Obudziły nas wkurzone wyjce, mnie wkurzał poranny brak wody. Po wczesnym śniadaniu, o siódmej, zjawił się Gabriel - przewodnik odpowiedzialny za dzisiejszą wycieczkę. Przedstawił się i opowiedział o zasadach zwiedzania Parku Narodowego Corcovado. Było nas siedem osób. Niewielką łódką w godzinę śmignęliśmy do rezerwatu. Łódź płynęła bardzo szybko, momentami dziób tak walił w fale, że na końcu byłam całkiem zadowolona, że mam wszystkie zęby i nie odgryzłam sobie języka.
Z łodzi wychodzi się na śliskie wybrzeże zalane wodą, ale do przejścia "na mokro" jest jakieś 3-4 metry. Po zmianie obuwia przyszedł czas na ambitną rejestrację: wpisanie z numerem paszportu do zeszytu, kontrola bagaży (obowiązuje zakaz wnoszenia plastikowych butelek i jedzenia). W czasie zwiedzania czekał nas lunch i w związku z tym przewodnik bardzo dociekliwie przepytywał nas o wszelakie alergie, jakby to miała być serwowana kolacja a nie żywienie zbiorowe. Przy wejściu są toalety i punkty z wodą zdatną do picia więc można było spokojnie uzupełnić butelki. Przeszliśmy dwie pętle po dżungli, szlaki może bardziej surowe niż w poprzednich parkach, ale bez błota - w końcu to pora sucha. Był to nasz ostatni park narodowy i nie sądziłam, że coś mnie jeszcze zadziwi. Spodziewaliśmy się małpek, leniwców i ptaszków - wiadomo, a tu niespodzianka: tapiry (samica z młodym), liczne pekari, przyczajony nielot podobny do naszych kurek (kusacz), jednak moje serce skradły czubacze - takie indyki siedzące na drzewie. W połowie drugiej pętli odwiedziliśmy takie małe centrum turystyczne ze sklepem z pamiątkami i stołówką turystyczną. Zjedliśmy ten szumnie zapowiadany lunch, menu bez zaskoczenia - ryż, kurczak, makaron, napój. Wejście do łodzi już przy wysokiej fali, trzeba było uważać na skaliste podłoże i zdradliwe prądy.
Wycieczka zajęła prawie cały dzień, wróciliśmy po 16. I tym razem nam się podobało. Te parę godzin do kolacji wykorzystaliśmy na prysznic i wstępne pakowanie, bo miała to być nasza ostatnia noc w Corcovado.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz