Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toskania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toskania. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 października 2013
Monte Pisanino 2013
Nareszcie chwilka czasu i mogę podzielić się wrażeniami z gór w Toskanii. Właściwie wszystkie informacje dotyczące najwyższego szczytu Alp Apuańskich znalazłam w internecie. Jeden z użytkowników opisał dokładnie szlak ze schroniska Val Serenaia na szczyt Monte Pisanino z podaniem czasówek, zarówno zalecaną drogą szlakiem niebieskim jak i nie oznakowaną drogą przez grań. Różnica między nimi wynosiła około 30 min. Krótsza droga to bardziej strome wejście, zejście szlakiem oznakowanym. Do opisu dołączone były mapki, ale ich nie wydrukowałam, bo mapę mieliśmy kupić w biurze informacji turystycznej w Castelnuowo Garfagnana (nasłuchałam się potem z tego powodu...). Plan zakładał nocleg w schronisku i wyjście około 8 rano. Według informacji czas wyprawy to około 7 godzin. Na stronie internetowej schroniska podano informacje o możliwościach skorzystania z noclegu i posiłków - codziennie do 15 września, potem w soboty i niedziele - a więc wszystko nam pasowało. Będąc nad morzem śledziliśmy pogodę w górach i kapitalnie się złożyło, że idealne warunki do wspinaczki przepowiadano na sobotę 14 września. Nie musieliśmy więc tracić pobytu nad morzem tylko zaliczyć trekking w drodze powrotnej do Polski.
Pierwsza trudność z którą musieliśmy się zmierzyć to brak możliwości noclegu w schronisku. Kiedy telefonicznie próbowaliśmy zarezerwować miejsca okazało się, że strona internetowa zupełnie nie przystaje do realnego zarządzania schroniskiem. Chyba właścicielka poinformowała nas, że schronisko jest czynne już tylko w weekendy, powoływanie się na wiadomości zamieszczone w internecie nie zrobiło na niej wrażenia. Ponieważ chodziło o nocleg z piątku na sobotę zapytała jeszcze dla ilu osób, ale kiedy usłyszała, że dla dwóch nie było o czym rozmawiać. Tak więc musieliśmy szybko improwizować. Wykorzystaliśmy do tego jedyny deszczowy dzień i internet. Trochę to trwało, bo z powodu zachęcającej prognozy hotele najbliższe naszej góry były już przepełnione. W końcu znaleźliśmy niewielki hotelik odległy około 50 minut jazdy od schroniska Val Serenaia, na jeziorem Lago di Vagli. Hotel "Le Alpi " okazał się strzałem w dziesiątkę. Tak miłych i uczynnych właścicieli jeszcze nie spotkałam. Byliśmy jedynymi gośćmi. Właściciel był bardzo skonfundowany nieznajomością języka angielskiego i co rusz mówił do nas po francusku. Bardzo nas to bawiło, bo o ile melodię języka włoskiego trochę już poznaliśmy, to francuskiego ni cholery. Z powodu nieco skomplikowanej diety mojego męża nie byłam pewna, czy uda nam się cokolwiek zjeść. Ale z tego całego włosko-francusko-angielskiego dialogu pojął o co chodzi, wyrzucił przygotowaną kartę menu i indywidualnie ustalił z nami, co chcemy zjeść. Śniadanie zaproponował między 8 a 9. Wytłumaczyłam mu, że idziemy w góry wcześnie i prosimy o posiłek 6.30 - nie było problemu. Przypomniał mi się sierpniowy pobyt w Bilikovej Chacie, gdzie spędziliśmy noc przed wspinaczką na Sławkowski Szczyt. Ponieważ chcieliśmy wyjść o 7 rano, pytaliśmy o godzinę serwowania śniadania - "7", jak najwcześniej moglibyśmy skorzystać z kuchni - "o 7", o której można napić się ciepłej herbaty - "o 7 ", o której można... -"o 7 " i tak w kółko. Co kraj to obyczaj. Śniadanko przed wyprawą to jedno z najmilszych wspomnień. Po dobrze przespanej nocy (nie wiedziałam, że są takie ciche miejsca na świecie) ujrzeliśmy w przytulnej sali jadalnej nienachalnie oświetlonej lampkami pięknie nakryty stół, w powietrzu unosił się zapach dopio espresso. Zgodnie z naszym życzeniem na stole była szynka parmeńska (idealnie wilgotna, nie takie suche zwłoki jak w polskich sklepach), aromatyczne salami, pyszny ser owczy, dżem i kawałki ciasta cytrynowego upieczonego przez właścicielkę (widziałam, jak poprzedniego wieczora wyciągała je z pieca). Marzenie! Właściwie po tych doznaniach mogłam już wracać do domu, ale przecież czekała na nas góra - najwyższy szczyt położony w całości w Toskanii.
Batalię o wejście granią przegrałam - zadecydował brak mapy i relacja, że szlak jest nieoznakowany choć podobno dobrze widoczny na ziemi?! Po niecałej godzinie jazdy postawiliśmy auto koło schroniska (stało już parę samochodów) i zaczęliśmy szukać początku szlaku. Schronisko po 8 rano było oczywiście jeszcze zamknięte. Nie bardzo było widać jakiekolwiek oznakowanie a wokół żywej duszy. Na szczęście po chwili dostrzegliśmy na nieco dalszym parkingu dwóch turystów ładujących plecaki na grzbiet. O ile jeszcze mój mąż wahał się nad wyborem drogi, to reakcja Włochów na pomysł wchodzenia granią ostatecznie odwiodła go od tego pomysłu. Tak żywo gestykulowali rękami i przeczącą kręcili głowami, że musiałam się poddać. Ach, gdyby chociaż ktoś szedł tą nieoznakowaną drogą, ale tak naprawdę bylibyśmy sami w nieznanym terenie bez porządnej mapy. Może by się udało, ale gdybyśmy pobłądzili, to ze zdobycia Monte Pisanino nici. Włosi szli na inną górę , ale połowa szlaku była wspólna i zaproponowali, żebyśmy szli razem. Mąż stanowczo ciągnął mnie za rękaw idąc za nimi a i oni co raz kontrolowali nas wzrokiem, czy aby nie zbaczamy na niebezpieczne ścieżki.
Po kilkudziesięciu metrach za parkingiem rozpoczął się biało-czerwony szlak , który najpierw prowadził przez las, potem powoli wspinał się na Foce di Cardeto. Włosi po wyjściu z lasu zatrzymali się na śniadanie, ale uprzedzili nas, że szlak skręca i dla nas zmieni się na niebieski. Przez chwilę wahaliśmy się nad wyborem ścieżki, bo w pewnym momencie szlak dzielił się na trzy drogi ale zgodnie z sugestią wybraliśmy kierunek skrajnie na lewo. Jakoż wkrótce ujrzeliśmy niecierpliwie wyglądany kamień z napisem Monte Pisanino i niebieską strzałką. Od tego miejsca droga dobrze oznaczona niebieskimi znakami prowadzi przez Pizzo Maggiore i Foce Altare na sam szczyt. Jeśli chodzi o trudności, to jest krótki fragment ekspozycji (widać na zdjęciach) i przed samym wierzchołkiem część szlaku biegnie granią, ale moim zdaniem nie stanowi to problemu dla średnio doświadczonego turysty. To co mnie najbardziej dokuczało, to stopień nachylenia ścieżki przed samym szczytem - za mały, żeby opierać się na rękach, za duży, żeby iść tylko na nogach - fatalna pozycja dla kręgosłupa. Muszę przyznać, że panorama ze szczytu (1946 m n.p.m.) to jeden z piękniejszych widoków, jakie zaliczyłam wędrując po górach. Błękit nieba, zieleń stoków i tarasy w kamieniołomach z olśniewającą bielą marmurów - można smakować bez końca. Lunch na szczycie obowiązkowy. Doszła do nas para Włochów, dzięki którym mamy fajne fotki. A Włosi jak to Włosi - wykonali po kilka telefonów wyrzucając z siebie setki słów z prędkością światła. Powrót bez problemów, jeśli nie liczyć spotkania na samym już dole z owczarkiem niemieckim samotnie biegającym po lesie. Umaszczenie miał takie, że przez chwilę przemknęło nam przez myśl, czy to aby nie wilk. Obwąchał nas i zawrócił. Zobaczyliśmy go ponownie przy otwartym już schronisku biegającego obok pani siedzącej wygodnie na leżaku - jak przypuszczam, była to właścicielka schroniska. Jej beztroska robiła wrażenie - pies biegał swobodnie po lesie bez nadzoru, a siedzenia nie chciało jej się ruszyć nawet wtedy, gdy skoczył na mnie łapiąc za rękę. Puścił mnie zaraz po jej głośnym krzyku i na szczęście nie zdążył skaleczyć skóry. Naprawdę nie wiem, jak by się to skończyło w lesie, gdyby z dala od swojej właścicielki zdecydował się zaatakować. Może powinno się tam zainstalować znaki ostrzegawcze, zarówno przed psem jak i jego panią - w sumie to nie wiadomo, kto był bardziej niebezpieczny.
W tym dniu podciągnęliśmy do Polski około 300 km a noc spędziliśmy w wypróbowanym już hostelu w Ferrarze - bardzo przyjazne ceny w stosunku do hoteli. Nie było też problemu z dostaniem nawet sześcioosobowej sali wyłącznie dla siebie, płaciliśmy oczywiście tylko za dwa łóżka, parking na tyłach budynku w weekendy bezpłatny. Zasłużyliśmy na wypoczynek i po dobrze przespanej nocy (nawet mimo odgłosów z ulic) ruszyliśmy już prosto do kraju.
poniedziałek, 16 września 2013
Garfagnana 2013
Piątek przywitał nas słońcem i bezchmurnym niebem. Ruszyliśmy na północ i po minięciu Lukki odczuliśmy zmianę krajobrazu. Droga wiła się między zielonymi górami w pobliżu rzeki Serchio. Najpierw zlokalizowaliśmy Most Jawnogrzesznicy zwany częściej Mostem Diabelskim. Bardzo urokliwe miejsce z pięknym odbiciem nieba na rzece. Most stary, wąziutki, zaprasza na przechadzkę. Legenda związana z jego budową determinuje klimat tajemnicy, niestety hałas dobiegający z pobliskiej drogi psuje nieco atmosferę. Jest niewielki parking dla samochodów, turyści sobie nie przeszkadzają, bo na szczęście nie ma tłumów i można liczyć na chwilę samotności na moście. Miejsce na tyle nam się spodobało, że wybraliśmy się na południową kawę do kafejki naprzeciwko. Zasięgnęliśmy też języka w sprawie lokalizacji następnej atrakcji regionu - wiszącego mostu. Właściciel - młody chłopak - okazał się uczynny, dowcipny i dobrze mówił po angielsku. Serwował wyśmienitą kawę i bardzo sprytnie ukrył toaletę przed rzeszami odwiedzających. Zdradzał jej miejsce po krótkiej rozmowie i jakimkolwiek zamówieniu.
Po minięciu uzdrowiska Bagni di Lukka (19 źródeł z gorącą wodą siarczaną) w okolicach Popiglio dotarliśmy do jednego z najdłużej czynnych mostów wiszących - Ponte Sospeso. Dobrze oznakowany, miejsce do parkowania dla 2-3 aut, można zwiedzić bezpłatnie (rzadkość we Włoszech). Ciekawa konstrukcja, po wejściu można się poczuć jak Indiana Jones w "Poszukiwaczach Zaginionej Arki" (no, może potrzeba troszkę wyobraźni).
Potem powrót do głównej drogi i kierunek Grotta del Vento. Już wiedzieliśmy, że do Bargi raczej nie zdążymy, ale małych miasteczek miałam już trochę zaliczonych, a toskańskiej jaskini żadnej. Droga do jaskini jest bardzo pokręcona i stroma i pomimo znaków drogowych chwilami mieliśmy wątpliwości, czy aby na pewno jest to droga dla samochodów. O równych godzinach rozpoczynają się godzinne tury zwiedzania. Chociaż we wszystkich informatorach pisze wielkimi literami, że temperatura wewnątrz jaskini wynosi 10,7 C to i tak zjawił się Brytyjczyk w szortach i podkoszulku. Nieco skonsternowany pytał w kasie biletowej o możliwości zwiedzenia jaskini w tym stroju. Chyba nie miał odwagi próbować, bo nie widziałam go potem w grupie. Kasy biletowe znajdują się w dość dużym sklepie z bogatą ofertą kamieni półszlchetnych (na wagę) i ciekawą biżuterią. Są tam również toalety, kącik z ekspresem do kawy i kilkoma rodzajami przekąsek. Ciekawostka - w cenie biletu można poprosić o audioguide w języku polskim (przewodnik mówi po włosku) - bardzo rzadki ukłon w stronę polskich turystów. Grota naprawdę bardzo duża, w wyznaczonych przystankach włączane jest oświetlenie co daje możliwość pełnego podziwiania nadzwyczajnych form naciekowych, miejscami jak z kosmosu - niezmiennie kojarzą mi się z filmem "Obcy - Decydujące Starcie". W czasie postoju można robić zdjęcia i filmować.
Po zwiedzaniu groty ruszyliśmy do największego miasteczka regionu Castelnuowo Garfagnana, w którym znajduje się spore biuro informacji turystycznej. Miały się tam znajdować mapy regionu. Pani była bardzo miła, nie było problemów z komunikacją w języku angielskim. Niestety okazało się, że biuro jest nieco przereklamowane. Dysponowało tylko ogólną mapą Alp Apuańskich, nie było szczegółowych szlaków z czasówkami na konkretne szczyty. Zresztą pani jak tylko usłyszała, że chcemy wchodzić na Monte Pisanino zaczęła nas przestrzegać przed trudnościami (...very, very difficult...), patrzyła na nas nieco wątpiąco - chyba nie wyglądaliśmy na rzetelnych wspinaczy. Skserowała nam stronę z jakiegoś podręcznika z opisami tras trekkingowych i proponowała przemyśleć decyzję. Mąż przyglądał mi się podejrzliwie, bo jak dotąd nie za bardzo wiedział, na jaką to górę będziemy wchodzić. Dopadły nas tu włoskie klimaty - auto zaparkowaliśmy przy jakiejś restauracji i naiwnie sądziliśmy, że można w niej będzie zjeść obiad (było ok. 18). W środku mnóstwo pustych stolików i kelnerka wyjaśniająca, że jedzenie gotują od 19.30 - no tak, przecież jesteśmy we Włoszech!
Z Castelnuowo udaliśmy się nad jezioro Lago di Vagli gdzie mieliśmy zarezerwowany hotel"Le Alpi ". W tym jeziorze zaporowym przy tworzeniu zalewu w 1947 roku została zatopiona mała wioska której wieża wyłania się z wody przy niskich stanach. Z informatorów wynikało, że woda wypompowywana jest co 10 lat i wtedy można zwiedzać "Miasto Duchów". Jechaliśmy wzdłuż jeziora ale wieży nie było widać. Hotel nieduży, bardzo przyjazny, chyba byliśmy jedynymi gośćmi i menu zostało stworzone właściwie według naszych życzeń. Zdążyliśmy jeszcze przed kolacją zwiedzić pobliskie kamienne miasteczko - niesamowite wrażenie jakby zatrzymania się w czasie, na uliczkach żywego ducha, nie bardzo mogłam wyobrazić sobie codzienne życie mieszkańców zwłaszcza po sezonie.
A następnego dnia czekało na nas Monte Pisanino.
Potem powrót do głównej drogi i kierunek Grotta del Vento. Już wiedzieliśmy, że do Bargi raczej nie zdążymy, ale małych miasteczek miałam już trochę zaliczonych, a toskańskiej jaskini żadnej. Droga do jaskini jest bardzo pokręcona i stroma i pomimo znaków drogowych chwilami mieliśmy wątpliwości, czy aby na pewno jest to droga dla samochodów. O równych godzinach rozpoczynają się godzinne tury zwiedzania. Chociaż we wszystkich informatorach pisze wielkimi literami, że temperatura wewnątrz jaskini wynosi 10,7 C to i tak zjawił się Brytyjczyk w szortach i podkoszulku. Nieco skonsternowany pytał w kasie biletowej o możliwości zwiedzenia jaskini w tym stroju. Chyba nie miał odwagi próbować, bo nie widziałam go potem w grupie. Kasy biletowe znajdują się w dość dużym sklepie z bogatą ofertą kamieni półszlchetnych (na wagę) i ciekawą biżuterią. Są tam również toalety, kącik z ekspresem do kawy i kilkoma rodzajami przekąsek. Ciekawostka - w cenie biletu można poprosić o audioguide w języku polskim (przewodnik mówi po włosku) - bardzo rzadki ukłon w stronę polskich turystów. Grota naprawdę bardzo duża, w wyznaczonych przystankach włączane jest oświetlenie co daje możliwość pełnego podziwiania nadzwyczajnych form naciekowych, miejscami jak z kosmosu - niezmiennie kojarzą mi się z filmem "Obcy - Decydujące Starcie". W czasie postoju można robić zdjęcia i filmować.
Po zwiedzaniu groty ruszyliśmy do największego miasteczka regionu Castelnuowo Garfagnana, w którym znajduje się spore biuro informacji turystycznej. Miały się tam znajdować mapy regionu. Pani była bardzo miła, nie było problemów z komunikacją w języku angielskim. Niestety okazało się, że biuro jest nieco przereklamowane. Dysponowało tylko ogólną mapą Alp Apuańskich, nie było szczegółowych szlaków z czasówkami na konkretne szczyty. Zresztą pani jak tylko usłyszała, że chcemy wchodzić na Monte Pisanino zaczęła nas przestrzegać przed trudnościami (...very, very difficult...), patrzyła na nas nieco wątpiąco - chyba nie wyglądaliśmy na rzetelnych wspinaczy. Skserowała nam stronę z jakiegoś podręcznika z opisami tras trekkingowych i proponowała przemyśleć decyzję. Mąż przyglądał mi się podejrzliwie, bo jak dotąd nie za bardzo wiedział, na jaką to górę będziemy wchodzić. Dopadły nas tu włoskie klimaty - auto zaparkowaliśmy przy jakiejś restauracji i naiwnie sądziliśmy, że można w niej będzie zjeść obiad (było ok. 18). W środku mnóstwo pustych stolików i kelnerka wyjaśniająca, że jedzenie gotują od 19.30 - no tak, przecież jesteśmy we Włoszech!
Z Castelnuowo udaliśmy się nad jezioro Lago di Vagli gdzie mieliśmy zarezerwowany hotel"Le Alpi ". W tym jeziorze zaporowym przy tworzeniu zalewu w 1947 roku została zatopiona mała wioska której wieża wyłania się z wody przy niskich stanach. Z informatorów wynikało, że woda wypompowywana jest co 10 lat i wtedy można zwiedzać "Miasto Duchów". Jechaliśmy wzdłuż jeziora ale wieży nie było widać. Hotel nieduży, bardzo przyjazny, chyba byliśmy jedynymi gośćmi i menu zostało stworzone właściwie według naszych życzeń. Zdążyliśmy jeszcze przed kolacją zwiedzić pobliskie kamienne miasteczko - niesamowite wrażenie jakby zatrzymania się w czasie, na uliczkach żywego ducha, nie bardzo mogłam wyobrazić sobie codzienne życie mieszkańców zwłaszcza po sezonie.
A następnego dnia czekało na nas Monte Pisanino.
czwartek, 12 września 2013
Pożegnanie Tirrenii 2013
Kończymy pobyt w Toskanii. Po cudownych dwóch słonecznych dniach i leniuchowaniu na plaży jutro wyruszamy w górski region Garfagnana. Całodniowa wycieczka pozwoli zobaczyć atrakcyjne mosty, Jaskinie Wietrzną, może zdążymy Bargę, potem nocleg w ,, miasteczku duchów". W sobotę wyruszmy na szczyt Monte Pisanino - po powrocie do Polski zdam relację, czy wszystko się udało.
wtorek, 10 września 2013
Lukka 2013
Sobota była dniem w którym jechaliśmy do apartamentu nad morze. Po drodze zwiedziliśmy Vinci - małe miasteczko niedaleko Florencji. Urodził się w nim sławny Leonardo i jest tam muzeum, w którym zgromadzono sporo jego pomysłów w wersji projektów na papierze a także makiet. Nic nie wolno fotografować ani filmować. Widać, że człowiek nie miał internetu bo kombinował od rana do wieczora. Wydaje się, jakby w każdej dziedzinie swojej epoki próbował namieszać, każdą czynność udoskonalić. Mnie najbardziej podobał się projekt kombinezonu dla nurka do oddychania pod wodą. Miasteczko urocze, pięknie położone, trafiliśmy na jakiś lokalny festyn więc jak dla mnie było trochę za dużo decybeli. Jechaliśmy w stronę Lukki pięknymi drogami wśród winnic. Wina żal było kupować bo temperatura powietrza 33 stopnie, w bagażniku znacznie więcej.
Wczesnym popołudniem dotarliśmy do Lukki. Rozumiem, że jest to perełka Toskanii ale niestety nie wiem dlaczego. Sympatyczne, średniowieczne miasteczko, katedra ciekawa (Volto Santo niepowtarzalne, ale bardzo źle wyeksponowane), place nieduże przepełnione turystami, wąskie uliczki i stare kamienice jak w całej Toskanii. Ciekawostką jest mnogość bardzo eleganckich i drogich sklepów ukrytych w starych domach. Tak więc z całego zwiedzania zapamiętam pewnie pyszną kawę na placu św. Marcina. Uważam, że ze Sieną Lukka nie może się jednak równać. A jeśli ktoś szuka czegoś mniej rozreklamowanego z klimatem Toskanii polecam Arezzo.
piątek, 6 września 2013
Arezzo 2013
Po dwóch dniach nawadniania dysków kręgosłupa przy basenie (od jakiegoś czasu tak postrzegam pozycję leżącą) ruszyliśmy do Arezzo. Parkingi bez problemu przy samym starym mieście, dobrze oznakowane. Miasto okazało się dużo ładniejsze niż sobie wyobrażałam - Piazza Grande uroczy i bardzo nastrojowy, naprawdę mocno toskański, ładny park z pomnikiem Petrarki, wąskie uliczki z pojedynczymi grupkami turystów, wyśmienita kawa a freski jak to freski - niech będzie, że wyjątkowe. Przy nas turyści kupowali bilety, więc naprawdę nie wiem, czy rezerwacja zalecana przez przewodniki jest naprawdę konieczna. Z ciekawostek, minęliśmy zakład fryzjerski ozdobiony historycznymi fotografiami klientów - na jednej rozpoznałam Elvisa Presleya, termometry pokazywały 39 stopni a w samochodzie zapaliła się lampka zużycia oleju. Po uzupełnieniu próbowaliśmy kupić zapasową butelkę - stacje benzynowe miały sjestę a salonie WV sprzedawali tylko nowe samochody - przecież jesteśmy we Włoszech. Z Arezzo pojechaliśmy do klasztoru w Camaldoli (zakupiliśmy wino wyrabiane przez mnichów) a potem do pustelni Eremo położonej na wysokości 1050 m n.p.m. Można zwiedzić celę (właściwszym słowem będzie domek) św. Romualda i obejrzeć zza ogrodzenia 20 domków w których obecnie żyją pustelnicy. Ostatnim miastem do którego zajrzeliśmy było Poppi i tam zwiedziliśmy średniowieczny zamek na wzgórzu (6 euro). Wracaliśmy do Florencji przepięknymi przełęczami z widokami na dolinę rzeki Arno, i jak na razie, te okolice wydały mi się bardziej malownicze niż pagórki regionu Chianti (no nie wiem, czy to nie jest bluźnierstwo).
A teraz przygoda. Zwykle przyrządzamy posiłki sami, ale po ostatniej wycieczce postanowiliśmy przetestować hotelowego kucharza. Stolik pięknie nakryty przy basenie, kelner mówił głównie po włosku i pokazując co dostaniemy łapał się za różne części ciała. Myślę, że na widok naszych zamówień Magdzie Gessler wyprostowałyby się loki. W tym wszystkim najbardziej zadziwił mnie mój mąż który wzbił się na szczyty dyplomacji. Na pytanie kelnera, czy wszystko w porządku usiłując wbić nóż w zwęglone zwłoki na talerzu z ujmującym uśmiechem odpowiedział, że O.K. W innej kulturze kucharz musiałby złożyć publiczną samokrytykę a potem popełnić hara-kiri. Ale we Włoszech pewnie gotować będzie dalej.
Kończymy pobyt w sercu Toskanii i jutro wyruszamy nad morze. Nie ma tam internetu, więc nie wiem czy relacje będą na bieżąco. Zobaczymy!
