środa, 17 kwietnia 2019

Maroko 2018 - 6 i 7 listopada (ksar Ajt Bin Haddu, Marrakesz, plac Dżami al-Fana)

Pobudka wcześnie, na zewnątrz całkiem ciemno, ale nie wiało i było przyjemnie ciepło. Śniadanko skromniutkie (chlebek, serek topiony) na szybko, bo jak pokrzykiwał Hasan czas naglił. Mieliśmy przed sobą spory kawał drogi z przystankiem końcowym w Marrakeszu więc o podziwianiu wschodu słońca nie było mowy. W czasie jazdy jeepami przez pustynię na naszych oczach zaczęło się rozwidniać a widok był tak piękny, że stanowczo zażądaliśmy stopu na fotki i  coś tam udało się uwiecznić.
Nasz busik z zaspanym kierowcą już czekali i po szybkiej zamianie miejsc ruszyliśmy do Marrakeszu. Po drodze udało się nam jeszcze zwiedzić ksar Ajt Bin Haddu - ufortyfikowaną osadę leżącą nad brzegiem Wadi Mellah około 30 km na północny zachód od miasta Warzazat. Malownicze położenie oraz stare, gliniane mury miejscami wypłukane przez deszcze stanowiły tło dla wielu planów filmowych, w tym także kinowych hitów, których lista umieszczona jest na jednej ze ścian (Gra o tron, Gladiator, Książę Persji, Klejnot Nilu, Aleksander, Królestwo Niebieskie, Asterix i Kleopatra, Kleopatra, Indiana Jones i.t.d.). Ze szczytu rozciąga się ładna panorama okolicy aż po góry Atlasu włącznie.
Do Marrakeszu dotarliśmy już po zmroku. Dostało mi się siedzenie z przodu obok kierowcy, co dawało spore możliwości przy ewentualnym filmowaniu w czasie jazdy, ale z powodu bezpośredniej obserwacji sposobu prowadzenia auta groziło zawałem serca. Trafił nam się kierowca - choleryk który taranował wszystko przed sobą, często złorzeczył innym użytkownikom drogi wymachując przy tym obiema rękami. Z tyłu towarzystwo bawiło się nieźle ale mnie zupełnie nie było do śmiechu.
Na godzinę 20 zapowiedziano uroczystą kolację pożegnalną fundowaną przez miejscowe biuro turystyczne. Gdzie miała być ta kolacja - zagadka nie wiedział nawet nasz lider. Biorąc pod uwagę jakość oferowanych do tej pory usług zaczynałam się bać. Mieliśmy jeszcze ponad godzinę na ostatnie zakupy i skwapliwie to wykorzystałam. Tym razem pogoda bardziej nam sprzyjała, było nie za ciepło ale bez deszczu. Nareszcie w spokoju obeszliśmy główny plac marrakeskiej medyny Dżami al-Fana. Na targu roiło się już od przeróżnych muzyków i kuglarzy. Boki placu stanowią bardzo widowiskowe stragany z równiutko poukładanymi owocami oferujące apetyczne koktajle. Na rynku nie ma bieżącej wody (przynajmniej ja nie widziałam) ale sprzedawcy korzystają z wielkich butli wody mineralnej. Jako że był to nasz ostatni dzień w Maroku nieco śmielej podchodziłam do miejscowych specjałów. Pierwszego z brzegu handlarza zapytałam czy można filmować jego stragan i po uzyskaniu zgody zamówiliśmy dwa koktajle, z awokado i marakui. Przygotowanie ich stanowi swego rodzaju show co oczywiście uwieczniłam. Smakowały wybornie. Czekając na nasze soki obserwowaliśmy jak do naszego sprzedawcy podeszli następni klienci. Pokazując nas palcem komentowali, że skoro jedzą tu Europejczycy to musi być bezpiecznie i też zamówili koktajle. I tak to tu działa. Turyści nieufnie podchodzą do ulicznego jedzenia, ale widząc innych już kupujących turystów myślą, że miejsce jest sprawdzone i bezpieczne. A nasz wybór to wyłącznie przypadek. Środek placu wypełniają budy oferujące dania ciepłe ze wszystkiego. Są tu warzywa, oczywiście szaszłyki z kurczaków, nawet owoce morza. Miejscowych biesiadujących wielu, cudzoziemcy jak my głównie oglądali, ja byłam lekko przerażona. Brak bieżącej wody nikomu nie przeszkadzał, obróbka cieplna ograniczała się do smażenia wszystkiego na głębokim oleju, który zresztą czasy świetności jak na mój nos miał dawno za sobą. Było jasne, że nie działa tu żadna instytucja pokrewna naszemu sanepidowi. Czas było udać się na miejsce zbiórki, a że było ono niedaleko owładnęło mną przeczucie, że pod pozorem zakosztowania miejscowej atmosfery zostaniemy posadzeni przy stołach na placu. W ten sposób agencja pogodziłaby ukazanie nam marokańskiego kolorytu z cięciem kosztów. Jakoż po chwili czekania przedstawiciel biura podprowadził całą grupę do jednej z bud na środku targowiska. Obsługa witała nas okrzykami i brawami - to dla ewentualnych obserwatorów.  Zasiedliśmy przy ławie  przykrytej papierowym obrusem. Przypadło mi miejsce tuż pod straganem, co oznaczało, że mogłam na bieżąco śledzić proces przygotowywania posiłków. Naprawdę z całych sił starałam się poczuć atmosferę miejsca i nie czepiać detali. Niestety nie dałam rady. Większość potraw leżała już wstępnie przysmażona (frytki, warzywa, szaszłyki), trudno było tylko zgadnąć kiedy. Jedzenie przygotowywał chłopak (sądząc po odcieniu skóry z głębokiej Afryki) który sam uwijał się w pocie czoła. Dwóch Marokańczyków podawało dania i kasowało za napoje. "Kucharz" gołymi rękami czerpał z wstępnie obrobionych zapasów i wrzucał je na gorący olej. Po kilkudziesięciu sekundach wyciągał jedzenie na talerze i byle jak układał, co chwila wycierając ręce w spodnie. Brak wody zupełnie mu nie przeszkadzał. Gacie miał już tak sztywne z tłuszczu, że samodzielnie mogłyby stać w kącie pokoju. W ten sposób w krótkim czasie stół był zastawiony znanymi nam już z wcześniejszych barów daniami. Po całym dniu wszyscy byli bardzo głodni ale potrawy wyglądały tak nieapetycznie, że połakomili się tylko nieliczni. Co do kolacji spełniły się moje najgorsze obawy. Jedzenie było ohydne. Wokół panował straszny jazgot częściowo nakręcany przez naszych kelnerów, albowiem jako ośmioosobowa grupa przy stole stanowiliśmy żywą reklamę. Rzeczywiście zaciekawieni turyści zatrzymywali się przy naszym stoliku. Nie było szans na omówienie wrażeń z wycieczki bo rozmawiać się w tym hałasie nie dało. No i robiło się coraz chłodniej. Zapłaciliśmy więc za butelkę wody i poszliśmy szukać czegoś do jedzenia. 
Nie było już czasu na dalekie eskapady ale też nie było takiej potrzeby, bo plac otoczony jest ciekawie wyglądającymi restauracjami. Wybraliśmy lokal Argana o ładnej, tarasowej budowie. Kolację zjedliśmy na najwyższym piętrze z pięknym widokiem na powoli pustoszejący plac Dżami al-Fana. Jedzenie było godne pożegnalnej kolacji. Do pełni szczęścia brakowało tylko butelki wina, ale tutaj w karcie nie mieli alkoholu. Jak się później okazało, innym udało się zjeść w knajpkach serwujących także wino. 
Ranek ostatniego dnia przywitał nas pięknym słońcem. Pakowanie nie było proste bo zakupiliśmy sporo towaru. Za to gwiazdkowe prezenty miałam z głowy. Na lotnisko dotarliśmy bez opóźnień. Odprawa poszła dość sprawnie. Ostatnie marokańskie pieniądze wydaliśmy na posiłek, kawę, oliwę i słodkie ciasteczka. Wybór towarów duży, jedzenie wyglądało bardzo apetycznie ale ceny wysokie. Lot do kraju bez niespodzianek.























środa, 10 kwietnia 2019

Maroko 2018 - 5 listopada (Zagora, Sahara)

Rano w pokoju cieplutko, po raz pierwszy nie wyciągaliśmy śpiworów. Po niezłym śniadaniu ruszyliśmy zdobyć wzgórze na skraju Zagory górujące nad okolicą. Jeszcze przed wymarszem obfotografowaliśmy słynną tablicę - drogowskaz, informującą karawany jak daleko stąd do Timbuktu. Dawniej tędy właśnie prowadził szlak kupiecki przez pustynię po złoto i sól. Spacer na wzgórze był miłym urozmaiceniem no i w końcu zaliczyłam jakąś górkę w Maroku (coś około 1070 m n.p.m., ale spokojnie, podejścia było tylko 230 m). Przed wyruszeniem na pustynię zdążyliśmy jeszcze wziąć prysznic w pokoju i wyjść na lunch. Zjedliśmy go w knajpce odkrytej poprzedniego wieczora, choć nie wiem czy lepszym pomysłem nie byłoby zamówienie posiłku w hotelu. I nie chodzi tu o jakość dań, tylko fakt, że z godziny na godzinę coraz mocniej wiało znad pustyni. Większość stolików mijanych restauracji stała na powietrzu, osłonięte były różnymi dziwnymi plandekami. Już zrozumieliśmy czemu. Kelner co kilka minut przecierał blaty, które szybko pokrywał pustynny pył. Nie bardzo było wiadomo jak to wróży naszej wycieczce.
Po obiedzie ruszyliśmy busikiem do miejscowości na skraju pustyni. Z podręcznymi plecakami przesiedliśmy się do jeepów i  w drogę. Sama jazda w porządku, początkowo krajobraz przypominał raczej płaskie pustkowie, ale w końcu pokazały się i wydmy. "Pokazały" to może za dużo powiedziane, bo silny wiatr unosił piasek w powietrzu i widoczność była kiepska. Tym razem żadnych zachodów słońca czy gwiazd ale o dziwo było bardzo fajnie. Początkowo schroniliśmy się w namiocie, zwłaszcza że Hasan bardzo odradzał wycieczkę na wydmy (już nas nudziło to jego ględzenie). Ale że trafili mu się uparci Polacy musiał ruszyć tyłek i przygotować jeepy. Nie zrażeni jego dąsami wpakowaliśmy się do aut zachęcając kierowców do jazdy. Podwieźli nas do obozowiska nomadów, gdzie przy pustynnej jurcie parkowały wielbłądy. Mieliśmy okazję obserwować, jak surowo się z nimi obchodzą i serce trochę bolało. Wiatr nie odpuszczał, ale był zaskakująco ciepły więc po wydmach grasowałam w stroju, którego pozazdrościł by mi niejeden  superbohater: kurtka, spódnica, sandały, bandama i do tego gogle. Pomimo słabej przejrzystości powietrza wydmy prezentowały się wybornie, biegaliśmy po nich pokrzykując dziko jak dzieci.
Po pustynnych szaleństwach zasłużyliśmy na dobrą kolację, i taka była, a Sahara ponownie zaskoczyła nas świeżością posiłków. Jedliśmy w namiocie bo nikt nie akceptował zgrzytania piasku między zębami. Tymczasem podczas biesiady wiatr całkiem ucichł i ku naszemu zaskoczeniu w końcu ukazało się rozgwieżdżone niebo. Resztę wieczoru mogliśmy spędzić przy ognisku gawędząc z tubylcami. Goszczący nas Berberowie opowiadali między innymi, że nigdy nie widzieli śniegu i gór Atlasu bo nigdy nie opuszczali pustyni. Ich życie toczy się na Saharze i nie widzą powodu, żeby ją opuszczać. Kiepsko by się kręcił ich pustynny interes gdyby inne nacje miały podobne spojrzenie na otaczający świat.




















sobota, 6 kwietnia 2019

Maroko 2018 - 4 listopada (pustynia Erg Chebbi, Merzouga, Zagora)

Około szóstej rano obudziło mnie pianie koguta. Niezależne źródła z innych namiotów potwierdziły, że to nie senne majaki. Było jeszcze całkiem ciemno, księżyc i Wenus pięknie zdobiły nieboskłon. Sprawnie dosiedliśmy wielbłądów (tym razem dostało mi się wygodniejsze siedzisko) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Dużym zaskoczeniem dla nas był fakt, że jeszcze na długo przed wschodem słońca na pustyni robi się całkiem jasno. Na ładnej wydmie wypadł postój, można było zejść z wielbłądów, pospacerować po wydmach lub po prostu usiąść i poczekać na wschód. Odbyła się oczywiście obowiązkowa w tym miejscu sesja fotograficzna. Karawana dotarła do Merzougi już w przyjemnie grzejących promieniach słońca. W hotelowej restauracji dostaliśmy śniadanko, smaczne i całe na słodko, więc Maciek ciągle na batonach. Dla powracających z pustyni przygotowane były prysznice, ale chłodna woda nie zachęcała do kąpieli.  Po strzeleniu pamiątkowej fotki busem ruszyliśmy do Zagory.
Po drodze zjedliśmy lunch i chociaż na talerzach serwowano ciągle to samo to ceny rosły imponująco (tutaj zestaw kosztował 100 MAD). Jak już wcześniej pisałam, szybkość podawania posiłków sugerowała, że cały proces przygotowania dań ograniczał się do ich podgrzewania. Hasan zamówił dla Maćka porcję białego ryżu bez żadnych przypraw i dodatków i to zamówienie najbardziej zaburzyło pracę w kuchni. Ugotowanie go trwało dłużej niż zjedzenie przez nas całego obiadu, na końcu zaserwowano głęboką miskę pełną wody i pływających ziaren ryżu. Kurczę, naprawdę nie przyszło mi do głowy do Maroka zabierać cedzak. Chwilę trwało zanim Maciek widelcem wyłowił swój lunch.
Do Zagory dotarliśmy około godziny 17. Zakwaterowano nas w ładnym hotelu z niewielkim basenem, pokoje z łazienkami, świetnie smakował gorący prysznic. Przed kolacją mieliśmy jeszcze czas na spacer po mieście. Właśnie była pora modlitwy, więc kobiety i mężczyźni zmierzali do meczetu. W sympatycznej knajpce wypiliśmy espresso (niezłe), ja skusiłam się na pizzę bo tadżin wychodził mi już uszami. Niestety podawano po prostu odgrzewane mrożonki i nie za bardzo dało się to jeść. Za to pobieżny przegląd menu ucieszył nas cenami, które tutaj były nawet trzykrotnie niższe niż w mijanych po drodze barach (typowy zestaw kosztował 30-40 MAD). 
Wolnym krokiem wracaliśmy do hotelu ciekawie zerkając na mijane sklepiki. Maciek oświadczył, że na chłodne, zimowe wieczory taka dżelaba byłaby jak znalazł. Dżelaba to długa, luźna szata z długimi, szerokimi rękawami i kapturem (przypomina stroje z Harry Pottera), stanowi w Maroku tradycyjny ubiór zarówno kobiet jak i mężczyzn. Skręciliśmy do pierwszego z brzegu sklepiku na zwiad, ale okazało się, że to butik z biżuterią. W sekundzie objawił się sprzedawca i zachęcał do zakupów. Kiedy poinformowaliśmy go czego szukamy nie zrażony zaprosił nas do środka, zawołał pomocnika i szybko złożył zamówienie. Po chwili przybiegł zdyszany sprzedawca z torbą pełną dżelab męskich i damskich. Zaczęły się negocjacje połączone z mierzeniem ubrań. Ostatecznie Maciek nabył strój za 400 MAD (z 850 MAD), który został skrócony na poczekaniu. Ja początkowo nie zamierzałam nic kupować, ale skusiła mnie ślicznie haftowana, niebieska dżelaba, którą wytargowałam za 350 MAD (była to chyba 1/3 początkowej ceny). I tak w sklepie z biżuterią fundnęliśmy sobie całkiem praktyczne pamiątki (to że spoza asortymentu nie miało żadnego znaczenia), w dobrej cenie i chyba adekwatnej do kosztów produkcji, bo sprzedawcy po głośnym jojczeniu i tak wydawali się być zadowoleni.
Kolacja w hotelu była ładnie podana i smaczna. Zagora pod względem kulinarnym wyraźnie wyróżniała się na tle dotychczasowych degustacji.