Pokazywanie postów oznaczonych etykietą butelka Oko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą butelka Oko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 września 2015

Boliwia 2015 - 11 czerwca (Laguna Chiarcota, Pico Austria)

Pobudka szczęśliwie parę minut po wschodzie słońca - to wystarczyło, żeby choć trochę ogrzać powietrze. W namiocie -1 stopień. Niestety tępy ból głowy mnie nie opuszczał. Wzięłam Diuramid choć to sporo za wcześnie przed decydującym atakiem. Nie było przygotowanej wody do toalety porannej jak na Kili. Sami mieszaliśmy wrzątek z wodą ze źródełka w niezastąpionych butelkach OKO i gotowe. Za to toalety zorganizowane nieco lepiej. Na obozowisku stały w rozsądnej odległości trzy budki po dwie kabiny, postawiono muszle, przygotowano duże beczki z wodą i wiaderka do spłukiwania, tak że w sumie czyściej.
Śniadanko boliwijskie: bułka z dżemem, jajecznica chyba z połowy jajka. Wszyscy mocno zmęczeni, bo pierwsza noc na tej wysokości przeszła kiepsko. Towarzystwo w większości niewyspane. Dwie osoby z Mateuszem wyruszyły w nocy ćwiczyć na lodowcu. Reszta z dwoma miejscowymi przewodnikami ruszyła na przełęcz pod Pico Austria aby pobyć około godziny na wysokości 5100 m n.p.m. Przewodnicy szli swoim tempem i rzadko oglądali się na grupę. Brylował wśród nich Gabriel, który znał ze trzy słowa po angielsku i miał prawie stale przyklejony uśmiech na twarzy - były to jego podstawowe, a właściwie jedyne atuty. Powoli zdobywałam wysokość, nie było łatwo, bo aklimatyzacja mimo tych paru dni spędzonych tak wysoko szła opornie. Ostatnie podejście na przełęcz powyżej 5000 metrów z dużą zadyszką. Był czas na zdjęcia i filmowanie, a było co uwieczniać, bo góry Kordyliery, no cóż, po prostu piękne. Gdy zaczęło mocno wiać rozpoczęliśmy schodzenie, Gabriel oczywiście pobłądził.
Lunch niewielki, trochę zupy z wkładką. Gabriel zaglądał do nas trzymając w ręce talerz z kilkukrotnie większą porcją jedzenia i pytał czy smakuje - kompletnie nie czuł niezręczności całej sytuacji. Potem mogliśmy trochę poleniuchować  w przepięknej scenerii Condorini, niestety z każdą godziną robiło się coraz zimniej. Wykorzystaliśmy czas na ogarnięcie namiotu, Maciek na golenie, ja na umycie włosów (oczywiście suchym szamponem).
Kolacja wyraźnie gorsza niż dnia poprzedniego, jakieś podsmażane gotowce. Dopiero następnego dnia dowiedzieliśmy się, że właściciel przyjechał po naszą kucharkę w kapeluszu i kazał jej się zbierać dla jakiegoś super ważnego klienta. Tak więc wszystkie ustalenia dotyczące posiłków, także diety bezglutenowej dla Maćka diabli wzięli. Dla grupy w czasie trekkingu miał gotować Gabriel !!! Ale tego wieczora kładliśmy się spać jeszcze w błogiej nieświadomości. Noc dużo lepsza, wszyscy dobrze spali. A rozgwieżdżone niebo jak to na tej wysokości - POWALAJĄCE!

















sobota, 1 marca 2014

Kilimandżaro 2014 - 29 stycznia (Machame Hut, Shira Camp)

Środowy poranek rozpoczęliśmy około 6.30 kubkiem "ginger tea". Ten rytuał będzie się powtarzał każdego następnego dnia - cichutkie skrobanie do namiotu, kubek gorącej herbaty i odebranie butelek na wodę. Mając butelki Oko z filtrami nie zawracaliśmy sobie głowy żadnymi uzdatniającymi tabletkami i chociaż woda była przegotowywana czuliśmy się znacznie pewniej, zwłaszcza, że gotowanie w miarę zdobywania wysokości odbywało się w coraz niższych temperaturach (na 6000 m n.p.m. to mniej więcej  81 stopni). Coraz trudniej więc o czystość mikrobiologiczną nie mówiąc już o usuwaniu zanieczyszczeń chemicznych, na które proces gotowania nie ma wpływu. Filtr w butelkach wszystkie te problemy rozwiązywał i nie zawiódł nas przez cały okres pobytu w Afryce. Toaleta poranna była krótka, ale możliwa przy niewielkim wiaderku z wodą i kranikiem. Mojemu mężowi udało się nawet ogolić. Potem pakowanie sprzętu i już tragarze oczekujący w pobliżu zabierali się do zwijania namiotów. Kilka słów o tragarzach. Budzili oni nasz nieustający podziw. Wyprowadzenie na górę całego ekwipunku dla siedemnastu turystów (namioty, plecaki, stoły, stołki, zastawa, jedzenie) wymagało zatrudnienia ponad 60 osób (przewodnicy, tragarze, kucharze). Tragarze nie mogą nosić bagażu przekraczającego 20kg - wszystko jest dokładnie ważone. Wyruszali zawsze po nas, szybko mijali nas na szlaku i zawsze zdążali przygotować obóz przed naszym przybyciem. Niewysocy, ubrani często w stare i znoszone rzeczy, w byle jakim obuwiu imponowali nam siłą, wytrwałością i ZAWSZE dobrym samopoczuciem. Uśmiechnięci w każdej sytuacji służyli pomocą. Do końca podróży.
Drugi dzień trekkingu rozpoczęliśmy  w pięknym słońcu. Przez znakomitą większość dnia wystarczyła cienka bluza i krótkie spodnie. Konieczny był kapelusz z dużym rondem bo słońce operowało niemiłosiernie. Marsz drugiego dnia bardziej przypominał wspinaczkę górską, przeszliśmy około 10 km wychodząc z lasu na wrzosowiska, potem trochę skał. Miał to być dzień najłatwiejszy, ale mnie zmęczył trochę bardziej niż marsz wtorkowy. Był to jednocześnie jeden z ładniejszych dni trekkingu. Pod koniec jak co dzień przyszły chmury, a że byliśmy sporo wyżej trzeba było sięgnąć po kurtki i czapki. Obóz Shira Camp na wysokości 3840 m n.p.m. położony jest w przepięknej scenerii, otoczony zielenią, w oddali góry no i wreszcie w całej okazałości zaprezentował się szczyt Kili - wciąż jeszcze bardzo daleko. Trekking tego dnia był najkrótszy więc wyjątkowo mieliśmy czas na poleniuchowanie, niespieszny posiłek, niektórzy nawet umyli głowy (!). Kiedy wieczorem poprawiła się pogoda można było delektować zachód słońca nad wulkanem Meru. Nadal byłam zdziwiona dobrym samopoczuciem i brakiem jakichkolwiek objawów choroby wysokościowej (brałam już jednak niewielkie dawki Diuramidu 2x1/2 tabletki). Spanie więc mieliśmy dobre - może było nieco chłodniej ale na pewno mniej wilgotno. Mogę powiedzieć, że ubrana jak poprzedniej nocy w ogóle nie marzłam. No i każde wyjście z namiotu było nagradzane -  znowu nieboskłon zapierał dech w piersiach.