środa, 4 września 2013
Siena 2013
I jak to zwykle bywa timetable się posypał. Po Florencji miał być jeden dzień odpoczynku a potem Arezzo. W poniedziałek jednak przywitały nas chmury i według prognoz miał to być jedyny kapryśny dzień w tym tygodniu, potem trzy dni jaskrawego słońca. Ponieważ nie mieliśmy ochoty leżeć przy basenie pod zachmurzonym niebem więc zdecydowaliśmy przyspieszyć następną wycieczkę i mąż rozpoczął procedurę rezerwacji biletów do kościoła San Francesco na oglądanie słynnych fresków. Okazało się, że najbliższy wolny termin to czwartek. Rezerwacji dokonaliśmy przez internet a bilety wydrukowaliśmy w recepcji. Ale co począć z tak aktywnie rozpoczętym dniem? Na szczęście do Sieny było tylko 35 km.
Chociaż nie wyjechaliśmy zbyt wcześnie i w połowie drogi zaliczyliśmy korek to i tak w mieście byliśmy już po godzinie 11. Drogowskazy pewnie prowadzą na parking Duomo, euro za godzinę. Siena to nieduże miasto, na jej zwiedzenie wystarczy kilka godzin. Wymyślony program zrealizowaliśmy w 100 procentach. Nie byłam pewna wejścia na wieżę, bo z tym jest najwięcej ceregieli - co 30 minut wpuszczają nie więcej niż 25 osób, ale czekaliśmy tylko jedną turę. Na początku wspinaczki należy w specjalnych schowkach zostawić wszelkie torby i plecaki, bo schody momentami są bardzo wąskie a stropy niskie (360 stopni). Jakież było moje zdziwienie, gdy schodząc minęłam pana z niemowlakiem na ręku. Wejście z bobasem na sam szczyt było raczej niemożliwe, czyżby myślał o schowku??? Miasto cenowo bardziej przyjazne niż Florencja, można kupować bilety łączone lub pojedyncze. Z uwag praktycznych: w Palazzo Pubblico nie można robić zdjęć ani filmować, w Duomo można bez fleszu. Siena pozwala nacieszyć się zwiedzaniem, nie jest (przynajmniej o tej porze roku) zadeptana przez turystów. Place prezentują się naprawdę okazale. Fotki dołączę później, bo chociaż mamy ze sobą kilka kilogramów japońskiej elektroniki, to kabelek do przegrywania zdjęć został w domu. Sienę we wrześniu gorąco polecam!
Chociaż nie wyjechaliśmy zbyt wcześnie i w połowie drogi zaliczyliśmy korek to i tak w mieście byliśmy już po godzinie 11. Drogowskazy pewnie prowadzą na parking Duomo, euro za godzinę. Siena to nieduże miasto, na jej zwiedzenie wystarczy kilka godzin. Wymyślony program zrealizowaliśmy w 100 procentach. Nie byłam pewna wejścia na wieżę, bo z tym jest najwięcej ceregieli - co 30 minut wpuszczają nie więcej niż 25 osób, ale czekaliśmy tylko jedną turę. Na początku wspinaczki należy w specjalnych schowkach zostawić wszelkie torby i plecaki, bo schody momentami są bardzo wąskie a stropy niskie (360 stopni). Jakież było moje zdziwienie, gdy schodząc minęłam pana z niemowlakiem na ręku. Wejście z bobasem na sam szczyt było raczej niemożliwe, czyżby myślał o schowku??? Miasto cenowo bardziej przyjazne niż Florencja, można kupować bilety łączone lub pojedyncze. Z uwag praktycznych: w Palazzo Pubblico nie można robić zdjęć ani filmować, w Duomo można bez fleszu. Siena pozwala nacieszyć się zwiedzaniem, nie jest (przynajmniej o tej porze roku) zadeptana przez turystów. Place prezentują się naprawdę okazale. Fotki dołączę później, bo chociaż mamy ze sobą kilka kilogramów japońskiej elektroniki, to kabelek do przegrywania zdjęć został w domu. Sienę we wrześniu gorąco polecam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































































