chodnika wykorzystywany jest do parkowania motocykli i skuterów, więc chcąc nie chcąc trzeba chodzić jezdnią. W Sajgonie na przykład taki mały skuterek niegroźnie na mnie wjechał bo oboje przemieszczaliśmy się po chodniku, a ja nie dość szybko ustąpiłam mu z drogi. Na chodniku!

Z pewnością lokalnym klimatem jest "street food". W miastach są całe dzielnice, gdzie w budkach czy straganach przy ulicy przygotowywane są najbardziej popularne dania kuchni wietnamskiej. Zawsze przy tym jest co najmniej kilka plastikowych stolików i stołeczków dając możliwość zjedzenia posiłku. Chyba nikomu nie przeszkadza, że jedzą w towarzystwie skuterów i samochodów. No cóż, osobiście nie jestem fanem stołowania się pośród spalin. Zaliczyliśmy taki kurs po knajpkach w Hanoi i wystarczy mi na długi czas. Naprawdę nic magicznego.

Zabytki z okresów cesarstwa i czasów kolonialnych nie zawiodły i o dziwo, pomimo zmiany ustroju, wydają się zadbane i ciągle restaurowane. W tym przypadku zwyciężył zdrowy rozsądek, bo stanowią one niewątpliwy magnes dla turystów i co by nie powiedzieć, jedyny oprócz przyrody kawałek kraju warty zobaczenia. 

I to wszystko dawałoby obraz wycieczki może przeciętnej, ale nie pozbawionej egzotyki a momentami nawet swoistego wdzięku. Jednak nasze osobiste doświadczenia nie pozwalają mi spojrzeć na ten kraj przychylnie. Liczba wpisów na moim blogu świadczy o pewnym już doświadczeniu i posmakowaniu różnorodności, zwiedzaliśmy kraje biedniejsze i bogatsze, spaliśmy zarówno w namiotach  jak i korzystając z bazy hotelowej. Te wyjazdy trochę uśpiły naszą czujność, albowiem w zasadzie nigdy nic złego nam się nie przydarzyło. Niby wiadomo, że powinno się być przygotowanym na wszelkie niespodzianki (jak to w podróży) i wydawało się, że byliśmy, ale skala niefortunnych wypadków po prostu mnie powaliła. Przydarzyły się epizody drobne, jak zgubienie ulubionego polaru czy czapki z daszkiem, ale nawet takie zdałoby się mało istotne incydenty miały swoje niebagatelne konsekwencje. Po utracie czapki Maciek często chodził bez nakrycia głowy, na niebie bywało sporo chmur dzięki czemu pomimo upałów nasłonecznienie nie stanowiło problemu. Po Hoi An zaczął skarżyć się na bolesność niewielkiego obszaru we włosach. Początkowo myślał o jakimś zadrapaniu, ale kiedy, już na Phu Quoc, nie bardzo mógł się uczesać z powodu dużej tkliwości poprosił o oględziny. Jakież było moje zdziwienie, kiedy między włosami zlokalizowałam dorodnego kleszcza. Maćka nigdy w życiu nie ugryzł kleszcz, no to przydarzył mu się wietnamski. Niestety czas od ugryzienia wymusił antybiotykoterapię, a i tak nie wiadomo było czego się spodziewać po azjatyckich kleszczach. Na szczęście badania wykonane po powrocie do Polski wypadły dobrze, choć trochę emocji było.

Taksówkarz próbujący wywieźć nas na przeciwległy do naszego hotelu koniec miasta zasygnalizował cwaniactwo, ale złodziejstwo w eleganckim hotelu w Sajgonie zupełnie nas zaskoczyło. W ostatnie popołudnie na kontynencie zaplanowaliśmy zwiedzanie miasta. Przed wyjściem z pokoju (ósme piętro w czterogwiazdkowym hotelu) wyjęłam 100 dolarów w celu ewentualnej wymiany przed wylotem na wyspę. Portfela nie brałam ze sobą w obawie przed kradzieżą (ha, ha, ha...). Był to portfel, który jeździł z nami od kilku lat, z pieniędzmi, które były na wszelki wypadek. Ponieważ nic nam się nie przydarzało to pieniądze te krążyły na wyjazdach i ciągle wracały do kraju. No a tym razem nie wróciły. Zawsze cenniejsze rzeczy chowaliśmy do hotelowego sejfu, a ten jeden raz zostawiłam je na wierzchu. Zmęczeni całym dniem poszliśmy spać i dopiero po śniadaniu, podczas pakowania, zorientowałam się, że portfel zniknął. Zgłosiliśmy to w recepcji i naszemu liderowi, na nic więcej nie było czasu, bo przewóz na lotnisko już czekał. Potem dostaliśmy wiadomość, że sprawdzono nagrania z kamer  i pod naszą nieobecność nikt nie wchodził do pokoju. Trudno z czymś takim dyskutować. To była kosztowna nauczka.

Być może to wszystko co już napisałam nie byłoby dla mnie takie trudne, gdyby nie fakt, że każdej nocy okrutnie cierpiałam z powodu bólów żołądka. Jedzenie w Wietnamie jest zwykle chwalone, że smaczne i urozmaicone, i takie było. Maciek był zachwycony, jadł wszystko i po powrocie do Polski jeszcze przez kilka miesięcy zwijał sajgonki. Ja niestety dogorywałam. Zużyłam wszystkie zabrane leki, dokupiłam trochę w tamtejszej aptece i jakoś tę podróż przeżyłam, ale czegoś takiego nie doświadczyłam w żadnym odwiedzanym kraju. Początkowo coś tam jadłam, potem ledwie kosztowałam bo apetyt opuścił mnie zupełnie. Żałowałam tych pięknie podanych dań, zwłaszcza na południu Wietnamu i na wyspie, czasem zmuszałam się, żeby czegoś spróbować i szybko tego żałowałam. Miałam też wrażenie, że niektóre osoby w grupie również nie czują się najlepiej, ale nikt nie skarżył się głośno. Moja utrata apetytu była na tyle istotna, że sporo straciłam na wadze. I oczywiście miało to swoje niefortunne konsekwencje. Gdzieś w Hoi An, nie wiem, czy w pokoju hotelowym czy podczas kąpieli w morzu zsunęła mi się obrączka z palca. Była luźniejsza, ale straciłam ją właśnie w Wietnamie. Jak pech to pech. Wszelkie dolegliwości żołądkowe ustąpiły natychmiast po powrocie do kraju, już pierwsza noc była dobra, chociaż utrata apetytu ustępowała bardzo powoli. Do tej pory nie odrobiłam wagi sprzed wyprawy i to akurat mi się podoba, jednak chyba nie mogę polecić wyjazdu do Wietnamu jako sposobu na odchudzanie. Ostatnio nowe światło na tą sytuacje rzucił znajomy rolnik. Po wycieczce do Wietnamu unika on wszelkich produktów "made in Vietnam", bo jak  nam powiedział, takiej ilości pestycydów jak stosują w tym azjatyckim kraju nie widział nigdzie na świecie. Może więc to pestycydy chciały mnie zabić, nie wiem...

I kiedy myśleliśmy, że to koniec naszych przygód Maciek przebił wszystko. Jak pisałam wcześniej, do Sapa jechaliśmy nocą sypialnym pociągiem. Torowisko jest tak stare, że trzęsie i podrzuca całą drogę, i to konkretnie. Po wyjściu z pociągu Maciek skarżył się na pogorszenie widzenia w jednym oku, ale myślał o przesunięciu mętów w ciele szklistym. Po powrocie niedowidzenie nawet się nasiliło więc poszedł do okulisty. No a potem to już była jazda, albowiem okazało się, że ma odklejoną siatkówkę. Obecnie, po dwóch zabiegach, oko jest uratowane i widzenie ma sto procent. Jednak rok 2024 był dla niego naprawdę trudny.

Nie dziwi więc chyba fakt, że wyprawy do Wietnamu nie wspominamy dobrze. I oczywiście zgadzam się, że wszędzie mogą cię okraść, może ugryźć kleszcz, można zgubić obrączkę, może zawieźć zdrowie czy odkleić siatkówka, problem w tym, że to wszystko przydarzyło się właśnie w Wietnamie. Ten wyjazd na tyle dał nam popalić, że odebrał mi spokój planowania wycieczek i taką radość z podróżowania. Wróciły różne obawy i nie byłam pewna, czy w ogóle chcę gdzieś jeszcze wyjeżdżać. W końcu odważyliśmy się na wyprawę do Kostaryki i no cóż, mogę powiedzieć, że świat znów stał się kolorowy. Ale o tym napiszę w następnych postach.

Ach, zapomniałam jeszcze wspomnieć o agencji Kiribati Club. Kolejny wyjazd z nimi w zasadzie spełnił oczekiwania. Program obszerny, różnorodny i do końca zrealizowany. Grupa była spora co niestety powodowało czasem emocje przy podziale pokoi, bo nie zawsze było oczywiste, że dostaniemy obiecaną dwójkę z łazienką. I to mnie trochę drażniło. Lider z Polski oczywiście nie był zawodowym przewodnikiem, więc informacje o atrakcjach czerpał na szybko z internetu. Też tak potrafię. Jedna osoba źle się poczuła i nie była z nami w Delcie Mekongu. Podpytywałam czy można by jakoś pomóc, ale "przewodnik" wzruszał tylko ramionami sygnalizując, że to jej problem. To tyle jeśli chodzi o zaopiekowanie. Ale najbardziej zadziwił nas wszystkich odpowiadając na prośbę uczestników, że on nie jest od tłumaczenia (lokalni przewodnicy opowiadali po angielsku) tylko od pomagania. Serio! Tak więc przy planowaniu następnego wyjazdu zaczęliśmy się zastanawiać, po co nam właściwie taki przewodnik. I doszliśmy do wniosku, że zaryzykujemy wypad samodzielny, tylko logistycznie przygotowany przez agencję Kiribati Club. I tak zaplanowaliśmy Kostarykę.

niedziela, 11 grudnia 2022

USA 2022 - przygotowania

A więc nareszcie wyczekane Stany! Wyprawę do USA przesuwaliśmy od 2020 roku: najpierw izolacja pandemiczna, potem fatalny wypadek - 9 stycznia 2022, wracając ze spaceru po Beskidach "wyleciałam w powietrze" na oblodzonej drodze i lądując złamałam wieloodłamowo kość udową. Następne miesiące upłynęły mi na oczekiwaniu na zrost kości, potem na nauce chodzenia. Toczyłam zaciętą walkę z bólem i dysfunkcjami pourazowymi i moja nowa, tytanowa noga zaczęła w końcu choć trochę współpracować. Decyzję o wyjeździe podjęliśmy na początku roku, ale dopiero w sierpniu uwierzyłam, że wycieczka może się udać. Zachęceni świetnym przygotowaniem wyprawy do Peru ponownie skorzystaliśmy z oferty agencji Kiribati Club. Program MAGIA KRAJOBRAZU - PARKI NARODOWE USA zapowiadał się bardzo atrakcyjnie: bogaty wachlarz pejzaży z najbardziej reprezentacyjnych zakątków przyrody zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych przeplatany znanymi metropoliami - Los Angeles, Las Vegas i San Francisco. Trochę inaczej niż w przypadku Peru przebiegło przygotowanie przed podróżą: nie otrzymaliśmy na WhatsAppa informacji o zebraniu (później okazało się, że była w mailu - zmieniono procedurę, a może żadnej nie było?) ani planu podróży w aplikacji Vamoos, przez co miałam wrażenie lekkiego chaosu. Nie przejmowaliśmy się tym zupełnie, bo biuro realizowało wyjazdy typu roadtrip wielokrotnie, nawet obejrzeliśmy nagrany przez przewodników agencji podcast o wyprawach do USA i wydawało się, że mamy wszystko ogarnięte: ESTA załatwiona, granice otwarte (wystarczyło zaświadczenie o szczepieniach), noga działała więc co mogło pójść nie tak?

sobota, 9 kwietnia 2022

Peru 2021 - podsumowanie

Trudne będzie to podsumowanie, bo jeszcze nigdy nie brałam udziału w tego typu wyprawie. Nasze dotychczasowe wyjazdy to jednak głównie obcowanie z przyrodą poprzez różnej długości trekkingi, zdobycze cywilizacyjne danego regionu zwiedzaliśmy jakby przy okazji pobytu w danym zakątku świata, zwykle kilka dni. Najdłużej może było to w Etiopii, ale i tam góry plus pustynia to prawie osiem dni. W Peru zostaliśmy zaatakowani przez niezliczoną ilość twierdz, placów, świątyń, ruin cmentarnych i przede wszystkim obiektów sakralnych. Tyle wrażeń z jednego wyjazdu, że naprawdę ciężko to ogarnąć i uporządkować, ale jak zwykle swoje jak najbardziej subiektywne odczucia zamierzam opisać. A więc po kolei.

Wyjazd ten wypadł dość niespodziewanie, w zastępstwie za zamknięte nieustannie USA. Miesiące wakacyjne miałam dość pracowite i nie znalazłam czasu na zwyczajowy research, zresztą tym razem mieliśmy lidera z Polski. Zależnie od zebranych wcześniej informacji nawet nie chcąc przywozimy do danego kraju jakieś swoje jego wyobrażenie, a że odwiedziliśmy sąsiednią Boliwię to ukształtowało spodziewany obraz Peru. Nie powiem, że nastawiałam się na Indian mieszkających w wigwamach ale jednak.... Jak się domyślacie przeżyłam swoisty szok kulturowy, dotyczący zarówno ludzi jak i infrastruktury tego kraju. Peruwiańczycy niewątpliwie są potomkami plemion mieszkających na tych terenach, jednakże hiszpańska krew namieszała sporo wśród ludności. Fizycznie przypominają Boliwijczyków: są niewysocy, krępi, o bujnych, ciemnych włosach, ale wcale nie tak rzadko dostrzec można nieco łagodniejsze rysy twarzy, jakby bardziej europejskie. Największą jednak różnicą możliwą do zauważenia nawet podczas krótkiego pobytu turystycznego jest usposobienie Peruwiańczyków. Kiedy w sąsiedniej Boliwii zrobienie zdjęcia groziło obrzuceniem kamieniami, a najczęstszym odruchem podczas próby nawiązania kontaktu było wzruszenie ramionami i odwrócenie się plecami, to w Peru doświadczyliśmy serdeczności, pomocy, usiłowania zagajenia rozmowy, no po prostu inny świat. Nie było to może takie przylepianie jak w Afryce, ale uśmiechu było prawie tyle samo (nawet pod maseczkami). To co wyróżnia pozytywnie obie nacje (być może dotyczy to całej Ameryki Południowej) to uwolnienie turystów od nachalnego żebractwa, żadnego "one dollar", żadnego szarpania, wyciągniętych rąk czy pukania w okna busa. Peruwiańczycy srodze stracili podczas izolacji pandemicznej przez brak turystów, jednak nie doświadczyliśmy żadnych namolnych  zachowań, próbowali zarobić przez sprzedaż lokalnych produktów, oprowadzanie po zbytkach, prezentowanie własnej twórczości czy pozowanie do zdjęć w strojach regionalnych. Dało mi to naprawdę rzadko spotykany na wyjazdach komfort psychiczny. Cieniem na tej ocenie położył się tylko występ przewodnika górskiego, który zaciągnął nas do znajomka i wykorzystał wycieczkę trekkingową do prób pohandlowania zmieniając cały program wyprawy. Na szczęście był to pojedynczy incydent  i zasadniczo nie zmienił mojej oceny mieszkańców Peru. 

Olbrzymie zaskoczenie dotyczyło też infrastruktury turystycznej, o dużo wyższym poziomie niż w sąsiedniej Boliwii. Widać, że turystyka jest tu ważną gałęzią gospodarki i ma dużo dłuższy staż. Tak więc zastaliśmy całkiem dobre drogi, rozbudowaną sieć hoteli na poziomie europejskim, doskonałe restauracje ale i mnóstwo lokalnych jadłodajni, w sumie na każdą kieszeń. W naprawdę trudnych miejscach goszcząc turystów zawsze ktoś pomyślał o tym, żeby na przykład zrobić miejsca postojowe z możliwością umycia rąk i dezynfekcji, a nawet toaletami, choć na ponad 4000 m n.p.m. oczywiście były one siermiężne, ale przynajmniej wspinacze nie ganiali po szlaku w poszukiwaniu zarośli (których notabene nie było). W paru odludnych rejonach nawet nie oczekiwałam takiego przybytku i zawsze wtedy przypominałam sobie gęsto zabudowaną osadę na pustyni w Etiopii, gdzie na moje pytanie o to, gdzie tu się chodzi w ustronne miejsce rozbawiony przewodnik szerokim gestem pokazał "everywhere"! Tak więc odniosłam wrażenie, że Peru jest w stanie przyjąć każdą ilość turystów i zaopiekować się nimi na oczekiwanym poziomie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że widziałam tylko część Peru, tę wystawioną na pokaz, i że pewnie są tam miejsca dużej biedy, może i nawet prowincjonalnej ciemnoty, ale na wyprawach praktycznie zawsze widzimy tylko wizytówkę danego kraju. I na tym tle Peru jawi się naprawdę bardzo atrakcyjnie. Dodatkową i jak dla mnie bardzo ważną rzeczą, którą uwielbiam w Ameryce Południowej jest brak meczetów i minaretów, co oznacza ciche noce i możliwość błogiego snu - rzecz nie do przecenienia podczas napiętego programu i początkowego "jet lagu".

Nasza podróż w zasadzie przypadła na okres pandemii, tuż po otwarciu granic i większości zabytków. Znajomi w kraju obawiali się, że przywieziemy stamtąd jakąś "zarazę". Chcę podkreślić, że nigdzie w Polsce nie czułam się tak bezpiecznie jak tam. Nikt nie odważył się serwować nam jakiejkolwiek usługi bez zabezpieczenia (często były to dwie maseczki), nas grzecznie ale konsekwentnie w wybranych miejscach proszono o to samo. W restauracjach i kucharze i kelnerzy w czepkach, maseczkach i rękawiczkach. Po raz pierwszy na wyjeździe jadłam wszystko, także surowiznę  i to w dużych ilościach (owoce, sałatki) i nie mieliśmy żadnych sensacji biegunkowych czy choćby prostej niestrawności. Wszystko było smaczne i świeże, przyrządzone w bezpieczny sposób.

A w ogóle kuchni peruwiańskiej należy się osobny akapit. W Peru je się wyśmienicie. Porcje niezależnie od typu jadłodajni są duże lub bardzo duże. Korzystaliśmy z restauracji, parę razy z lokalnych barów, nie próbowałam dań z ulicy. Wszędzie można dostać typowe dania peruwiańskie, ale też znaleźliśmy przedstawicieli światowych bestsellerów (np. ravioli, pizza), w sumie duża różnorodność. Ceny były z reguły niższe niż w Polsce, w bardziej wypasionych restauracjach porównywalne. Była to najlepsza wyżerka spośród wszystkich naszych wypraw i z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że ten wyjazd był dla nas przygodą kulinarną.

Na koniec kilka słów o agencji turystycznej. Z Kiribati Club byliśmy po raz pierwszy, wcześniej znaliśmy ich propozycje od podróżujących z nimi znajomych. Z dotychczasowych biur wyprawowych to najlepiej zorganizowany wyjazd. Dotyczy to zarówno etapu przed wylotem (spotkanie całej grupy z liderem na WhatsAppie czy otrzymanie planu podróży w aplikacji Vamoos) jak i pobytu w Peru. Cała wyprawa opierała się na zaopiekowaniu przez miejscowe biura turystyczne, a ponieważ dotyczyła dużego obszaru kraju więc jedna agencja przekazywała nas kolejnej działającej na danym terenie. Wszystkie agencje poza organizującą trekking były na dobrym poziome, busy na trasie wygodne. Najsłabszy transport oferowali nam w Nazca (mniejsze auto bez klimatyzacji), ale za to przewodnik nadrabiał zaangażowaniem. Baza hotelowa naprawdę świetna - wszystkie hotele  w bardzo dobrej lokalizacji, o dobrym lub bardzo dobrym standardzie. Jeśli pokoje były trochę mniej komfortowe to śniadanie bardziej wypasione, tak że ostateczne wrażenie zawsze dobre. Program Peru: Powrót Wirakoczy rozbudowany i ciekawy, obejmujący wszystkie najważniejsze atrakcje na trasie. Jeśli miałabym jakieś uwagi, to wydaje się, że dzień aklimatyzacyjny powinien wypaść raczej w Świętej Dolinie (dwa noclegi). Arequipę można ogarnąć w jeden dzień, natomiast trudno mówić o aklimatyzacji poniżej 3000 m n.p.m. No i dodałabym jeden dzień na Limę. Mógłby to być dzień ostatni, co skróciłoby podróż końcową o lot Cusco - Lima, a jak widać na przykładzie naszej grupy dwie przesiadki czasem trudno dopiąć. Na zwiedzanie Limy mieliśmy tylko godziny dopołudniowe pierwszego dnia i to zdecydowanie za mało. Teraz trochę żałuję, że nie poczytałam szczegółowo o tym mieście przed wyjazdem, bo zdecydowanie zamieniłabym kościoły na muzea (np. Larco czy złota). A tak wyszło jak wyszło i z tego miejsca pozostał lekki niedosyt. Jeszcze słowo o trekkingu. Po zaliczeniu wypadu w Tęczowe Góry mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że jedyną rzeczą potrzebną do jego zrealizowania jest transport. Reszta oferowanych atrakcji łącznie ze śniadaniem można pominąć - nie są tego warte. Lepsze będą jakieś batony, woda do picia i tyle. Na obiad można się zatrzymać w dowolnym miejscu w drodze powrotnej. Dla małej grupy wystarczy wynająć jeepa - da się wtedy uniknąć zbierania turystów z połowy Cusco, będzie szybciej i pewnie bardziej komfortowo. Ale wynajęcia samochodu nie da się uniknąć, bo punkt startowy dla wycieczki pieszej leży w górach na trudno dostępnej wysokości i nie ma tam transportu publicznego.

Podsumowując, wyprawę do Peru z Kiribati Club gorąco polecam. Kraj zaskakująco piękny, cywilizacja inkaska onieśmielająca, ludzie otwarci, jedzenie pyszne, turystyka zorganizowana o dużych możliwościach, ulice wydały się nam bezpieczne. Agencja Kiribati Club zorganizowała wyjazd na wysokim poziomie, żadnej partyzantki, widać, że stoi za nimi bogate doświadczenie i dobre kontakty z kompetentnymi lokalnymi biurami turystycznymi.