Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trekking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trekking. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 3 listopada 2013
Marmolada 2003
No i zachciało nam się włoskich Dolomitów.Wybraliśmy się na trekking we dwoje (po Mont Blanc nasz siedemnastoletni syn miał chwilowo dość górskich wycieczek, a młody był jeszcze za młody). W planie na początek była Marmolada, potem szlak Alta Via 2. Na bazę wypadową wybraliśmy polecany przez znajomych kemping Malga Ciapella - pięknie położony, bardzo zadbany, gospodarze uczynni, prowiant dostarczany regularnie, można było wypocząć. 2 sierpnia zaplanowaliśmy zdobycie najwyższego szczytu Dolomitów. Auto zostawiliśmy na parkingu przy jeziorze Fedaia i zabawną kolejką gondolową (gondole otwarte, przewóz na stojąco) dotarliśmy na Pian Fianccioni 2625 m n.p.m. (kolejka podobno najtańsza w Dolomitach, a alternatywne wejście opisywane było jako nudne, o wątpliwych walorach widokowych). Dalej przez lodowiec (a właściwie lodowczyk) doszliśmy do Forcella Marmolada. Lodowiec szczątkowy, sporo dobrze widocznych szczelin, droga wyraźnie wydeptana. Z powodu straszenia w przewodnikach oczywiście zabraliśmy ze sobą czekany i raki - użyliśmy ich bo były, ale chyba moglibyśmy się obyć bez nich. Lodowiec kończył się przy prawie pionowych skałach, moim zdaniem zbyt ubogo ubezpieczonych (parę stalowych prętów) - trochę musiałam pokombinować, żeby się na nie wdrapać z dość dużym plecakiem. Ostatni fragment podejścia to łatwy, piarżysty grzbiet którym dotarliśmy na najwyższy wierzchołek Marmolady Punta Penia - 3343 m n.p.m. Ponieważ byliśmy już powyżej 3 tysięcy metrów więc oczywiście poczułam pierwsze objawy choroby wysokościowej no i z lunchu na szczycie nici. Za to mój mąż pochłaniał wszystko z niezwykłym apetytem. Ze szczytu piękne widoki na jezioro Fedaia, pasmo Dolomitów Sella i drugi wierzchołek - Punta Rocca 3309 m n.p.m. Tuż pod szczytem okropna kamienno-blaszana buda zwana chyba schroniskiem, ciężko pojąć jak można tak oszpecić góry. Schodzić postanowiliśmy ferratą, żeby troszkę uatrakcyjnić trasę. Ze szczytu zabrał się z nami bardzo sympatyczny mieszkaniec Cieszyna, który naprawdę imponował kondycją - kiedy nasze nogi mocno się już plątały, on z łatwością przyspieszał. Ferrata jak to ferrata - sporo ekspozycji, bez dużego tłoku, chwyt na ubezpieczeniach był pewny, bo pogoda dopisała i na szczęście nie było mokro. Na początku zapinaliśmy i odpinaliśmy klamry, ale tak niemiłosiernie wydłużało to drogę, że szybko daliśmy spokój. Na dodatek miałam wrażenie, że kombinowanie przy przepinaniu i blokowanie ruchu istotnie zwiększa niebezpieczeństwo na szlaku. Pod koniec zaliczyliśmy jeszcze niewielki lodowczyk z tak rozmiękłym śniegiem, że co krok zapadaliśmy się do kolan. Do kolejki dotarliśmy mocno zmęczeni i chociaż do kempingu nie było daleko, to błogosławiliśmy samochód czekający na nas przy jeziorze.
Na koniec zabawne zdarzenie. Przy naszym namiocie rozbiła się młoda, niezwykle sympatyczna para Włochów. Chyba pierwszy raz byli na kempingu, bo wszystko mieli nowe z metkami - namiot, śpiwory a nawet buty! Dziewczyna nadawała równo, cały czas zapalając papierosa od papierosa. Chłopak z namaszczeniem czytał instrukcje obsługi i kolejno wyciągał zabrany sprzęt próbując go zmontować. Robił to tak nieporadnie, że nawet średnio zaawansowanemu majsterkowiczowi z Polski ciężko by było na to patrzeć. Oczywiście dziewczyna z nieodłącznym papierosem w ręku nieustannie mu doradzała. Mój mąż cierpiał męki!!! Chcąc je skrócić podsuwałam mu myśli o zacieśnieniu przyjaźni polsko-włoskiej i bezinteresownej pomocy fachowej, ale mąż twierdził, że młodzież musi się uczyć samodzielności. Nauka zaczęła się robić niebezpieczna, kiedy przy wieczornej sjeście Włochowi urwała się część butli gazowej, wpadła pod busa Francuzów i obijając się o wszystko dookoła z głośnym sykiem uwalniała resztki gazu. Cały kemping zastygł w bezruchu, Francuzi nawet wyskoczyli z auta na bezpieczną odległość. Kiedy wszystko ucichło dziewczyna ze zdwojoną werwą wyrzucała z siebie potoki słów robiąc przerwy jedynie na zaciągnięcie papierosem - były to pewnie bezcenne rady. Strach się było kłaść spać. Długo jeszcze nasi sąsiedzi wymieniali uwagi na temat montażu ale więcej prób nie było i noc wszyscy szczęśliwie przeżyli. Mieliśmy nadzieję, że to koniec emocji, ale gdy rankiem jedliśmy śniadanie Włosi ponowili próby odczytania instrukcji obsługi. Ja siedziałam tyłem do sąsiadów, więc śniadanie mi smakowało, mąż cierpiał dalej. W pewnym momencie zobaczyłam, że oczy Maćka robią się coraz większe i większe, aż w pewnym momencie zerwał się gwałtownie i popędził do Włochów z dramatycznym okrzykiem: "Stooop! " Nasz Włoch na to spokojnie podniósł głowę znad butli gazowej i z rozbrajającym uśmiechem mówił "Si, si, bum-bum! Si, si, bum-bum." Butlę udało się złożyć i nic nie wyleciało w powietrze, ale powiedzonko "Si, si, bum-bum!" na zawsze weszło do menu naszej rodziny, chociaż ciężko jest odtworzyć ten włoski luzik w ramionkach.
środa, 2 października 2013
Monte Pisanino 2013
Nareszcie chwilka czasu i mogę podzielić się wrażeniami z gór w Toskanii. Właściwie wszystkie informacje dotyczące najwyższego szczytu Alp Apuańskich znalazłam w internecie. Jeden z użytkowników opisał dokładnie szlak ze schroniska Val Serenaia na szczyt Monte Pisanino z podaniem czasówek, zarówno zalecaną drogą szlakiem niebieskim jak i nie oznakowaną drogą przez grań. Różnica między nimi wynosiła około 30 min. Krótsza droga to bardziej strome wejście, zejście szlakiem oznakowanym. Do opisu dołączone były mapki, ale ich nie wydrukowałam, bo mapę mieliśmy kupić w biurze informacji turystycznej w Castelnuowo Garfagnana (nasłuchałam się potem z tego powodu...). Plan zakładał nocleg w schronisku i wyjście około 8 rano. Według informacji czas wyprawy to około 7 godzin. Na stronie internetowej schroniska podano informacje o możliwościach skorzystania z noclegu i posiłków - codziennie do 15 września, potem w soboty i niedziele - a więc wszystko nam pasowało. Będąc nad morzem śledziliśmy pogodę w górach i kapitalnie się złożyło, że idealne warunki do wspinaczki przepowiadano na sobotę 14 września. Nie musieliśmy więc tracić pobytu nad morzem tylko zaliczyć trekking w drodze powrotnej do Polski.
Pierwsza trudność z którą musieliśmy się zmierzyć to brak możliwości noclegu w schronisku. Kiedy telefonicznie próbowaliśmy zarezerwować miejsca okazało się, że strona internetowa zupełnie nie przystaje do realnego zarządzania schroniskiem. Chyba właścicielka poinformowała nas, że schronisko jest czynne już tylko w weekendy, powoływanie się na wiadomości zamieszczone w internecie nie zrobiło na niej wrażenia. Ponieważ chodziło o nocleg z piątku na sobotę zapytała jeszcze dla ilu osób, ale kiedy usłyszała, że dla dwóch nie było o czym rozmawiać. Tak więc musieliśmy szybko improwizować. Wykorzystaliśmy do tego jedyny deszczowy dzień i internet. Trochę to trwało, bo z powodu zachęcającej prognozy hotele najbliższe naszej góry były już przepełnione. W końcu znaleźliśmy niewielki hotelik odległy około 50 minut jazdy od schroniska Val Serenaia, na jeziorem Lago di Vagli. Hotel "Le Alpi " okazał się strzałem w dziesiątkę. Tak miłych i uczynnych właścicieli jeszcze nie spotkałam. Byliśmy jedynymi gośćmi. Właściciel był bardzo skonfundowany nieznajomością języka angielskiego i co rusz mówił do nas po francusku. Bardzo nas to bawiło, bo o ile melodię języka włoskiego trochę już poznaliśmy, to francuskiego ni cholery. Z powodu nieco skomplikowanej diety mojego męża nie byłam pewna, czy uda nam się cokolwiek zjeść. Ale z tego całego włosko-francusko-angielskiego dialogu pojął o co chodzi, wyrzucił przygotowaną kartę menu i indywidualnie ustalił z nami, co chcemy zjeść. Śniadanie zaproponował między 8 a 9. Wytłumaczyłam mu, że idziemy w góry wcześnie i prosimy o posiłek 6.30 - nie było problemu. Przypomniał mi się sierpniowy pobyt w Bilikovej Chacie, gdzie spędziliśmy noc przed wspinaczką na Sławkowski Szczyt. Ponieważ chcieliśmy wyjść o 7 rano, pytaliśmy o godzinę serwowania śniadania - "7", jak najwcześniej moglibyśmy skorzystać z kuchni - "o 7", o której można napić się ciepłej herbaty - "o 7 ", o której można... -"o 7 " i tak w kółko. Co kraj to obyczaj. Śniadanko przed wyprawą to jedno z najmilszych wspomnień. Po dobrze przespanej nocy (nie wiedziałam, że są takie ciche miejsca na świecie) ujrzeliśmy w przytulnej sali jadalnej nienachalnie oświetlonej lampkami pięknie nakryty stół, w powietrzu unosił się zapach dopio espresso. Zgodnie z naszym życzeniem na stole była szynka parmeńska (idealnie wilgotna, nie takie suche zwłoki jak w polskich sklepach), aromatyczne salami, pyszny ser owczy, dżem i kawałki ciasta cytrynowego upieczonego przez właścicielkę (widziałam, jak poprzedniego wieczora wyciągała je z pieca). Marzenie! Właściwie po tych doznaniach mogłam już wracać do domu, ale przecież czekała na nas góra - najwyższy szczyt położony w całości w Toskanii.
Batalię o wejście granią przegrałam - zadecydował brak mapy i relacja, że szlak jest nieoznakowany choć podobno dobrze widoczny na ziemi?! Po niecałej godzinie jazdy postawiliśmy auto koło schroniska (stało już parę samochodów) i zaczęliśmy szukać początku szlaku. Schronisko po 8 rano było oczywiście jeszcze zamknięte. Nie bardzo było widać jakiekolwiek oznakowanie a wokół żywej duszy. Na szczęście po chwili dostrzegliśmy na nieco dalszym parkingu dwóch turystów ładujących plecaki na grzbiet. O ile jeszcze mój mąż wahał się nad wyborem drogi, to reakcja Włochów na pomysł wchodzenia granią ostatecznie odwiodła go od tego pomysłu. Tak żywo gestykulowali rękami i przeczącą kręcili głowami, że musiałam się poddać. Ach, gdyby chociaż ktoś szedł tą nieoznakowaną drogą, ale tak naprawdę bylibyśmy sami w nieznanym terenie bez porządnej mapy. Może by się udało, ale gdybyśmy pobłądzili, to ze zdobycia Monte Pisanino nici. Włosi szli na inną górę , ale połowa szlaku była wspólna i zaproponowali, żebyśmy szli razem. Mąż stanowczo ciągnął mnie za rękaw idąc za nimi a i oni co raz kontrolowali nas wzrokiem, czy aby nie zbaczamy na niebezpieczne ścieżki.
