Jak zwykle na koniec podsumowanie wyprawy. Zrealizowaliśmy program Pura Vida Kostaryka zaproponowany przez agencję Kiribati Club tym razem w ramach zamówienia indywidualnego. Był to nasz pierwszy samodzielny wyjazd poza granice Europy i mieliśmy trochę obaw, ale wyszło bardzo dobrze. Agencja zorganizowała całą wyprawę, począwszy od zakupienia biletów lotniczych do zaplanowania całej logistyki na miejscu w oparciu o lokalne biura turystyczne. W aplikacji Vamoos dostaliśmy dokładny plan pobytu obejmujący przejazdy między miastami, zakwaterowanie w hotelach, wycieczki grupowe i indywidualne, dane przewodników i osób odpowiedzialnych w danym regionie z numerami telefonów. Naprawdę kawał solidnej roboty. Wyjazd nie okazał się tańszy niż z grupą, ale też komfort podróżowania większy.
Wrażenia z samej Kostaryki nadzwyczaj pozytywne. Samodzielna wyprawa była udana, bo kraj z tych raczej "cywilizowanych", czuliśmy się bezpiecznie, infrastruktura turystyczna rozwinięta, podróżujących mnóstwo, w większości jednak z Kanady i Stanów Zjednoczonych. Europejczyków nie spotkaliśmy wielu, Polskę kojarzono już nie z papieżem JP2 czy Wałęsą (jak dawniej), ale wyłącznie z nazwiskiem Lewandowski (taka sytuacja). Ludzie otwarci, uśmiechnięci, chyba żyją na niezłym poziomie bo nie natknęliśmy się na żebrzące dzieci. Stykaliśmy się z tubylcami w różnych miejscach (sklepy, parki, hotele, plaże) i niezmiennie dziwił nas ich pogodny nastrój, gotowość do pomocy, taka naturalna uprzejmość. Wydawali się szczerze zadowoleni z życia i raczej nie sprawiali wrażenia, że cierpią na bezsenność martwiąc się o pokój na świecie. Przewodnicy kompetentni, anglojęzyczni, chętni do opowiadania. Najbardziej przypadł nam do gustu Ludrik w Puero Viejo, przewodnik po Místico Arenal Hanging Bridges Park i oczywiście Josue - przewodnik z ostatniej wycieczki do wodospadów Nauyaca, najsłabiej wypadli przewodnicy w Corcovado, Randy w Manuel Antonio ("luzik w ramionkach") i Franklin odpowiedzialny za region La Fortuna, który chciał nas zwyczajnie orżnąć na biletach już przez nas opłaconych. Kierowcy mili, niestety nie znający angielskiego i trochę słabo zorientowani w infrastrukurze. Prośba o zatrzymanie na kawę wywoływała panikę, ale jeśli tylko poprosiliśmy o postój we wskazanym miejscu, to nawet lunch nie stanowił problemu.
Z researchu przed wyjazdem już wiedzieliśmy, że Kostaryka to kraj drogi. Niektóre doniesienia były tak zastraszające, że zastanawiałam się, czy na cokolwiek będzie nas tam stać. I może to nastawienie spowodowało, że nie odebrałam tego kraju aż tak źle. Chyba po prostu większość osób wybierając kierunek Ameryka Środkowa spodziewa się Ameryki biednej czyli taniej. Nic bardziej mylnego. Trzeba się nastawić na ceny jak w Zakopanem i wtedy nie będzie powodów do irytacji. Były miejsca droższe i tańsze, dla nas bulwersujące okazały się ceny jedynie w pobliżu hotelu w Manuel Antonio (podwójne espresso 10 USD, obiad też drogi i na dodatek najmniej smaczny z całego pobytu - kucharza przerosło przygotowanie hamburgera!). Wszędzie indziej w restauracjach czy sklepach ceny były akceptowalne, nie było tanio, ale do wytrzymania. W ciągu całej wyprawy płatności realizowaliśmy za pomocą karty Revolut i nie było problemu. Raz musiałam wygrzebać gotówkę, bo co prawda w kawiarni był terminal ale łączność zawodziła i po kilku próbach daliśmy spokój.
Drogi w większości dobre, podróżowało się przyjemnie. Najgorzej zaprezentował się odcinek od jeziora Arenal do Monteverde: na przystani klepisko, potem dość długo byle jaka, szutrowa szosa, chociaż roboty drogowe sugerują, że w nieokreślonej przyszłości może się to zmienić.
Baza hotelowa niezła, korzystaliśmy w większości z obiektów trzygwiazdkowych i w miarę trzymały poziom. Ponieważ większość z nich położona jest po prostu w dżungli lub na jej obrzeżach, nie są to wielkie budynki tylko raczej rozsiane domki i otoczenie niewątpliwie robi robotę. Sporo czytałam o cienkich ściankach i irytującej akustyce, ale na szczęście zostało nam to oszczędzone. Po prostu mimo tego, że nasz pobyt przypadł na tzw. sezon wysoki (pora sucha) w zasadzie nie mieliśmy wielu sąsiadów. Potwierdzam jednak, że jedną noc w Monteverde obudziła nas o piątej rano rozmowa turystów zakwaterowanych obok i miałam wrażenie, że współdzielimy pokój. Był to jedyny na naszej trasie drewniany budynek z kilkoma pokojami, uroczy, ale faktycznie ściany symboliczne. Jedyna rada, to szukać małych, murowanych domków z niewielką ilością pokoi i takie hotele my mieliśmy zarezerwowane. Pokoje były czyste, wszystkie z klimatyzacją. Bardzo złe wrażenie zrobił na mnie bungalow w Corcovado. Za hasłem "blisko natury" krył się zdezelowany sprzęt i brud wiele tygodni nie sprzątanego pomieszczenia. Domek był pięknie położony i rozumiem, że to miało wystarczać. Tłumaczenie się trudnymi warunkami wypada słabo,w sumie to nie wiem, na czym ta trudność miałaby tu polegać. Doświadczyłam trudnych warunków na czterech czy nawet pięciu tysiącach metrów n.p.m. w Nepalu, gdzie lodge dla turystów gwarantowały pokój z łóżkami, wieszakami, bez mebli, ale za to czysty, chociaż nie było bieżącej wody a temperatury poniżej zera.
Jedzenie nam smakowało. Nie znudziło nam się gallo pinto na śniadanie, casado na obiad, salsa pico de gallo była naszym ulubionym dodatkiem. Oprócz jedzenia w lokalnych sodach korzystaliśmy też z lepszych restauracji i w zasadzie wszędzie było bardzo smacznie - cudowne fajitas, makarony z owocami morza i absolutnie rewelacyjne ratatouille z miejscowych warzyw. Czułam się świetnie, nie musiałam zażywać żadnych tabletek na żołądek. Zgodnie z informacjami dla turystów na karaibskim wybrzeżu korzystaliśmy z wody uzdatnianej dostępnej w hotelach i restauracjach, a w pozostałych regionach z "kranówki". Nie dopadły nas żadne sensacje, filtry do wody wróciły nie używane do kraju. Ekologia przy produkcji żywności chyba jednak ma znaczenie. Do Polski przywieźliśmy świetne kawy, czekolady oraz przebój Kostaryki - pastę z czarnej fasoli. Ryż z fasolą i kostarykańska salsa z kolendrą na stałe zagościły w naszej kuchni. Mieszkańcy Kostaryki faktycznie mają do dyspozycji lokalne, świeże produkty jednak ich nawyki żywieniowe pozostawiają wiele do życzenia. Jednym z podstawowych elementów tamtejszej diety są smażone platany a pragnienie zwyczajowo gaszone jest refresco czyli sokami powstającymi przez połączenie mieszanki owoców ze słodzoną wodą lub mlekiem. Indeks glikemiczny dziennego menu naprawdę robi wrażenie. I niestety konsekwencje takiego żywienia są aż nazbyt widoczne.
Kilka słów jeszcze o szeroko rozumianych pamiątkach. Ręcznie robione przedmioty z drewna, ceramika, tkaniny to naprawdę niezwykej urody rękodzieła. W żadnym do tej pory odwiedzanym miejscu na świecie pamiątki nie miały takiej klasy. W sklepach z lokalnymi wyrobami można się było zatracić, podobało mi się wszystko i wybór był bardzo trudny. Niestety konieczny, bo ceny spokojnie mogłyby zaistnieć na Rodeo Drive w Beverly Hills. W Tortoguero wybrałam namalowanego tukana na połówce owoca palmy, u Indian Bri Bri stojącą maskę z drewna a w Monteverde kupiłam uroczy, drewniany kubek z namalowanym koliberkiem. Jak już zaznaczyłam kostarykańscy rzemieślnicy się cenią podkreślając za każdym razem, że to wyrób lokalny a nie „made in China”. Tak więc pluszak leniwca kosztuje 20 USD zarówno w klimatyzowanym sklepie jak i ulicznym straganie. "Fixed price" i zero targowania. Tak mają i już.
Na koniec garść wrażeń dotyczących szeroko rozumianej przyrody. Ten wyjazd wybrałam właśnie dla jego bliskiego kontaktu z naturą chociaż do końca nie wiedziałam, czego się spodziewać. O co chodzi z tą dżunglą i lasami deszczowymi - las to las, niejeden już widziałam, sporo ich w mojej okolicy. Obawiałam się też, że bliskość zwierząt jest tylko wabikiem reklamowym. Jednak to co zastałam zupełnie mnie zaskoczyło i olśniło. Nie byłam sobie w stanie wyobrazić, jak wygląda taka niczym nie skrępowana i nieokiełznana przyroda. Już przy pierwszym zetknięciu z dżunglą czułam się jak po uderzeniu obuchem, a potem wędrowałam oszołomiona próbująć ogarnąć otaczającą rzeczywistość. Leniwce niesamowite, małpki głośne, ptaszki cudne - wszystko atakowało zmysły, jednakże była to zupełnie inna kakofonia dźwięków niż ta, w której żyję. Zasypianie czy pobudka przy odgłosach dżungli jest doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju.
Podsumowując, Kostaryka nas zachwyciła, poza snorkelingiem który akurat tu wypada słabo reszta atrakcji warta jest długiej podróży i niemałych kosztów, bo kraj, jak już pisałam wcześniej, do tanich nie należy. Program Pura Vida Kostaryka gorąco polecam. Zgodnie uznaliśmy, że to był nasz najlepszy wyjazd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz