Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 stycznia 2014

Mont Blanc 2002

Czas wyprawy wreszcie nadszedł. Spakowani, zmotywowani i zupełnie sami, z nie za dużym doświadczeniem w górach i 16-letnim synem rozpoczęliśmy wyprawę. Autem przez Szwajcarię dotarliśmy do Francji w pobliże Chamonix. Już wcześniej wybraliśmy camping w les Houches i był to dobry wybór - ceny nie powalały, standard naprawdę przyzwoity, widoki wspaniałe. Po zwiedzeniu kurortu Chamonix zaczęliśmy aklimatyzację pilnie śledząc prognozy pogody  w tamtejszym biurze informacji turystycznej. Aklimatyzacja trwała 2 dni. Wykorzystaliśmy kolejkę linową na Aiguille du Midi - stacja górna to 3795 m n.p.m. Po wyjechaniu spędzaliśmy praktycznie cały dzień (do ostatnich zjazdów) na wysokości ponad 3500 m n.p.m., spaliśmy zaś na campingu. Pierwszy dzień to niewiele ruchu, bo całkiem nie mieliśmy sił,  w drugim dniu cieszyliśmy się widokiem Mont Blanc z tarasu i zaliczyliśmy krótki trekking wokół miasteczka namiotowego. Ten sposób aklimatyzacji nie był tani ale oszczędzał czas i siły. Dwa dni musiały starczyć, bo fundusze były jednak wtedy dość ograniczone a prognoza pogody zachęcała do ruszenia w góry - zapowiadano trzy dni murowanego słońca.
I tak 28 lipca auto zostawiliśmy na parkingu pod kolejką  linową, którą wyjechaliśmy na wysokość 1780 m n.p.m. Potem tramwajem do Nid d'Aigle (obecnie podobno nieczynny) na 2372 m n.p.m., a dalej już piechotą z ciężkimi plecakami powoli zdobywaliśmy wysokość. Ten początkowy odcinek to spokojny marsz w sporym tłumie bez trudności, nieco monotonny. Po minięciu lodowca Tete Rousse pokonaliśmy moim zdaniem najbardziej niebezpieczny fragment szlaku - wąską ścieżkę trawersującą kamieniste zbocze z dużą ekspozycją, źle zamontowaną liną pomocniczą i spadającymi kamieniami z góry o różniej wielkości. Przez ścieżkę przebiegał turysta raz z jednej, raz z drugiej strony (bo minąć się nie dało - za wąsko), a cały czas grupy szły na górę i jednocześnie sporo zespołów już wracało. W czasie biegu reszta pilnie obserwowała stok krzykiem uprzedzając o spadających kamieniach (tak dowiedziałam się, że pierre to nie tylko imię męskie). Właśnie dla tego odcinka targaliśmy ze sobą kaski. Potem już tylko ścianka o II stopniu trudności (dużo umocnień) i zameldowaliśmy się w schronisku Gouter na wysokości 3817 m n.p.m. Fakt zbliżania się do schroniska poznać od razu po nasilającym się fetorze (konsekwencje wybudowania toalet). Korzystanie z nich należy ograniczyć do niezbędnego minimum - kto był, wie o czym mówię, kto nie był, lepiej żeby nie znał szczegółów. Polecam wykorzystać godziny nocne po północy, bo można się załapać na świeżo spłukane kabiny. Schronisko spore, wokół bardzo niewiele miejsca. Zaopatrzenie i rodzaj posiłków niezłe jak na tą wysokość. Jeszcze z polski telefonicznie rezerwowaliśmy jeden nocleg choć nie znaliśmy dokładnej daty wyjścia (wszystko zależało od pogody). Rezerwacja wypadła na dzień następny czyli po zdobyciu szczytu. Noc przed atakiem spędziliśmy na podłodze i było całkiem fajnie. Komfort spania nie był istotny bo wszyscy mieliśmy tętno powyżej setki i zaliczaliśmy co najwyżej krótkie drzemki.
Pobudka 29 lipca około 1.30, niewielki posiłek i około 3 w nocy wyruszyliśmy na szczyt Mont Blanc. Baliśmy się mrozu, ale odczucie zimna niewielkie, kilkuosobowe zespoły maszerowały pod cudnie rozgwieżdżonym niebem, my również, związani liną, z lekkimi już plecakami (reszta rzeczy czekała w koszach w schronisku). Jako najsłabsze ogniwo (he, he, he...) prowadziłam i tempo było może niezbyt imponujące, za to stałe, bez przerw. Niesamowicie wygląda stok góry nocą rozświetlony przez dziesiątki zespołów z maszerujących z latarkami - tylko narastające objawy choroby wysokogórskiej przypominają ci, że jesteś na wysokości 4000 m n.p.m. Świt zastał nas nad przełęczą Col du Dome 4237 m n.p.m. (coś pięknego!). Schron Vallot wydawał się być w zasięgu ręki. Odcinek do schronu pokonywaliśmy już po wschodzie słońca i dłuży się on niemiłosiernie, co pewnie powiązane jest z utratą wysokości (po tylu godzinach marszu strasznie to boli). Utratę sił potęgowały nasilające się objawy choroby wysokogórskiej, syn czuł się najgorzej. Przy Vallocie dwóch zatroskanych jego widokiem wspinaczy zaproponowało tabletkę na ból głowy. Zgodziliśmy się i młody poczuł się nieco lepiej. Do schroniska nie zaglądaliśmy z powodu fetoru poznanego już wcześniej. Rozpoczęliśmy mozolny marsz na szczyt podpierając się rakami. Szło nam ciężko, powoli zamienialiśmy się w zombie. W pewnym momencie mąż zaproponował, żeby syn zawrócił do schroniska (naprawdę był biedny), ale ja bałam się zostawiać go samego na tej wysokości, a ponieważ parłam do przodu Przemek ciągnął z nami. Grani przed samym szczytem specjalnie nie pamiętam, może dlatego, że w ogóle niewiele pamiętam z tych ostatnich metrów. Na dachu Europy - 4808 m n.p.m.  - byliśmy między 9 a 10. Pogoda bajeczna, widoki niesamowite, wiało mniej niż na Babiej. Kilka fotek - choć nasz wygląd nie zachęcał do utrwalania -  i powrót. Przemek był bardzo zmęczony, zresztą my też, ale on na grani stracił kijek. Musiał sobie radzić bez niego. Na wysokości Vallota jeszcze wspólne zdjęcie, my już uśmiechnięci i wyluzowani, młody jeszcze odmieniony. Pozostało zejście do schroniska po rozmiękającym śniegu i zasłużony odpoczynek tym razem już na "pokojach". Wychodząc w nocy byłam świadkiem pięknego pokazu wyładowań atmosferycznych - błyskawice raz po raz rozświetlały całe niebo, taras był pełen widzów.
W niezłych nastrojach 30 lipca zeszliśmy w dół, na koniec ponownie korzystając z tramwaju i kolejki, co było błogosławieństwem dla naszych kolan. Słoneczne popołudnie tego dnia było ostatnim dniem ładnej pogody, potem przyszły chmury i padało. Nie wiem na ile warunki na dole przenoszą się w same góry, ale szlak był pełen wspinających się turystów, więc chyba prognozy nie były najgorsze. Korzystając z położenia kempingu blisko granicy zrobiliśmy wypad do Genewy, a w drodze powrotnej do Polski zwiedziliśmy Lucernę.
Wejście naszego 16-letniego syna było dużym sukcesem i dało mu sporo satysfakcji. Wszyscy doświadczeni alpiniści z którymi rozmawialiśmy przed wyprawą podkreślali, że w tym wieku aklimatyzacja przebiega bardzo ciężko i szanse na zdobycie szczytu są nikłe, tym większa radość z wyniku. Podczas tej wyprawy przekonałam się jak bardzo objawy choroby wysokościowej są indywidualne - powyżej 3500 metrów ja ledwie się ruszałam, Przemek umierał, a mój mąż w miarę zdobywania wysokości miał coraz większy apetyt. Jemu aklimatyzacja dała najwięcej, ja jakoś sobie radziłam, ale jeść się nie dało. Tak więc my też mieliśmy powód do dumy i na parę dobrych lat to doświadczenie wystarczało. A teraz poczuliśmy chęć przeżycia nowej przygody i jutro wylatujemy do Afryki. Czeka na nas Kilimandżaro ale  o tym napiszę po powrocie.















sobota, 18 stycznia 2014

Mont Blanc 2002 - przygotowania

Pomysł przyszedł znienacka, jak to bywa podczas imprez podsumowujących jakiś etap w życiu. Zbliżała się nasza 40-tka i miałam straszne parcie na zrobienie czegoś nietuzinkowego. Skok na bungee lub ze spadochronem szybko odpadł z rozważań, za to nasz kolega (miłośnik gór) zdradził się z zamiarem zdobycia Mont Blanc. Takich rzeczy nie trzeba mi powtarzać dwa razy. Temat podchwyciłam, choć była zasadnicza trudność w realizacji - do tej pory nie weszłam na żadną górę powyżej 1000 m n.p.m. Już nazajutrz kupiłam sobie jakieś buty trekkingowe i zaczęliśmy poznawać wysokie góry. Pierwsze nasze wejście to Kościelec w 1999 r. na . Nakręciło nas bardzo i tegoż roku zaliczyliśmy Babią Górę (przez Perć Akademików, z dziećmi lat  13 i 7), Karb z młodszym synem, Polski Grzebień, Rohatkę i Sławkowski Szczyt ze starszym synem, sami przeszliśmy w Tatrach Słowackich z Doliny Młynicy do Doliny Furkotnej i weszliśmy na Krywań. W 2000 roku przeszliśmy przez przełęcz Szpiglasową do Doliny Pięciu Stawów znowu we trójkę, a całą rodziną zaliczyliśmy trekking w Pieninach (Krościenko-Chwała Bogu-Trzy Korony-Sokolica-Szczawnica), na Krecie (w górach Lefka Ori wąwóz Samaria), górach Stołowych (Szczeliniec Wielki) i zdobyliśmy Krywań (nasz ośmiolatek wszedł na 2494m n.p.m.!!!). Jeszcze tego roku z grupą znajomych zdobyliśmy Gerlach. W ramach przygotowań do Mont Blanc w 2001 roku postanowiliśmy w drodze do Chorwacji wejść na Triglav (2864 m n.p.m.). Młodszy Bartek doszedł z nami do schroniska Trzaska Koca (2154m n.p.m.), a my po raz pierwszy stanęliśmy  na szczycie ponadtatrzańskim. Dorobek nie za duży ale my czuliśmy się przygotowani ruszyć w Alpy. Powoli kompletowaliśmy odzież (na szczęście Małachowski już rozpoczął działalność), buty (wybraliśmy Asolo), sprzęt (raki, czekany, kijki itp). Liczna ekipa która miała z nami wchodzić stopniowo się wykruszyła (łącznie z pomysłodawcą) - jak się okazało był to słomiany zapał. Tylko że ja potraktowałam pomysł bardzo serio. Zebraliśmy sporo informacji, popróbowaliśmy chodzenia w rakach zimą na Babiej Górze i postanowiliśmy nie zmieniać planów - na rok 2002 zaplanowaliśmy wejście na najwyższy szczyt Alp we trójkę (ja, mąż i nasz 16-letni syn).














niedziela, 29 grudnia 2013

Babia Góra 28 grudnia 2013

Dzisiaj rano otworzyłam oczy i naprawdę do mnie dotarło, że przeżyłam wczorajszą wycieczkę. Przez chwilę na szczycie wcale nie byłam tego taka pewna. Ale po kolei. Na Babią wchodziliśmy chyba po raz piąty - trzy razy w okresie letnio-jesiennym (przez Perć Akademików), dwa razy w zimie (przez Bronę).  Wejścia zimowe służą wyłącznie jako trening i wypróbowanie ekwipunku przed jakąś inną górą. Poprzednie wejście zimowe było przed zdobyciem Mont Blanc w 2002 roku (to ostatnia góra zdobyta dawniej o której napiszę), potrzebowaliśmy bowiem przetestować kupione specjalnie na tę okazję odzież, buty i raki. Znajomi bardziej od nas wychodzeni po górach radzili przed Alpami trenować  na Babiej zimą. Twierdzili, że to w zupełności wystarczy. Po fakcie przyznałam im rację - warunki wspinaczkowe bardzo podobne, choć oczywiście na Mont Blanc znacznie lepsza pogoda. Różnica dotyczyła jedynie objawów choroby wysokościowej. Mając to w pamięci postanowiliśmy zaliczyć Babią przed planowanym na przełomie stycznia i lutego zdobyciem Kilimandżaro. Z Kili jest taki problem, że najpewniejsza pogoda jest w porze suchej, kiedy u nas zima. Komplikuje to nieco możliwości przygotowania się do tego trekkingu - dni krótkie, bywa, że w górach mnóstwo śniegu. Jesteśmy też po głównym urlopie, więc pracując ciężko znaleźć czas, możliwe są tylko jednodniowe wypady. Korzystamy z tego, że w tym roku zima się spóźniła i spacerujemy po Beskidach. No i oczywiście chcieliśmy wejść na Babią, mając nadzieję, że obędzie się bez raków. Wybrałam sobotę 28 grudnia. Zapowiadana była słoneczna pogoda, a halny ustał dzień wcześniej. Chcieliśmy wypróbować nasze ubranie przy wietrze i niskich temperaturach, ale nic z tego - temperatura sięgnęła 13 stopni na Krowiarkach. Natomiast słuchając radia w trakcie drogi dowiedzieliśmy się, że w góry wrócił halny i mocno wieje. Na parkingu na przełęczy Krowiarki przywitało nas okropne błoto i parkingowy (cały dzień 10 zł). Spacer do Markowych Szczawin bez problemów, choć zaskoczyła nas ilość drzew wyrwanych z korzeniami tarasujących szlak, było trochę gimnastyki przy pokonywaniu przeszkód (nad, pod - wszystkie techniki przerobione). W schronisku kupiliśmy herbatę (5 zł sztuka) i zjedliśmy śniadanie. Ubraliśmy zewnętrzne spodnie chroniące przed wiatrem i w drogę. Wejście przez przełęcz Brona początkowo zgodnie z przewidywaniami - śnieg miękki, szlak dobrze wydeptany, bez oblodzeń. Wyjście z lasu na przełęcz od razu przywitało nas mocnymi podmuchami wiatru, ale tego się spodziewaliśmy i absolutnie nas to nie zniechęciło. Na początku podchodzenia wiało naprawdę mocno, ponieważ jednak mijali nas turyści schodzący w dół, sądziłam, że przeszli oni przez wierzchołek więc i my możemy (teraz nie wiem, czy aby oni nie zawrócili). Po przekroczeniu granicy lasu dosłownie zmiotło nas ze szlaku.  Posuwaliśmy się powoli mocno pochyleni ku ziemi. Momentami podmuchy były tak silne, że nie byłam w stanie utrzymać się na nogach. Wiatr przesuwał mnie niebezpiecznie w stronę stromego zbocza z Percią Akademików, jedynym wyjściem było przykucnięcie i przeczekanie. Coraz trudniej jednak przychodziło pokonywanie siły wiatru i próby pionizacji. Kaptur z kurtki zdecydowanie był za luźny więc praktycznie nie trzymał się na głowie, nic więc dziwnego, że sporo przed szczytem straciłam czapkę. Starając się ograniczyć straty schowałam okulary do bezpiecznej kieszeni wewnętrznej. Wiatr przybierał na sile (moim zdaniem Ksawery może się schować), widoczność była żadna, bo oczywiście byliśmy w chmurze. Szłam więc prawie na oślep, bez czapki z włosami kompletnie potarganymi i uporczywie spadającymi na twarz. Na ten widok mój mąż zarządził odwrót. Bywało, że w górach musiałam się poddać, ale na Babiej Górze! Nigdy. Pocieszało mnie, że jednak paru śmiałków wychodziło z nami (nie wyobrażałam sobie aż takiej zbiorowej rzezi) no i wiedziałam, że po przejściu szczytu z drugiej strony zawsze wieje mniej i dość szybko dochodzi się do kosodrzewiny. O przejściu Lodowej Przełęczy (a właściwie przeczołganiu) nie ma co pisać, sama nie wiem, ile razy wiatr przewracał mnie na ziemię. Przeżyłam tylko dlatego, że nie był to zimny wiatr i miałam jakąś szansę bez czapki (kaptur nadal nie chciał trzymać się głowy). Ostatnie metry przed kamiennym schronem szłam na czworakach.... a tuż przed nim wiatr przygwoździł mnie do ziemi i za nic nie byłam w stanie się ruszyć. Dwóch chłopców, którzy już stali pod osłoną muru widząc moje próby podniesienia się ruszyli z pomocą i wreszcie stanęłam na szczycie. Po chwili za schronem pojawił się mój mąż. Chłopcy przyszli od strony Sokolicy i trochę się dziwili mojemu stylowi zdobywania góry. Po krótkim opisie trochę im miny zrzedły ale twardo ruszli w drogę. Myślę, że może poszło im lepiej z powodu różnicy na masie ciała. Widać to było między mną a mężem, bo choć nie dzieli nas przepaść to miałam wrażenie, że moim organizmem wiatr rzucał bardziej. Szybko ruszyliśmy w dół. Zaraz za szczytem pobłądziłam i rozpoczęłam zejście do Lipnicy, mąż się szybko zorientował, dopytaliśmy jeszcze turysty który stamtąd właśnie wchodził. Początkowo zejście równie ciężkie jak wchodzenie, nisko przy ziemi. Jednak z każdym metrem w dół wiało mniej, na linii kosodrzewiny kaptur wreszcie zaczął trzymać się głowy. Dalsze schodzenie bez trudności. Przewiało mnie okropnie, o dziwo, nie zmarzłam. Bilans strat: dwa siniaki, przecięte spodnie  zewnętrzne (do naprawy), jedna czapka. Korzyść - niewątpliwie nowe doświadczenie w górach (zdobywanie Babiej "na czworakach"), choć nie wiadomo - śmiać się czy płakać. Chyba szybko na Babią Górę nie wrócimy.


niedziela, 3 listopada 2013

Marmolada 2003

No i zachciało nam się włoskich Dolomitów.Wybraliśmy się na trekking we dwoje (po Mont Blanc nasz siedemnastoletni syn miał chwilowo dość górskich wycieczek, a młody był jeszcze za młody). W planie na początek  była Marmolada, potem szlak Alta Via 2. Na bazę wypadową wybraliśmy polecany przez znajomych kemping Malga Ciapella - pięknie położony, bardzo zadbany, gospodarze uczynni, prowiant dostarczany regularnie, można było wypocząć. 2 sierpnia zaplanowaliśmy zdobycie najwyższego szczytu Dolomitów. Auto zostawiliśmy na parkingu przy jeziorze Fedaia i zabawną kolejką gondolową (gondole otwarte, przewóz na stojąco) dotarliśmy na Pian Fianccioni 2625 m n.p.m. (kolejka podobno najtańsza w Dolomitach, a alternatywne wejście opisywane było jako nudne, o wątpliwych walorach widokowych). Dalej przez lodowiec (a właściwie lodowczyk) doszliśmy do Forcella Marmolada. Lodowiec szczątkowy, sporo dobrze widocznych szczelin, droga wyraźnie wydeptana. Z powodu straszenia w przewodnikach oczywiście zabraliśmy ze sobą czekany i raki - użyliśmy ich bo były, ale chyba moglibyśmy się obyć bez nich. Lodowiec kończył się przy prawie pionowych skałach, moim zdaniem zbyt ubogo ubezpieczonych (parę stalowych prętów) - trochę musiałam pokombinować, żeby się na nie wdrapać z dość dużym plecakiem. Ostatni fragment podejścia to łatwy, piarżysty grzbiet którym dotarliśmy na najwyższy wierzchołek Marmolady Punta Penia - 3343 m n.p.m. Ponieważ byliśmy już powyżej 3 tysięcy metrów więc oczywiście poczułam pierwsze objawy choroby wysokościowej no i z lunchu na szczycie nici. Za to mój mąż pochłaniał wszystko z niezwykłym apetytem. Ze szczytu piękne widoki na jezioro Fedaia, pasmo Dolomitów Sella i drugi wierzchołek - Punta Rocca 3309 m n.p.m. Tuż pod szczytem okropna kamienno-blaszana buda zwana chyba schroniskiem, ciężko pojąć jak można tak oszpecić góry. Schodzić postanowiliśmy ferratą, żeby troszkę uatrakcyjnić trasę. Ze szczytu zabrał się z nami bardzo sympatyczny mieszkaniec Cieszyna, który naprawdę imponował kondycją - kiedy nasze nogi mocno się już plątały, on z łatwością przyspieszał. Ferrata jak to ferrata - sporo ekspozycji, bez dużego tłoku, chwyt na ubezpieczeniach był pewny, bo pogoda dopisała i na szczęście nie było mokro. Na początku zapinaliśmy i odpinaliśmy klamry, ale tak niemiłosiernie wydłużało to drogę, że szybko daliśmy spokój. Na dodatek miałam wrażenie, że kombinowanie przy przepinaniu i blokowanie ruchu istotnie zwiększa niebezpieczeństwo na szlaku. Pod koniec zaliczyliśmy jeszcze niewielki lodowczyk z tak rozmiękłym śniegiem, że co krok zapadaliśmy się do kolan. Do kolejki dotarliśmy mocno zmęczeni i chociaż do kempingu nie było daleko, to błogosławiliśmy samochód czekający na nas przy jeziorze.

Na koniec zabawne zdarzenie.  Przy naszym namiocie rozbiła się młoda, niezwykle sympatyczna para Włochów. Chyba pierwszy raz byli na kempingu, bo wszystko mieli nowe z metkami - namiot, śpiwory a nawet buty! Dziewczyna nadawała równo, cały czas zapalając papierosa od papierosa. Chłopak z namaszczeniem czytał instrukcje obsługi i kolejno wyciągał zabrany sprzęt próbując go zmontować. Robił to tak nieporadnie, że nawet średnio zaawansowanemu majsterkowiczowi z Polski ciężko by było na to patrzeć. Oczywiście dziewczyna z nieodłącznym papierosem w ręku nieustannie mu doradzała. Mój mąż cierpiał męki!!! Chcąc je skrócić podsuwałam mu myśli o zacieśnieniu przyjaźni polsko-włoskiej i bezinteresownej pomocy fachowej, ale mąż twierdził, że młodzież musi się uczyć samodzielności. Nauka zaczęła się robić niebezpieczna, kiedy przy wieczornej sjeście Włochowi urwała się część butli gazowej, wpadła pod busa Francuzów i obijając się o wszystko dookoła z głośnym sykiem uwalniała resztki gazu. Cały kemping zastygł w bezruchu, Francuzi nawet wyskoczyli z auta na bezpieczną odległość. Kiedy wszystko ucichło dziewczyna ze zdwojoną werwą wyrzucała z siebie potoki słów robiąc przerwy jedynie na zaciągnięcie papierosem - były to pewnie bezcenne rady.  Strach się było kłaść spać.  Długo jeszcze nasi sąsiedzi wymieniali uwagi na temat montażu ale więcej prób nie było i noc wszyscy szczęśliwie przeżyli.  Mieliśmy nadzieję, że to koniec emocji, ale gdy rankiem jedliśmy śniadanie Włosi ponowili próby odczytania instrukcji obsługi. Ja siedziałam tyłem do sąsiadów, więc śniadanie mi smakowało, mąż cierpiał dalej. W pewnym momencie zobaczyłam, że oczy Maćka robią się coraz większe i większe, aż w pewnym momencie zerwał się gwałtownie i popędził do Włochów z dramatycznym okrzykiem: "Stooop! " Nasz Włoch na to spokojnie podniósł głowę znad  butli gazowej i z rozbrajającym uśmiechem mówił "Si, si, bum-bum! Si, si, bum-bum." Butlę udało się złożyć i nic nie wyleciało w powietrze, ale powiedzonko "Si, si, bum-bum!" na zawsze weszło do menu naszej rodziny, chociaż ciężko jest odtworzyć  ten włoski luzik w ramionkach.