czwartek, 20 listopada 2025

Kostaryka 2025 - 25 lutego (Wodospady Nauyaca)

W nocy spotkałam w łazience pająka wielkości mojej dłoni. Maciek stwierdził, że pewnie przyszedł się napić i nie rozumie mojej histerii. Jako że ściany były niepełne przez resztę nocy czuwałam, bo pikanie serca i naelektryzowane ze strachu włosy nie pozwalały mi spać. Jeszcze przed wschodem słońca potrzebowałam skorzystać z toalety. Szeloby co prawda już nie było, ale że tradycyjnie nie było też wody postanowiłam z czołówką przejść schodami do oświetlonych całą noc wspólnych pryszniców i toalet, blisko jadalni i namiotów. Zejście jakoś poszło, udało mi się wejść do środka i nieopatrznie zamknąć drzwi, po czym szybko przekonałam się, jakiej wielkości owady  przyciąga z dżungli światło. Nie dość, że były rozmiarów XXXL to jeszcze tłukły się bez sensu po kabinach. Przy takich bliskich spotkaniach z naturą wychodzi ze mnie cały mieszczuch. Ponowne pokonanie schodów zajęło mi jakieś 10 sekund, wpadłam zdyszana do naszego domku, zaryglowałam drzwi, a na znaki zapytania w oczach Maćka wykrztusiłam, że błogosławię decyzję zrezygnowania z noclegów w namiotach, bo chyba bym tego Corcovado nie przeżyła. Po śniadaniu emocje trochę opadły a mój stan można już było określić jako stabilny. Pomachaliśmy na pożegnanie naszemu leniwcowi i około siódmej rozpoczął się załadunek bagaży i turystów na łódź. Tym razem ocean był spokojniejszy, i dobrze, bo grupa do zabrania nawet liczniejsza niż poprzednio, oprócz nas i Kanadyjczyków dołączyli jeszcze Japończycy. Podróż zajęła godzinę.

W Sierpe miał czekać na nas transport prywatny. Byliśmy nieco wcześniej, więc zakotwiczyliśmy przy uzgodnionej restauracji Oleaje Sereno. To takie zaplecze na przystani (informacja turystyczna, restauracja, bary, toalety, sklepy), mnóstwo bieganiny, pokrzykiwania, portowego bałaganu. Zasięgnięcie języka w tutejszej informacji nie było najszczęśliwszym pomysłem, bo trochę nas przegonili: raz pod agencję, raz pod restaurację. W końcu znaleźliśmy nasz samochód przy siedzibie Sierpe Azul Exclusive Tours. Agencja ta była odpowiedzialna za transport do Manuel Antonio i za zorganizowanie po drodze wycieczki do wodospadów Nauyaca. Podczas przygotowań do wyjazdu wyczytałam, że około 45 minut jazdy samochodem z Manuel Antonio znajdują się niezwykłe wodospady - żal nie skorzystać. Była to wycieczka ekstra płatna, obejmowała 4 godzinny postój, ja chciałam jeszcze jakieś zakupy i lunch, ale nie wiedziałam, czego do końca mogę się spodziewać po kierowcy. Tymczasem agencja zorganizowała nam super wycieczkę, do końca przemyślaną. Mieliśmy do dyspozycji busa, kierowcę i dodatkowo anglojęzycznego przewodnika. On sam zaproponował przed wodospadem postój w dużym markecie, gdzie były toalety, można było kupić przekąski na wycieczkę, napić się dobrej kawy z ekspresu w ludzkiej cenie. Towarzyszył nam w zakupach, objaśniał, tłumaczył, pomagał wyszukiwać i doradzał w wyborze więc skorzystałam z okazji i z radością wybrałam dla rodziny produkty najbardziej oddające klimat Kostaryki - pyszne czekolady, wyborne kawy i oczywiście pastę z czarnej fasoli. Po raz pierwszy mieliśmy aż tak bardzo zaangażowanego przewodnika. Po zakupie biletów w biurze przy głównej drodze zostaliśmy podwiezieni do początku szlaku, umówiliśmy się po czterech godzinach czyli około godziny 15.

Pogoda słoneczna i upalna. W sumie zrobiliśmy prawie 10 km. Droga do wodospadów prosta, w 2/3 gliniasta, więc w porze deszczowej może być uciążliwie błotnista. Jednak tego dnia szło się dobrze. Wodospady piękne, górny groźny, dolny łagodniejszy, z basenem do pływania. Woda zdecydowanie cieplejsza niż w La Fortuna. Ludzi sporo, mimo to dało się zrobić fajne fotki i popływać. 

Po powrocie do samochodu przewodnik mile nas zaskoczył pytając, czy chcemy przerwę na lunch. Oczywiście potakiwaliśmy z entuzjazmem, bo po śniadaniu zostało tylko mgliste wspomnienie a przekąski zakupione w sklepie dawno się skończyły. Pozostawiliśmy mu wybór restauracji, przepytał nas o preferencje (chcieliśmy lokalne jedzenie) i alergie (znowu zong), coś wyszukał  w telefonie i uzgodnił telefonicznie. Podjechaliśmy pod wybraną sodę (taki rodzinny lokal), gdzie zjedliśmy smaczny i szybko podany obiad (fajtas z wołowiny, casado) w dużo lepszej cenie niż dania w Manuel Antonio, zwłaszcza te w pobliżu naszego hotelu. Cała wycieczka ułożyła się świetnie. Nagrodziliśmy napiwkami kierowcę za cierpliwość i przewodnika za kreatywność. 

W hotelu odebraliśmy nasze bagaże, przydzielono nam ten sam pokój. Przy recepcji przywitał nas odpoczywający leniwiec, wokół domku wypatrzyliśmy aguti, ptaszki i śmigające po drzewach małpki. Nasz ostatni wieczór na Kostaryce spędziliśmy oglądając zdjęcia przy butelce białego wina i podziwiając zachód słońca nad oceanem. 


















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz