I to już był koniec rowerowego weekendu. Po śniadanku ruszyliśmy w drogę powrotną, jak się później okazało razem z rzeszami polskich turystów. Wykorzystując słoneczny i upalny dzień postanowiliśmy jeszcze poświęcić 2 - 3 godziny na spacer po drezdeńskiej starówce. Wiem, że to krótko, ale tylko takie okienko czasowe wydawało się w miarę bezpieczne. Niestety brak Wi-Fi w hotelu i w ogóle słaby internet nie pozwolił nam przygotować fajnej trasy zwiedzania, co nas w Niemczech całkiem zaskoczyło. Coś tam poczytałam przed wyjazdem, ale nie za dużo. W drodze do Drezna internet wreszcie ożył i udało się trafić na wybrany parking podziemny. Auto z rowerami było bezpieczne a my mogliśmy spokojnie ruszyć w miasto. Celowaliśmy w konkretny parking, bo jest on zlokalizowany blisko zamku Zwinger więc nie trzeba tracić czasu na dotarcie do zabytków i zwiedzanie zacząć od razu. Cóż, na pewno miejsce zasługuje co najmniej na cały dzień, ale nawet taki trochę chaotyczny spacer bez przygotowanego planu pozwolił zobaczyć sporo atrakcji. I chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że wszystko, na co patrzymy zostało w 1945 roku zrównane z ziemią, to jednak determinacja trwającej dziesięciolecia rekonstrukcji dała piękne rezultaty. Fotki może oddadzą trochę uroku Starego Miasta w Dreźnie, które "udaje" stare ale z jakąż gracją. Nie mieliśmy wiele czasu na wnętrza, chociaż udało się zajrzeć do Katedry Świętej Trójcy i oczywiście do Zamku Rezydencyjnego. Tam oprócz Zbrojowni i Komnat Paradnych oszałamiające wrażenie robią zbiory Zielonego Skarbca prezentujące między innymi dzieła drezdeńskiego mistrza jubilerskiego Dinglingera. I chociaż nie można odmówić mu wielkiego talentu, to jednak kaprysy króla Augusta przyczyniły się do powstania kosztownych arcydzieł, które oprócz drogocennych kamieni szlachetnych wykorzystywały koralowce i co mnie szczególnie bolało, wielkie ilości kości słoniowej. Ciężko myśleć, jak wiele zwierząt zostało okaleczonych dla fantazji Sasów. Przed ostatnim fragmentem podróży chcieliśmy jeszcze zjeść obiad w Dreźnie. Ponieważ przy wyjściu z naszego parkingu była grecka restauracja, zachęceni wczorajszym greckim lunchem postanowiliśmy powtórzyć menu. I niestety, wyszło słabo. Jedzenie po prostu niesmaczne, co potwierdza, że nie wystarczy flaga Grecji na wejściu żeby mieć obleganą knajpę, tylko do tego potrzeba jeszcze dobrego kucharza. Powinniśmy się domyśleć, że go tam nie ma, bo oprócz nas nie było innych klientów. W końcu ruszyliśmy do Bielska a z nami, miałam wrażenie, pół Polski. Autostrada całkiem niewydolna, wpadaliśmy w korki jeden za drugim, powrót trwał prawie siedem godzin i zupełnie nas wykończył. Ten kierunek chyba nie nadaje się do realizacji wycieczek w trakcie przedłużonych weekendów w kraju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz