niedziela, 16 kwietnia 2023

USA 2022 - 23 września (Muzeum Getty’ego Los Angeles)

Dzień wstawał ciepły i słoneczny. Na śniadanie zjedliśmy ostatnie produkty i po spakowaniu o godzinie 9 opuściliśmy hotel. Nasz przewodnik zaproponował spędzenie ostatniego przedpołudnia w Muzeum Getty’ego w Los Angeles. Otwarte w 1997 składa się z sześciu budynków otoczonych wspaniałymi ogrodami. Z tarasów roztaczają się niezwykłe widoki na góry Santa Monica, wieżowce w centrum Los Angeles, autostradę do San Diego. Wejście do muzeum jest bezpłatne, tylko chyba trzeba zrobić rezerwację przez internet (chodzi prawdopodobnie o szacunkową ilość zwiedzających). Do końca nie jestem pewna, bo przewodnik wysadził nas na parkingu i ogłosił "załatwienie" wejścia. Kiedy jednak stawiliśmy się na bramkach pilnujący prosili o pokazanie rezerwacji. Wszyscy wchodzący pokazywali coś na komórkach i raczej nie były to certyfikaty szczepień. Nasz przewodnik już sobie pojechał i nie bardzo było wiadomo, na czym polegało "załatwienie". Szczęśliwie obsługa ulitowała się nad grupą splątanych turystów, machnęli ręką na rezerwacje i nas wpuścili. Po kontroli bagażu udaliśmy się na niewielki peron by kolejką podjechać na szczyt wzniesienia do właściwego budynku.

Kompleks jest naprawdę spory i można tu spędzić cały dzień. My mieliśmy czas tylko na fragmenty ekspozycji. Zbiory jak na prywatną kolekcję przebogate: antyki, sztuka dekoracyjna, malarstwo, rzeźba, rysunki, fotografie czy iluminowane manuskrypty. Muzeum jest wyposażone w skomplikowany system filtrów powietrza i klimatyzację, dzięki czemu panuje w nim stała temperatura (22°C) i odpowiednia wilgotność (52%). Widoki Los Angeles z tarasów moim zdaniem lepsze niż z obserwatorium Griffitha. Na terenie muzeum są też punkty z napojami i bistro wydające ciepłe dania. Spacer po ogrodach bardzo przyjemny. Szybko minęły te przedpołudniowe godziny i czas był najwyższy jechać na lotnisko. 

Ruch do lotniska spory ale bez przesady. Po pożegnaniu naszego kierowcy - przewodnika potoczyliśmy bagaże w kierunku terminala. Cała odprawa na lotnisku LA bez komplikacji. Czas pozwolił na zjedzenie lunchu i zakupy ostatnich souvenirów dla bliskich. Samolot z niewielkim opóźnieniem wyleciał do Amsterdamu.  W Krakowie następnego dnia zjawiliśmy się o czasie.















































poniedziałek, 3 kwietnia 2023

USA 2022 - 22 września (Park Narodowy Sekwoi)

To już końcówka naszego roadtripu. Ostatni punkt bogatego programu to Park Narodowy Sekwoi leżący w południowej części pasma gór Sierra Nevada. Prowadzi do niego malownicza i kręta droga. Dzień początkowo chłodny, szybko pod wpływem mocno grzejącego słońca stawał się prawdziwie letni. Auto zostało na niewielkim parkingu Grant Grove a my rozpoczęliśmy spacer pośród mamutowców olbrzymich. Czasu starczyło tylko na krótką pętelkę: ok. 800 m, niecałe pół godziny. Ścieżka wiedzie wśród wielu imponujących olbrzymów, no i oczywiście wokół największego drzewa świata - General Sherman Tree, nazwanego na cześć Williama Tecumseha Shermana, generała w Wojnie Secesyjnej: szacowany wiek 2,5 - 3 tys. lat, wysokość 84 m, średnica pnia 8 m, waga ponad 1200 ton. Piękny okaz, zresztą wszystkie sekwoje robiły niesamowite wrażenie.

Zaraz po wyjeździe z parku natrafiliśmy na małą kafejkę, którą powitaliśmy z wielką radością i nadzieją. Kawiarnia miała porządny ekspres i dostaliśmy całkiem poprawne espresso - rzadkość w USA. W dobry humor wprawiła nas nie tylko smaczna kawa ale i jej podanie: na zewnątrz stało kilka pustych stolików i oprócz nas nie było nikogo. Przed wykonaniem trzech kaw pani rozdała każdemu numerek i po kilku minutach z całą powagą te numerki odbierała wydając zamówienie. No cóż, procedura musiała być zachowana niezależnie od natężenia ruchu. Potem już tylko długi powrót do Los Angeles. Wcześniej w markecie nakupiliśmy produktów do jedzenia, bo jak zapowiedział przewodnik do samego LA nie ma żadnych jadłodajni. Trochę wydawało się to mało prawdopodobne, żeby tak nic to chyba u Amerykanów niemożliwe. No i oczywiście wczesnym popołudniem naszym oczom ukazał się Denny's. To już był nasz kolejny posiłek w tej sieciówce i w ciemno złożyliśmy zamówienie wiedząc jakiego poziomu potraw możemy się spodziewać. Niestety, aczkolwiek wystrój ten sam a kelnerka do bólu uśmiechnięta i zachwalająca nasz wybór to łosoś był suchy i zwyczajnie śmierdział. Jak widać w tym lokalu ryb raczej nie zamawiano. Musieliśmy zadowolić się ryżem i sałatką. Oczywiście napiwek 20% obowiązkowy.

Jeszcze przed zachodem słońca stanęliśmy przed naszym hotelem w dzielnicy koreańskiej. Hotel z tych starszych, ale sympatyczny. O tym że byliśmy w dzielnicy koreańskiej można było poznać przede wszystkim po napisach, bo ludzi na ulicach niewielu. Na koniec dnia atrakcja - przejazd jeden przystanek metrem. Nie bez kłopotu kupiliśmy bilety w automacie i poczuliśmy się jak mieszkańcy miasta. W pociągu pustawo, nikt nas nie napadł. Ze stacji podeszliśmy do dużego marketu na ostatnie zakupy. Do hotelu powrót spacerem. Bardzo to dziwne uczucie: szliśmy ulicami słynnej metropolii ale niewiele można powiedzieć o mieszkańcach, bo prawie nikogo nie było, przemykały pojedyncze osoby, wszyscy pozamykani w swych samochodach. Budynki ładnie oświetlone, tylko nie wiadomo dla kogo. Przewodnik zachwalał koreańskie knajpki w pobliżu hotelu, ale my musieliśmy pozjadać te wszystkie zapasy zrobione w markecie. Był to przecież nasz ostatni nocleg w USA.