Rano obudziłam się wyspana (szok, niedowierzanie!), było cudownie cicho. Noga w spoczynku nie dokuczała, chociaż wyglądała zjawiskowo: mocno obrzęknięta z widowiskowym krwiakiem. Na resztę wyprawy pozostało mi udawać, że nic nie widzę. Zastosowałam stałą procedurę: rano maść z lekiem, potem Maciek zakładał elastyczny bandaż zgodnie z instrukcją, w trakcie jazdy samochodem przez trzy dni cały czas okładałam nogę lodem w woreczku, do zwiedzania ubierałam wysokie buty trekkingowe stabilizujące staw skokowy i chodziłam z kijami. Zadziałało to świetnie i pozwoliło zrealizować mi cały program na Wyspie Południowej bez dolegliwości, pod koniec wyprawy obrzęk był wyraźnie mniejszy, krwiak powoli się wchłaniał. Jedynie tego 10 lutego zrobiłam sobie przerwę w chodzeniu bo uraz był naprawdę świeży. Dopisało mi szczęście, bo też tego dnia niewiele było do zwiedzania. Samochód dowiózł nas do Kaikoury - niewielkiego miasteczka na wschodnim wybrzeżu Wyspy Południowej. Jedna osoba wybrała tu atrakcję pod postacią rejsu na obserwację wielorybów. Po zatoce Monterey planowo to sobie odpuściliśmy i Maciek z resztą grupy poszedł na spacer do Point Kean, gdzie wylegują się nowozelandzkie uchatki futrzaste (zrobili ok. 8 km). Ja zostałam w miasteczku i miałam kilo świętego spokoju. Posiedziałam w kawiarni, popisałam zaległe wspomnienia, pooglądałam sklepy i zjadłam smaczny lunch - jagnięcinę z grilla. Wcale mi się nie nudziło. Po rejsie i powrocie ze spaceru reszta grupy zjadła lunch i ruszyliśmy w okolice jeziora Tekapo. Na miejscu byliśmy wieczorem.