niedziela, 15 czerwca 2014

Zanzibar 2014 - 6 i 7 lutego

To miał być deser na zakończenie wyprawy, taka wisienka na torcie. Czy był nim rzeczywiście? Uczucia po pobycie na wyspie mam mieszane. I nie chodzi o standard hotelu czy plaże - wszystko było jak z obrazka: w miarę komfortowy pokój z widokiem na ocean, biały piasek na prawie pustej plaży, szmaragdowy kolor wody. A jednak delikatne ukłucie zawodu pojawiło się zaraz po wyjściu z samolotu. Spodziewałam się zobaczyć piękną, egzotyczną wyspę, a najbardziej egzotyczne były slamsy ciągnące się wzdłuż głównej drogi przez całą wyspę. Organizacja pobytu przez miejscowego przewodnika była bez zarzutu, niewielki bus zawiózł grupę na miejsce ale widok na "zabudowania" za szybą lekko mnie załamał - jakbyśmy patrzyli na niekończące się rzędy wychodków i tym razem nie były one nawet pomalowane. Zanzibar jest chyba w całości islamski (przynajmniej takie miałam wrażenie) i niestety decyduje to o charakterze ubóstwa - wydawało się, że wszechobecny bród i bałagan nikomu nie przeszkadza, bose dzieciaki pukały w szybę wołając "...one dolar, one dolar..." - tego jednak na kontynencie nie doświadczaliśmy. Bus dowiózł nas na kraniec wyspy do niewielkiej wioski a nasze oczy robiły się coraz bardziej okrągłe, na szczęście otworzyły się żelazne wrota i wjechaliśmy w inny świat - powitała nas cywilizacja. Popołudnie spędziliśmy na plaży usiłując dojść do siebie po pierwszych wrażeniach i ciesząc się na czekające nas atrakcje.
Wybraliśmy dwie wycieczki: w  czwartek SAFARIBLUE (całodniowy rejs  kutrem wzdłuż wybrzeża, obserwacja lasów namorzynowych, pływanie z maską, lunch ze świeżo wyłowionych krewetek, kalmarów, ośmiornic i homarów), w piątek SPICE TOUR (wycieczka do plantacji przypraw). Obie propozycje ciekawe, spełniły nasze oczekiwania. W pierwszym przypadku to czysty relaks, wróciliśmy objedzeni, zmęczeni pływaniem, odurzeni wiatrem i słońcem. Plantacja przypraw to raczej  wycieczka edukacyjna ale naprawdę bardzo ciekawa. Sposób uprawy roślin, ich wygląd i zapach - widok egzotyczny i zaskakujący. Wróciliśmy do hotelu taksówką i byliśmy mile zaskoczeni komfortem jazdy: kierowca bardzo kulturalny, spokojnie i uważnie prowadził samochód, w porównaniu z kierowcami na safari duży plus. Mieliśmy dla siebie jeszcze całe popołudnie na plaży, mogliśmy cieszyć się ciepłym oceanem i wylegiwać na piasku. Rankiem w sobotę rozpoczęliśmy powrót do Polski.
Sama się zastanawiam skąd więc to rozdrażnienie na hasło Zanzibar. Chyba nałożyło się kilka rzeczy. W porównaniu z Tanzanią na kontynencie, gdzie obowiązywał TFT (Tanzanian Flexible Time) poczucie upływającego czasu na wyspie zupełnie nas rozwaliło (czas oczekiwania na posiłek to raczej godziny niż minuty), właściwie byliśmy zdziwieni kiedy transport na prom pojawił się prawie punktualnie. Za murami rezydencji rozciągały się slamsy, co skutecznie zniechęcało do jakichkolwiek wypadów. Nie czuliśmy się tam na tyle bezpiecznie żeby próbować własnych eskapad, nawet spacer wydawał się być oznaką nieodpowiedzialności. Każdy przejazd obfitował w seryjne zatrzymywania przez policję, która niezmiennie liczyła na łapówki. Na kontynencie też to ćwiczyliśmy, ale w Zanzibarze rozmawiał z nami policjant trzymając zwitek banknotów  w ręce (!), nawet nie próbując zachować pozorów. Odniosłam wrażenie, że może Afryka wolna jest od powszechnie znienawidzonych i wyśmiewanych procedur europejskich, ale za to na pewno  zniewolona jest przez procedury korupcyjne. W sumie to nie wiem co lepsze. Ostatni zgrzyt pojawił się w czasie wymeldowywania z hotelu. Nasze posiłki w Amaan Bungalows obejmowały śniadania w formie bufetu i kolację zamawianą z karty. Przewodnicy ustalili z obsługą, że możemy zamawiać WSZYSTKO z menu do 30 tysięcy Szylingów tanzańskich, kwoty powyżej musimy regulować indywidualnie. Po każdym posiłku podpisywaliśmy się pod rachunkiem, każdy wiedział, o ile przekroczył zalecany limit. Wszyscy starali się maksymalnie wykorzystać nieprzydatną w kraju lokalną walutę wymienioną już wcześniej. Wymeldowując się z hotelu miałam przygotowane trzy tysiące szylingów (moje ostatnie tanzańskie pieniądze), pozostali uczestnicy wyprawy również przychodzili z odliczonymi kwotami. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy rachunki pokreślone, pomazane, na podstawie których uśmiechnięta pani w recepcji podliczała konieczne dopłaty. Mnie wyszło coś 78 tysięcy, pozostali też byli w lekkim szoku. Niespeszona obsługa cierpliwie tłumaczyła, że poza limitem były napoje, desery i coś tam jeszcze, podopisywane bazgroły na rachunkach zupełnie ich nie deprymowały. No ale niestety trafili na Polaków. Spokojnie oświadczyliśmy, że zupełnie nie pojmujemy z jakiego klucza liczone są dopłaty i czekamy na naszego lidera. Mateusz po krótkiej dyskusji także nie okazał zrozumienia i czekaliśmy na miejscowego guide. Voj przyjechał, nastąpiła ostra wymiana zdań (przy czym głośniej krzyczał nasz przewodnik), kazał nam pakować rzeczy do auta i wsiadać. Wyjechaliśmy nie regulując żadnej opłaty. Tak więc hotel nie tylko nie zarobił ale przez swoje przekręty jeszcze stracił. W drodze na prom Voj odebrał jeszcze wiele telefonów ale zdawał się nimi zupełnie nie przejmować. Cała ta sytuacja wzbudziła jedynie naszą wesołość, ale pomyślałam co by było, gdybyśmy podróżowali sami bez wsparcia przewodników. Czy na koniec byłoby równie wesoło, bo coś mi mówi, że nie wypuścili by nas bez uregulowania rachunku na swoich zasadach, a wzywanie policji nie miałoby przecież żadnego sensu. Pewnie takie doświadczenia można zdobyć w wielu krajach i gdybyśmy zaczynali wyprawę od Zanzibaru nasze postrzeganie tamtejszych klimatów byłoby może mniej surowe, a nasza cierpliwość mniej sponiewierana. Był to jednak koniec naszej przygody w Afrycie i byliśmy już nieco zmęczeni więc Tanzanię kontynentalną będziemy po prostu wspominać cieplej.





















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz