Leniwy poranek zaczęliśmy od śniadania (w drodze do restauracji spotkanie ze sporą iguaną), potem kilka godzin plażowania: parasole i leżaki hotelowe do dyspozycji, piękna pogoda, ocean w zasięgu ręki. Wymeldowanie o 12, samochód pojawił się punktualnie o 13. Prywatny przejazd na lotnisko odbył się wygodnym busem. Ośmieleni poprzednim dniem zapytaliśmy o możliwość zatrzymania się na lunch. Kierowca nie widział problemu, zgodziliśmy się na jadłodajnię przy moście krokodyli, taki bar szybkiej obsługi, ale jedzenie całkiem smaczne. Zaliczyliśmy ostatnie espresso w kawiarni, dokupiliśmy trochę pamiątek i naprawdę już trzeba było pożegnać Kostarykę. Około godziny 17 byliśmy na lotnisku. Przy odprawie przerosła nas procedura drukowania w automatach taśm na bagaże. Na szczęście personel chyba zauważył nasze splątanie i zaproponował kontrolę narkotykową (skanery bagażu i mazanie "papierkami") co pozwalało poza kolejką nadanie walizek i dokończenie odprawy. Lot w zasadzie bez problemów, aczkolwiek trafił nam się współpasażer, który przez 10 godzin non stop oglądał kreskówki (mówimy o dorosłym facecie), ekranu nie wygaszał nawet przy posiłkach. Udało się zaliczyć jakieś drzemki, ale lot męczący. Cieszyłam się na noc w hotelu Hilton przy lotnisku w Krakowie. Potrzebowaliśmy odpoczynku przed powrotem do Bielska.