środa, 27 lutego 2019

Maroko 2018 - 30 października- wejście na Jebel Toubkal z 4Challenge

Cała grupa spała w jednej sali i chociaż na zewnątrz było mroźno to w naszej sypialni temperatura osiągała nawet 20°C. Większość tylko drzemała, kręcąc się niespokojnie, czasem ktoś głęboko przysnął, o czym świadczyło sielskie pochrapywanie. Byłam dobrze przygotowana do ataku szczytowego w zimowej scenerii (gogle, łapawice, puchówka, termos, raki) ale dudniący ból głowy niepokoił. Przed 4 rano rozległy się komórki z różnych stron - POBUDKA! Chociaż nie zrealizowaliśmy praktycznie żadnej aklimatyzacji postanowiłam spróbować. Jedna osoba nie zdecydowała się na wyjście z powodu gorączki. Ubieranie poszło dość sprawnie, zjadłam jakiegoś batona, wypiłam nieco wody. Na zewnątrz stało się jasne, że będzie to wejście jak najbardziej zimowe, było chyba ponad metr świeżego śniegu, na sile przybierał zimny wiatr. Pierwsze metry trudne, wolne, z dusznością, ale po około pół godzinie zaczęłam łapać rytm i wydawało się, że może coś z tego będzie. Szliśmy z Maćkiem na końcu mając za sobą Hasana. Osobiście poczułam jego opiekę, kiedy po potknięciu i zejściu ze szlaku uderzył mnie kijem w nogę sygnalizując, że to niebezpieczne zachowanie. Zaczęłam się zastanawiać, jakie zagrywki ma jeszcze w zanadrzu. Niestety, nie było mi dane zmierzyć się z górą i pogodą ani zgłębić technik nadzoru Hasana bo niespodziewanie, po niecałej godzinie marszu powaliły mnie tak gwałtowne zaburzenia jelitowe, że rozpoczęłam jeden ze swoich najszybszych powrotów starając się ograniczyć straty, co mi się zresztą średnio udało. Była to moja najgorsza wersja choroby wysokościowej, której już wcześniej doświadczałam, ale nigdy w czasie ataku szczytowego. Maciek zachęcany przeze mnie początkowo próbował dojść grupę i chociaż rząd latarek wydawał się niedaleko to ślady na szlaku wiatr zasypywał śniegiem w ciągu paru sekund. Ponieważ Hasan został ze mną, sam szukał drogi przy wzmagającej się zamieci, szybko jednak dał spokój i dołączył do mnie. Przewodnik zszedł z nami trochę w dół, a gdy rysujące się szczyty zaczęły zapowiadać wschód słońca zawrócił w górę, my już sami doszliśmy do schroniska.
Po nas z Hasanem zawróciły jeszcze dwie osoby. Maciek zrobił kilka fotek wykorzystując wschód słońca, ale szału nie było. Przed południem, małymi grupkami, sukcesywnie zaczęli wracać uczestnicy wyprawy którzy zdobyli szczyt. Według relacji warunki na szlaku były skrajnie niebezpieczne. Grupa się podzieliła a przewodnik był tylko jeden, część idąc tylko z polskim liderem trochę przy schodzeniu pobłądziła. Cały czas wiał zimny wiatr (miało być minus 17°C i tyle chyba było), widoczność kiepska, wąska trasa zasypywana świeżym śniegiem, wszyscy bez asekuracji (żadnych lin, czekanów, bo niby po co). Chyba w kategorii cudu należy traktować fakt, że wszyscy wrócili bezpiecznie. Pięć osób nie zdobyło szczytu, jedna osoba miała ochotę na powtórkę przy lepszej pogodzie, jeszcze jedna chciała zostać na noc z powodu bólu kolana. Oznaczało to, że siedem osób było chętnych na nocleg w schronisku a sześć na atak szczytowy następnego dnia (w ciągu paru godzin ustąpiły gorączki i biegunki - jak to w chorobie wysokościowej). Niestety, nie było szans na taką realizację programu i tak naprawdę nie bardzo wiadomo czemu. Wystarczyło zostawić z nami jednego przewodnika i jednego muła, ale chyba były to koszty nieakceptowalne dla organizatora. Szkoda tylko, że nie zostaliśmy o tym poinformowani przed wyprawą.
Po dosyć bogatym  obiedzie rozpoczęliśmy schodzenie. Warunki pogodowe pogarszały się z minuty na minutę, aż gdzieś od połowy drogi zaczęła się prawdziwa ulewa. Dokumentnie przemoczeni dotarliśmy do wioski Imlil. Zakwaterowano nas w bardzo surowych pokojach, po trzy, cztery osoby, wspólne łazienki na korytarzach ze średnio ciepłą wodą. Jako że zeszliśmy w czołówce i mogliśmy powybierać trafił nam się pokój z małżeńskim łożem i łazienką. Było nie najgorzej, ale zaczęłam się zastanawiać, czy przez cały pobyt będziemy musieli liczyć na szczęśliwy traf.
Wracałam nieco oszołomiona, bo obrót spraw totalnie mnie zaskoczył: nie zdobyłam góry, pogoda była masakryczna, siedziałam na krześle w zimnym pokoju (11°C), kapało mi z nosa - byłam kompletnie rozbita. Po rozwieszeniu rzeczy wsunęłam się do śpiwora, nie miałam ochoty na jedzenie, potrzebowałam trochę czasu na ogarnięcie emocji. Nie rozumiałam przyczyny takiego poprowadzenia akcji górskiej, wbrew zaproponowanemu programowi, biorąc pod uwagę prognozy pogody także wbrew rozsądkowi, ale jak to mówią, jak nie wiadomo o co chodzi, to najpewniej chodzi o pieniądze. Cały gniew skupił się na liderach, chociaż tak naprawdę szef agencji 4Challenge powinien się cieszyć, że był daleko, bo niebezpieczne afekty wisiały w powietrzu. Z mojego punktu widzenia to była taka piękna katastrofa.




środa, 20 lutego 2019

Maroko 2018 - 29 października (Imlil, Refuge de Toubkal)

Rankiem przywitało nas bezchmurne niebo i piękne słońce (w prognozach właśnie taki miał to być dzień). Po śniadaniu ruszyliśmy w góry. Początek był nam dobrze znany z dnia wczorajszego ale potem z ciekawością oglądaliśmy drogę do Imlil, bo chociaż w większości robiliśmy ją po raz drugi to podziwiać można było dopiero teraz. Wcześniej przez zalane deszczem i zaparowane szyby nie było szans na obserwacje terenu. Okolica malownicza, pomimo wczorajszego zniszczenia droga dobra, nie ma porównania do dróg boliwijskich lub nepalskich. Zaraz po przybyciu nasze torby i plecaki zapakowano na muły a my ruszyliśmy w górę. Zapadła decyzja żeby nadrobić stracony dzień, wykorzystać dobrą pogodę i od razu wejść do schroniska Refuge de Toubkal na około 3200 m n.p.m. Słońce świeciło cudnie i cieszyły mijane widoczki, ale niestety, filmowanie znowu było źle widziane. Szłam wolno, do tego krótkie przerwy na ujęcia - bardzo się to nie podobało Hasanowi (miejscowemu przewodnikowi), który co raz nas poganiał. Po drodze zjedliśmy lunch, oczywiście tadżin. Gdzieś po 2/3 drogi pogoda zaczęła się psuć, nadciągnęły chmury, trochę zaczęło wiać i zrobiło się chłodniej. Oznaczało to ni mniej ni więcej jak tylko spełnienie czarnego scenariusza z prognoz pogody. Ostatnie metry przed schroniskiem okazały się trudne z powodu oblodzeń spowodowanych zamarzaniem topniejącego w słońcu śniegu. Nie mieliśmy kijków, jak to zwykle przy nietrudnym podchodzeniu. Na szczęście nie był to jakiś długi odcinek szlaku więc bezpiecznie dotarliśmy do celu.
Schronisko duże, murowane, robi wrażenie, kilka sal różnej wielkości z piętrowymi łóżkami, jadalnie z piecykami, niewielka recepcja-sklepik, toalety wewnątrz budynku (ufff...). Materace na łóżkach wydawały się nieco wilgotne więc użyliśmy przywiezionych z Polski karimat do ochrony śpiworów. Pobyt w schronisku wymaga okazania paszportu i wpisania swoich danych do księgi.
Ogólnie czułam się nieźle ale nasilający ból głowy zapowiadał kłopoty. Nie mogło być inaczej, skoro w ciągu jednego dnia z Marrakeszu zawędrowałam na wysokość 3200 m n.p.m. Przewodnik w krótkim wystąpieniu osobom z bólem głowy odradzał dalszą wspinaczkę. Zapytałam, czy w związku z tym możemy przełożyć zdobycie szczytu na dzień następny i załapać dodatkowy dzień aklimatyzacji skoro i tak mamy wypoczywać po ataku szczytowym w schronisku. Zwłaszcza, że według prognoz pogody nazajutrz miał być jedyny dzień, w którym na pewno nie powinno się wychodzić góry. Oprócz nas było chyba kilka osób chętnych na taki scenariusz, ale szybko się okazało, że chociaż nie mieliśmy żadnych opóźnień w realizacji programu, punkt "Gdyby jednak ktoś nie był w stanie zdobyć szczytu z różnych powodów, będzie miał możliwość spróbowania następnego dnia. Nocleg w schronisku. Dzień 5 to dzień dodatkowy dla tych, którym nie powiodło się wejście na szczyt dzień wcześniej." w ogóle nie był brany pod uwagę. Nie miało być żadnego noclegu w schronisku, po ataku szczytowym i obiedzie czekało nas tylko zejście do Imlil. Podział grupy dla miejscowej agencji też nie był możliwy. Chyba chodziło o maksymalne cięcie kosztów. Kolacja sycąca: kurczak, makaron, frytki, ziemniaki, owoce, herbata. Wzięłam Diuramid i postanowiłam rano spróbować, ale gdzieś tam zaczęła kiełkować myśl, że zostaliśmy permanentnie wykiwani.


























środa, 13 lutego 2019

Maroko 2018 - 28 października (Ogrody Majorelle, droga do Imlil)

To miał być nasz pierwszy dzień w górach chociaż prognozy pogody były jednoznacznie złe. Wyszło gorzej niż się obawiałam. Ale po kolei.
Pobudka była godzinę później niż chcieliśmy (8.30) bo budziki powariowały. Nie przyjęły do wiadomości zmiany czasu. Śniadanko marokańskie czyli naleśniki (ciasto inne niż nasze, po usmażeniu wychodzi z tego sztywny placek, ale smaczne), ciepłe bagietki, jogurt, trójkącik serka topionego, masło, dżem, wyciskany sok, herbata, kawa. Wyjazd w góry planowany był na godzinę 14 więc całe przedpołudnie można było pozwiedzać.
Już poprzedniego dnia zaplanowaliśmy wczesny szturm do Ogrodów Majorelle mając nadzieję na uniknięcie tłumów. Na piechotę to około 50-60 minut marszu w jedną stronę, więc żeby zdążyć do godziny 12 (pora na wymeldowanie z hotelu) skorzystaliśmy z taksówki. Kierowca zaproponował kurs za 50 MAD (dirham marokański) i wydało nam się to rozsądną ceną za dosyć istotną oszczędność czasu (nie targowałam się). Jakże inaczej wyglądało to miejsce o tej porze dnia: do kasy stały może 3-4 osoby. Łączone bilety na wszystkie atrakcje kosztowały 180 MAD od osoby. Zaczęliśmy od ogrodów, bo momentami świeciło słoneczko i było jeszcze niewielu zwiedzających. Ogrody nie są duże i tak naprawdę nacieszyć się nimi można tylko w takich warunkach, przeciskanie się przez tłumy turystów (a to widzieliśmy dnia poprzedniego) zupełnie nie ma sensu. Nas urzekły swoją urodą, zadbaniem, nienachalnym pięknem, mogłam sobie wyobrazić spacerujących alejkami ostatnich właścicieli Yves Saint-Laurenta i Pierra Bergé. Snując się po parku pośród palm, kaktusów, aloesów, paproci, zbiorników wodnych rozumiałam, dlaczego pokochał to miejsce słynny, francuski projektant. W kawiarence wypiliśmy niezłe espresso w całkiem światowej cenie. Światowa była wyłącznie cena, bo kawę dostałam w ubitej filiżance, więc udałam, że nie widzę nadąsanej miny kelnera, który swoim zachowaniem wyraźnie sugerował napiwek. Niesamowite wrażenie zrobiło na nas Muzeum Sztuki Berberyjskiej położone na terenie ogrodów w dawnym studio artysty. Zbiory, a w szczególności biżuteria to niespotykana eksplozja materiałów, kolorów i pomysłów. Niestety nie można było robić zdjęć ani filmować, sale ciemne, oświetlenie w większości tylko punktowe i do tego pilnujący strażnicy. Szkoda, bo niektóre eksponaty naprawdę powalały.
W cenie zbiorowego biletu był również wstęp do położonego nieopodal ogrodów muzeum poświęconego twórczości Yves Saint Laurenta. Budynek to skromna, ceglana bryła pokryta jakby delikatną koronką. Obsługa kieruje turystów najpierw do obejrzenia wystawy czasowej i nam się trafiły przepiękne zdjęcia-portrety Marokańczyków w ich tradycyjnych strojach autorstwa Leili Alaoui (szczęśliwie można je było fotografować). Wejście do samego muzeum poprzedza kontrola bagażu jak na lotnisku. W środku można oglądać zdjęcia opowiadające o wydarzeniach z życia projektanta oraz  kompozycje najważniejszych projektów Saint Laurenta, oczywiście w asyście strażników i w egipskich ciemnościach. Eksponaty są tak niezwykłe i piękne, że po raz pierwszy zaczęłam myśleć o modzie jak o rodzaju sztuki. Było to dla mnie swego rodzaju objawienie. W obiekcie jest jeszcze biblioteka, księgarnia, audytorium na 150 miejsc siedzących (wyświetlają filmy z pokazami mody YSL) i kawiarnia ulokowana na jednym z tarasów. Miałam ochotę pooglądać projekcje filmów ale czas naglił. Do hotelu wróciliśmy taksówką (naganiacz chciał 80 MAD za kurs, ale my już wiedzieliśmy, że 50 MAD jest ok) i po przepakowaniu rzeczy i wymeldowaniu zostawiliśmy bagaż główny w przechowalni.
Już trochę ubrani jak w góry ruszyliśmy na targowiska medyny wykorzystując pozostałe dwie godziny do odjazdu. Próbowaliśmy znaleźć sklep, którego położenie wcześniej Maciek zaznaczył sobie na GPS-sie w zegarku, ale na marokańskie zaułki nie ma mocnych. Na dodatek okresowo padający deszcz stopniowo przeobrażał się w prawdziwą ulewę. Ten spacer był całkiem nieudany, poddaliśmy się po godzinie i poszliśmy na lunch. Mimo że chadzałam z parasolką spodnie górskie miałam przemoczone, primaloft Maćka też nadawał się do suszenia. Z ulgą schroniliśmy się w znanym z ostatniej kolacji lokalu i susząc odzież zjedliśmy smaczny lunch: Maciek dostał tadżin wegetariański, ja zjadłam harirę i frytki. I chociaż oba dania jedliśmy uprzednio z całą grupą, to teraz przy zamówieniu indywidualnym i zupa i tadżin były dużo bogatsze i dużo smaczniejsze. Już wiedzieliśmy, że żywienie zbiorowe wyraźnie różni się tutaj od pojedynczego zamówienia, nawet w obrębie tej samej restauracji.
Nieubłaganie zbliżał się czas wyjazdu w góry i chociaż prognoza pogody nie pozostawiała żadnych złudzeń o przesunięciu trekkingu nie było mowy. W strugach deszczu, ułożywszy torby na ziemi w błocie (jedyne możliwe miejsce) czekaliśmy na transport. Dosyć szybko pierwszy busik zabrał część grupy z bagażami, reszta miała jechać drugim autem. Organizator wyraźnie był zaskoczony liczebnością drużyny (chociaż od rana nic się nie zmieniło), bo po ujechaniu kilku kilometrów za miasto kierowca odebrał telefon żeby zawrócić i upchać jeszcze dwie osoby. Zaczynało robić się wesoło.
Do wioski Imlil tego dnia nie dotarliśmy bo ulewa zniszczyła drogę a nasze busy miały za niskie zawieszenia. Tak więc popołudnie spędziliśmy w samochodach najpierw czekając na jakieś mercedesy co to nas miały zabrać (nie przyjechały), potem na naprawę drogi (nie dało się bo niedziela). Nocleg w napotkanej miejscowości nie wchodził w grę, bo grupa za duża, nie pozostało nam nic innego jak wrócić do Marrakeszu. Na szybko załatwiany hotel wzbudził nieco emocji: oprócz dwójek były też trójki i czwórki bez łazienek. Nie przypuszczałam, że moment rozdzielania kluczy będzie mi tak podnosił adrenalinę, zwłaszcza że 4Challenge pisze na swojej stronie "Uwaga! Unikamy zakwaterowania w miejscach o niskim standardzie!"  A przecież byliśmy w dużym mieście, a nie w górach czy na pustyni. Kolację zjedliśmy w znanej z poprzedniego wieczoru restauracji (bruschetta czyli po prostu szaszłyki z kurczaka, warzywa, frytki). Kładłam się spać pełna obaw o jutrzejszy dzień, a martwiła mnie zarówno pogoda jak i fantazja ułańska organizatora.