niedziela, 30 marca 2025

Wietnam 2024 - 29 marca (Hoi An)

Noc spokojna dzięki klimatyzacji bo duchota niebywała, nawet po zachodzie słońca. Pokoje hotelowe takie sobie, wrażenie robiła zwłaszcza łazienka, wydzielona za pomocą szkła, co dawało pełny wgląd w sytuację! Za to śniadanko zaskakująco urozmaicone, oprócz typowych zestawów zupa, kurczak, frytki, grzanki z serem - było z czego wybierać.

Razem z grupą wybraliśmy się zwiedzać zabytkowe Hoi An. Po wykupieniu biletów na pięć atrakcji dołączyła do nas lokalna przewodniczka. Razem z nią spacerowaliśmy uliczkami starego miasta wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1999 roku, dzięki doskonale zachowanej architekturze z wpływami japońskimi, chińskimi i francuskimi. Jednym z najsłynniejszych zabytków miasta jest zbudowany przez japońskich kupców w XVI wieku Japoński Most Kryty (jedyny kryty most na świecie, w którym znajduje się świątynia buddyjska) - niestety w czasie naszego pobytu w renowacji. Intensywna eksploatacja a także częste sezonowe powodzie osłabiły konstrukcję i wymogły totalny remont. Hoi An jest też znane z doskonale zachowanych zabytkowych domów kupieckich, budowanych głównie w XVIII i XIX wieku. Domy wykonane są z drewna, mają piękne rzeźbienia, dziedzińce i przestrzenie handlowe na parterze, a mieszkalne pomieszczenia na piętrze. My zajrzeliśmy do trzech: domu rodu Phung Hung, Tan Ky i Quan Thang. Szczególnie zapamiętałam ściankę z zaznaczonymi poziomami wody i datami powodzi, największa w 1964 roku. Domy handlują własnymi wyrobami: szmatki, figurki i piękne wycinanki w formie rozkładanych pocztówek (zakupiłam kolorowego pawia). Ostatnią atrakcją zwiedzoną z grupą była hala zgromadzeń Phuc Kien, której początki sięgają XVII wieku. Hale zgromadzeń były miejscami spotkań chińskich imigrantów z różnych regionów. Obecnie w Phuc Kien mieści się świątynia poświęcona bogini morza Thiên Hậu (Mazu), patronce żeglarzy i rybaków. Pełno tu też symboli zwierzęcych, które oznaczają różne cechy chińskiej kultury - nietoperze (symbol szczęścia), smoki (siła), feniksy (pokój). W salach modlitewnych szczególne miejsce zajmują kadzidełka różnej długości (długość palenia zależy od wysokości datku) do których przyczepione są karteczki z intencjami. 

Zachęceni przez opinie w internecie odwiedziliśmy jeszcze galerię Precious Heritage i jak dla mnie było to najciekawsze miejsce w Hoi An. Jeden z najbardziej znanych francuskich fotografów podróżniczych Réhahn kupił i wyremontował stary budynek by utworzyć w nim Muzeum Galerię.  Prezentuje w nim 10-letni projekt fotograficzny poświęcony 54 oficjalnie uznanym grupom etnicznym Wietnamu, głównie wielkoformatowe zdjęcia kobiet w ich oryginalnych strojach plemiennych, tradycyjne ubiory czy dokumenty ze spotkań z lokalnymi społecznościami. Zafascynowani oglądaliśmy fotografie, a panie w kasie znaczącym mruganiem dawały znać, że miły pan obok nich to właściciel galerii i autor zdjęć! Niestety nie wykazałam się refleksem i zanim zakupiłam zdjęcie, żeby prosić o autograf Rehahn sobie poszedł. 

Niedaleko galerii w przytulnej kawiarni wypiliśmy espresso, a w jednym ze sklepów odzieżowych wybraliśmy barwną koszulę dla Maćka i sukienkę dla mnie. Potrzebne były drobne poprawki więc zakupy mieliśmy odebrać wieczorem. Po drodze do hotelu wstąpiliśmy jeszcze na miejscową halę targową (taki misz masz produktów bez składu i ładu), a w niewielkim parku zatrzymaliśmy się przy pomniku Kazimierza Kwiatkowskiego. Był on polskim architektem i konserwatorem zabytków, który odegrał ogromną rolę w ochronie dziedzictwa kulturowego Wietnamu. Ratował sanktuarium My Son, rewitalizował starówkę Hoi An, uczestniczył w pracach konserwatorskich przy Cesarskim Mieście w Hue. Wietnamczycy darzą go ogromnym szacunkiem, znany był jako "Kazik" i tak do tej pory go wspominają.

Wróciliśmy do hotelu by wraz z grupą elektrycznym pojazdem dostać się na osławioną plażę An Bang - ponoć jedną z najładniejszych w kraju. Jakiś transport jest wskazany, bo to około pięciu kilometrów. W momencie wysiadania z samochodu od razu atakują cię zaganiacze i chwilę człowiek potrzebuje, żeby zorientować się w logistyce miejsca. Wśród harmidru udało nam się ustalić, że najlepszą opcją jest zjeść posiłek w którejś z nadmorskich restauracji, bo wtedy można skorzystać z leżaków i parasoli dość szczelnie wypełniających plażę. Ponieważ  i tak mieliśmy w planie lunch więc dla nas taka opcja była ok. Wybrałam rybę z grilla i sałatkę z mango, Maciek ryż z rybą - było smacznie. Trochę popluskaliśmy się w morzu, woda dość ciepła. Niestety nie doświadczyłam spodziewanego relaksu, bo tłum po południu zaczął gęstnieć, ale to co nas przegoniło, to handlarki rozkładające w każdym wolnym skrawku plaży przenośne grille i bez obciachu produkujące różne smrody, nie mówiąc już o zadymieniu. Z takim nadmorskim patentem spotkałam się po raz pierwszy, bledną przy tym wszyscy obwoźni handlarze do tej pory odwiedzanych zakątków świata. Nadal nie wiem, czy dymy z grillów dodają punktów w rankingu na najładniejszą plażę Wietnamu czy ujmują, ale uważam to miejsce za mniej niż przeciętne. Chociaż infrastruktura nad brzegiem wydaje się sprzyjać turystom (liczne restauracje), to nie udało nam się zlokalizować żadnego kranu z wodą do opłukania stóp. Tak więc z nogami oblepionymi piachem udaliśmy się na poszukiwanie transportu do miasta. Oferta bogata, pełno samochodów i cena stała - 100 000 VND czyli jakieś 15 zł. Odległość zdecydowanie mogłaby być na dłuższy spacer, ale w zapiaszczonych klapkach to nie za bardzo. Ponieważ wahaliśmy się z wyborem, jeden z  naganiaczy zaproponował 80 000 dongów. Pokazaliśmy mu na mapie w telefonie lokalizację naszego hotelu i potwierdził przejazd w tej cenie. Auto elektryczne z klimatyzacją - czyli komfortowo. Jakoś w połowie kursu Maciek, który na szczęście ma lokalizator w głowie, zauważył, że jedziemy inną drogą. Po włączeniu GPS w telefonie i wyznaczeniu trasy okazało się, że kierowca wywozi nas w przeciwnym kierunku. Zwróciliśmy mu uwagę, że źle skręcił i powinien zawrócić. Niby przyjął uwagę i zawrócił, ale po chwili zatrzymał samochód i wyklepał w telefonie za pomocą tłumacza, że popełniliśmy pomyłkę i powinniśmy dopłacić 20 000 dongów!!! I naprawdę nie chodziło mi o samą cenę (dałabym te 15 złotych), ale o formę, która w dobie internetu moim zdaniem była żałosna. Tak to nasz kierowca dostał 40 000 VND zamiast 80 000, my wysiedliśmy z auta i ruszyliśmy do hotelu. Mieliśmy do zrobienia jeszcze ok. 2  km, nam to jednak spasowało, bo po drodze odebraliśmy zamówione ubrania. Jako że pojawiliśmy się wcześniej, był czas na pogawędkę o życiu bez turystów w czasach pandemii. Właścicielka nawet ulitowała się nade mną i zaproponowała wodę do opłukania stóp, przez co reszta drogi była dla mnie znośniejsza. 

Po odświeżeniu dzień zakończyliśmy kolacją w restauracji nieopodal hotelu. I chociaż lokal z dobrymi ocenami w internecie to zaserwował najgorszy posiłek z tych do tej pory zjedzonych w Wietnamie. Najsmaczniejsza była woda gazowana, którą o dziwo mieli w menu, a to rzadkość w tym kraju. Reszta nie warta opisu.   





























































niedziela, 16 marca 2025

Wietnam 2024 - 28 marca (Hue, Góry Marmurowe)

Pobudka  o szóstej. Śniadanko pyszne, urozmaicone, najlepsze jak do tej pory. Powaliły mnie pierożki z ciasta ryżowego. Opuściliśmy hotel i już 7.30 ruszyliśmy do Cytadeli, po drodze dołączył do nas lokalny przewodnik.

Wycieczka zapowiadała się ciekawie, pogoda słoneczna, temperatura w ciągu dnia 38-40°C. Na początek zwiedzaliśmy pałac cesarski naprzeciwko widocznej z daleka Wieży Flagowej, na której kiedyś wisiała żółta flaga rodziny królewskiej. To właśnie w Hue, od roku 1802 do 1945, swoją stolicę mieli wietnamscy cesarze z dynastii Nguyen. Przy bramie południowej trafiliśmy na kolorową zmianę warty. Po tym krótkim pokazie mogliśmy wejść na teren Cytadeli przez Bramę Południową (Ngo Mo) oraz Most Złotej Wody. Rozległy kompleks jest nieustannie restaurowany, niektóre obiekty pięknie wykończone, a po niektórych pozostały tylko fundamenty (n.p. kompletnie zniszczonego podczas pierwszej wojny indochińskiej w roku 1947 Zakazanego Purpurowego Miasta). Ale jak widać determinacja przy odbudowie jest imponująca więc może i te ruiny kiedyś się podniosą. Niestety brakowało mi tutaj takiego prawdziwego przewodnika, który przybliżył by znaczenie budynków, świątyń, symboli, oglądaliśmy te miejsca z ciekawością, jednak kultura tego regionu jest nam tak obca, że trudno było docenić wagę zabytków. Lokalny przewodnik trochę informacji nam zaserwował ale głównie zajmował się oprowadzaniem a nie opowiadaniem. Przyjemnie spacerowało się po ogrodach królewskich pośród niezliczonej liczby drzewek bonsai przy akompaniamencie coraz głośniejszych cykad. W jednym z odrestaurowanych budynków urządzono sklep z pamiątkami oferując jednocześnie możliwość obserwowania rzemieślników przy pracy (zakupiłam figurkę z laki).

Następnym etapem wycieczki były grobowce cesarskie. Tradycja pochówku cesarzy bardzo ciekawa, rozbudowana i nieźle zachowana. Nguyenowie uważając się za Synów Niebios dbali by po śmierci zagwarantować sobie prestiż i bogactwo. Grobowce zlokalizowano w malowniczych miejscach, składały się zazwyczaj z trzech głównych stref: części ceremonialnej (bramy, pawilony, świątynie i dziedzińce, gdzie odprawiano rytuały ku czci cesarza), grobowej (główny grobowiec z sarkofagiem cesarza) i rekreacyjnej (pałace i ogrody). Główne elementy architektoniczne to: brama główna, pawilony i świątynie, kamienne posągi strażników grobowca (mandarynów, żołnierzy i zwierząt), kamienna stela z inskrypcją opowiadającą o życiu i dokonaniach cesarza, sztuczne jeziora i ogrody gdzie cesarz mógł wypoczywać (część grobowców była budowana jeszcze za życia władcy). Zwiedziliśmy Grobowce Tu Duca i Khai Dinha.

Po grobowcach kontynuowaliśmy podróż w kierunku Hoi An. W porze lunchu zatrzymaliśmy się przy ładnej plaży Lang Co. Jedyna czynna restauracja oferowała potrawy z grilla. Zjedliśmy jakąś czerwoną rybę z ryżem (niezła), niestety kawa w tej części Wietnamu nadal kiepska. Po plaży pokonaliśmy samochodem Hai Van Pass (Przełęcz Morskich Chmur) - najwyżej położoną przełęcz drogową w Wietnamie (około 500 m n.p.m.). Z punktów widokowych (obowiązkowe stragany z pamiątkami) roztacza się panorama na wody Morza Południowochińskiego, zielone wzgórza i krętą drogę wijącą się wzdłuż wybrzeża, wszystko takie trochę przymglone.

Za przełęczą zatrzymaliśmy się w okolicach Gór Marmurowych. To grupa pięciu wapienno-marmurowych wzgórz, nazwanych od pięciu żywiołów według filozofii Wschodu: Wody, Drewna, Metalu, Ognia i Ziemi. My zaliczyliśmy główny punkt turystyczny - Thuy Son (Górę Wody) z najpiękniejszymi widokami, świątyniami i jaskiniami. Wjechaliśmy na nią windą a po zwiedzaniu zeszliśmy 150 schodami. Cały dzień temperatura 38-39°C, jednak po południu zaczęło się błyskać i grzmieć. Ostatecznie burza nas ominęła i wycieczkę dokończyliśmy na sucho.

Jeszcze pół godziny jechaliśmy do Hoi An.  Przed miastem musieliśmy przesiąść się do mniejszych busów bo w tej niewielkiej miejscowości obowiązuje zakaz wjazdu dla dużych autobusów. Po zakwaterowaniu w hotelu Hoi An Ivy Hotel ruszyliśmy na wieczorny spacer i kolację. Hoi An nocą zaprezentowało się uroczo, ekspresja kolorów na deptaku wzdłuż rzeki porażająca a lampiony na łódkach śliczne. Kolacja w tej atmosferze po prostu musiała być smaczna.