Po kilkudziesięciu metrach za parkingiem rozpoczął się biało-czerwony szlak , który najpierw prowadził przez las, potem powoli wspinał się na Foce di Cardeto. Włosi po wyjściu z lasu zatrzymali się na śniadanie, ale uprzedzili nas, że szlak skręca i dla nas zmieni się na niebieski. Przez chwilę wahaliśmy się nad wyborem ścieżki, bo w pewnym momencie szlak dzielił się na trzy drogi ale zgodnie z sugestią wybraliśmy kierunek skrajnie na lewo. Jakoż wkrótce ujrzeliśmy niecierpliwie wyglądany kamień z napisem Monte Pisanino i niebieską strzałką. Od tego miejsca droga dobrze oznaczona niebieskimi znakami prowadzi przez Pizzo Maggiore i Foce Altare na sam szczyt. Jeśli chodzi o trudności, to jest krótki fragment ekspozycji (widać na zdjęciach) i przed samym wierzchołkiem część szlaku biegnie granią, ale moim zdaniem nie stanowi to problemu dla średnio doświadczonego turysty. To co mnie najbardziej dokuczało, to stopień nachylenia ścieżki przed samym szczytem - za mały, żeby opierać się na rękach, za duży, żeby iść tylko na nogach - fatalna pozycja dla kręgosłupa. Muszę przyznać, że panorama ze szczytu (1946 m n.p.m.) to jeden z piękniejszych widoków, jakie zaliczyłam wędrując po górach. Błękit nieba, zieleń stoków i tarasy w kamieniołomach z olśniewającą bielą marmurów - można smakować bez końca. Lunch na szczycie obowiązkowy. Doszła do nas para Włochów, dzięki którym mamy fajne fotki. A Włosi jak to Włosi - wykonali po kilka telefonów wyrzucając z siebie setki słów z prędkością światła. Powrót bez problemów, jeśli nie liczyć spotkania na samym już dole z owczarkiem niemieckim samotnie biegającym po lesie. Umaszczenie miał takie, że przez chwilę przemknęło nam przez myśl, czy to aby nie wilk. Obwąchał nas i zawrócił. Zobaczyliśmy go ponownie przy otwartym już schronisku biegającego obok pani siedzącej wygodnie na leżaku - jak przypuszczam, była to właścicielka schroniska. Jej beztroska robiła wrażenie - pies biegał swobodnie po lesie bez nadzoru, a siedzenia nie chciało jej się ruszyć nawet wtedy, gdy skoczył na mnie łapiąc za rękę. Puścił mnie zaraz po jej głośnym krzyku i na szczęście nie zdążył skaleczyć skóry. Naprawdę nie wiem, jak by się to skończyło w lesie, gdyby z dala od swojej właścicielki zdecydował się zaatakować. Może powinno się tam zainstalować znaki ostrzegawcze, zarówno przed psem jak i jego panią - w sumie to nie wiadomo, kto był bardziej niebezpieczny.
W tym dniu podciągnęliśmy do Polski około 300 km a noc spędziliśmy w wypróbowanym już hostelu w Ferrarze - bardzo przyjazne ceny w stosunku do hoteli. Nie było też problemu z dostaniem nawet sześcioosobowej sali wyłącznie dla siebie, płaciliśmy oczywiście tylko za dwa łóżka, parking na tyłach budynku w weekendy bezpłatny. Zasłużyliśmy na wypoczynek i po dobrze przespanej nocy (nawet mimo odgłosów z ulic) ruszyliśmy już prosto do kraju.
wtorek, 27 sierpnia 2013
Sławkowski Szczyt 2013
Długi weekend sierpniowy zapowiadał się pięknie więc postanowiliśmy podreptać po nieco wyższych górach niż Beskidy. Na powrót do Tatr po kilku latach przerwy wybraliśmy Sławkowski Szczyt. Nasze pierwsze wejście odbyło się w 1999 roku i było nieco przypadkowe. We wrześniu tegoż roku zorganizowaliśmy dwudniowy wypad na Słowację. Pierwszego dnia przeszliśmy przez Dolinę Wielicką na Polski Grzebień, stamtąd przez Rohatkę do Doliny Staroleśnej i do Zbójnickiej Chaty. Tutaj planowaliśmy kolację i nocleg. Niestety były to inne czasy i stosunki polsko-słowackie kształtowały się różnie. Ofulona panna w okienku ledwie podnosiła głowę przy zamówieniach i była bardzo stanowcza. Chcieliśmy skorzystać z wrzątku co okazało się niemożliwe - można było zamówić tylko herbatę lub czekoladę. Chcieliśmy zapłacić wg cennika ale skorzystać tylko z wody - niestety, pani wydawała tylko herbatę lub czekoladę, wrzątku nie było w żadnej cenie. Tak nas to wkurzyło, że zgodnie postanowiliśmy iść dalej do Hrebienoka. Nocleg wypadł więc w hotelu trzygwiazdkowym choć przygotowana byłam na podłogę w schronisku. Skoro już znaleźliśmy się w Hrebienoku to cel wyprawy następnego dnia mógł być tylko jeden - Sławkowski Szczyt. Z tego wejścia zapamiętałam, że było bardzo gorąco i brakło nam wody do picia, że sam wierzchołek poprzedza wkurzający piarg i że widok na Dolinę Staroleśną jest powalający.
Chcieliśmy po latach powtórzyć dzień drugi, ale okazało się to czasie tego weekendu wręcz niemożliwe. Rodacy wykupili prawie wszystkie miejsca noclegowe w Smokowcu i Hrebienoku. Szczęśliwie udało nam się zarezerwować ostatni wolny pokój w Bilikovej Chacie (ufff!). W piątek około 15 wyjechaliśmy na Słowację. Miałam stanowczo za długą przerwę w chodzeniu po Tatrach i zapomniałam, jak dojeżdża się do celu. Ciężko zaakceptować fakt, że we Włoszech dojazd do góry odległej o 260 km zajął nam 2 i pół godziny, a w Polsce trasę Bielsko-Biała - Smokowiec (ok. 160 km) pokonywaliśmy 3 i pół godziny!!! Takie wypady w Tatry naprawdę uczą cierpliwości. Powiało grozą, bo plan wwiezienia walizki i plecaków kolejką naziemną stawał pod znakiem zapytania, a nie miałam planu B. Zdążyliśmy jednak w ostatniej chwili. Okazało się na miejscu, że w piątki i soboty kolejka kursuje do 20.30 (w inne dni do 19).
Następnego dnia po śniadaniu o godz. 7 ruszyliśmy na szczyt. Pogoda piękna, wystarczyło lekkie ubranie, cała trasa to 4 godziny wejście, 3 godziny zejście, godzina na szczycie. Nie planowałam opisywać żadnych tatrzańskich gór, bo trasy są bardzo dobrze znane, ale ten raz muszę zrelacjonować, bo spotkała nas tam największa jak do tej pory przygoda górska. Przygotowując sprzęt w domu mój mąż przed przyszłorocznymi wyzwaniami postanowił wypróbować swoje dawno nie używane buty Asolo, w których w 2002 roku wyszedł na Mont Blanc. Ponieważ mały one usztywnioną podeszwę do montowania raków więc na zwykłe trekkingi kupił sobie bardziej miękkie Salomony i chodził już w drugiej parze. Teraz jednak postanowił sprawdzić, czy na długich trasach Asolo nie sprawdzają się lepiej, bo wspominał je bardzo dobrze. 5 minut po wyjściu z Bilikovej Chaty już słyszałam, że czuć różnicę, że są dużo wygodniejsze i że w wysokie góry tylko w nich będzie chodził. Po godzinie marszu podczas krótkiego postoju usłyszałam dramatyczne ,,...w tych butach już nigdzie nie pójdę..." Moim oczom ukazał się żałosny widok - podeszwa jednego buta odkleiła się prawie całkowicie, trzymał tylko czubek palców. A przed nami były jeszcze 3 godziny wspinania! Opierając się na powszechnie podobno znanych zasadach fizyki mąż skonstruował umocowanie podeszwy za pomocą sznurówki. Po kilku metrach rozpadł się drugi but i znów trzeba się było pobawić w pomysłowego Dobromira. Parcie na szczyt było jednak duże więc o powrocie nie było mowy. Mocowania trzeba było co jakiś czas poprawiać bo podeszwy rozjeżdżały się w obie strony. Nie mogłam uwierzyć, że dotarliśmy na szczyt trzymając się przewidywanych czasówek. Jednak dopiero przy schodzeniu zaczęła się jazda bez trzymanki: podeszwy zamieniły się w czarną bryję więc stopy ,,pływały" w obie strony, sznurówki ledwo dawały radę, na szczęście czubki butów wytrzymały. Na dodatek co chwilę pytano nas, czy to chińskie dziadostwo, więc tłumaczyliśmy, że to porządne buty tylko nie używane jakieś 8 lat. Różnych trudności spodziewaliśmy się w górach, ale rozpadające się obuwie naprawdę nas zaskoczyło. Było to chyba pierwsze wejście na Sławkowski Szczyt w butach powiązanych sznurówkami co zostało uwiecznione na zdjęciach. Mimo wszystko wyprawa udana - pogoda nie zawiodła, szczyt zdobyty, mamy nowe doświadczenia no i mąż został superbohaterem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































