Noc dobra, chociaż ocean głośno pracował. Korzystanie z toalety nad ranem nieco kłopotliwe - brak wody. Jak uświadomiła nas sąsiadka z domku obok woda kończyła się tu każdej nocy. Co rano trzeba było schodzić do recepcji i prosić Gabriela, żeby ruszył tyłek, oderwał się od robienia drinków i zajął serwisowaniem sprzętu, bo jak sam radośnie zaznaczył, są problemy z pompą.
Dzisiaj po śniadaniu czekała nas grupowa wycieczka na wyspę Isla Cano na snorkeling. Bardzo byliśmy ciekawi tych wód, czy będą równie piękne jak dżungla. Razem z sąsiadką Brytyjką zostaliśmy zabrani z plaży przez przewodnika Alejandro. Dołączyliśmy do grupy, w której znajdowała się też polska rodzina od 2 lat mieszkająca na stałe w Kostaryce. Do pierwszego zanurzenia płynęliśmy około godziny. Sam snorkeling niestety rozczarowujący: pływaliśmy w ciasnej grupie, z boją w dłoni, Alejandro jakiś zestrachany, bez przerwy nas przeliczał. Woda średnio przejrzysta, widziałam mątwy, żółwie i trochę kolorowych rybek, ale do Indonezji im daleko. Potem półgodzinna przerwa na plaży i drugie wejście do wody. Na koniec znowu półgodziny odpoczynek i powrót do lodge. Zgodnie z Brytyjką stwierdziliśmy, że wycieczka bardzo słaba.
Za to po lunchu cudowne popołudnie na pięknej plaży niedaleko ośrodka. Dzień ciepły i słoneczny, idealny na leniuchowanie. Trochę powalczyliśmy z falami, czujnie, bo prądy silne i fale bardzo zdradliwe. Na koniec piękny zachód słońca, a na kolację niezły tuńczyk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz