poniedziałek, 19 stycznia 2026

Niemcy 2025 - 22 czerwca (Drezno)

I to już był koniec rowerowego weekendu. Po śniadanku ruszyliśmy w drogę powrotną, jak się później okazało razem z rzeszami polskich turystów. Wykorzystując słoneczny i upalny dzień postanowiliśmy jeszcze poświęcić 2 - 3 godziny na spacer po drezdeńskiej starówce. Wiem, że to krótko, ale tylko takie okienko czasowe wydawało się w miarę bezpieczne. Niestety brak Wi-Fi w hotelu i w ogóle słaby internet nie pozwolił nam przygotować fajnej trasy zwiedzania, co nas w Niemczech całkiem zaskoczyło. Coś tam poczytałam przed wyjazdem, ale nie za dużo. W drodze do Drezna internet wreszcie ożył i udało się trafić na wybrany parking podziemny. Auto z rowerami było bezpieczne a my mogliśmy spokojnie ruszyć w miasto. Celowaliśmy w konkretny parking, bo jest on zlokalizowany blisko zamku Zwinger więc nie trzeba tracić czasu na dotarcie do zabytków i zwiedzanie zacząć od razu. Cóż, na pewno miejsce zasługuje co najmniej na cały dzień, ale nawet taki trochę chaotyczny spacer bez przygotowanego planu pozwolił  zobaczyć sporo atrakcji. I chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że wszystko, na co patrzymy zostało w 1945 roku zrównane z ziemią, to jednak determinacja trwającej dziesięciolecia rekonstrukcji dała piękne rezultaty. Fotki może oddadzą trochę uroku Starego Miasta w Dreźnie, które "udaje" stare ale z jakąż gracją. Nie mieliśmy wiele czasu na wnętrza, chociaż udało się zajrzeć do Katedry Świętej Trójcy i oczywiście do Zamku Rezydencyjnego. Tam oprócz Zbrojowni i Komnat Paradnych oszałamiające wrażenie robią zbiory Zielonego Skarbca prezentujące między innymi dzieła drezdeńskiego mistrza jubilerskiego Dinglingera. I chociaż nie można odmówić mu wielkiego talentu, to jednak kaprysy króla Augusta przyczyniły się do powstania kosztownych arcydzieł, które oprócz drogocennych kamieni szlachetnych wykorzystywały koralowce i co mnie szczególnie bolało, wielkie ilości kości słoniowej. Ciężko myśleć, jak wiele zwierząt zostało okaleczonych dla fantazji Sasów. Przed ostatnim fragmentem podróży chcieliśmy jeszcze zjeść obiad w Dreźnie. Ponieważ przy wyjściu z naszego parkingu była grecka restauracja, zachęceni wczorajszym greckim lunchem postanowiliśmy powtórzyć menu. I niestety, wyszło słabo. Jedzenie po prostu niesmaczne, co potwierdza, że nie wystarczy flaga Grecji na wejściu żeby mieć obleganą knajpę, tylko do tego potrzeba jeszcze dobrego kucharza. Powinniśmy się domyśleć, że go tam nie ma, bo oprócz nas nie było innych klientów. W końcu ruszyliśmy do Bielska a z nami, miałam wrażenie, pół Polski. Autostrada całkiem niewydolna, wpadaliśmy w korki jeden za drugim, powrót trwał prawie siedem godzin i zupełnie nas wykończył. Ten kierunek chyba nie nadaje się do realizacji wycieczek w trakcie przedłużonych weekendów w kraju.

 




















































środa, 14 stycznia 2026

Niemcy 2025 - 21 czerwca (Trasa rowerowa Pirna - Drezno - Moritzburg)

Dzień zapowiadał się piękny, i dobrze, bo cały zaplanowaliśmy spędzić na rowerach. Po obfitym śniadaniu i wyszykowaniu rowerów ruszyliśmy w zaplanowaną trasę. Nic nas nie goniło więc jechało się bardzo przyjemnie, był czas na postoje i fotki. Pierwszy etap to ścieżka po stronie Łaby do której przylega starówka drezdeńska, po około 40 km przejechaliśmy mostem na drugą stronę rzeki by wspiąć się na wzgórze do pałacu Moritzburg i już drugim brzegiem wróciliśmy do Pirny. Pętelka jak się patrzy, moje pierwsze 100 km na rowerze. Sama trasa rowerowa bardzo przyjazna, zwłaszcza etap po stronie starówki ze świetną infrastrukturą (bary, toalety), pod drugiej stronie rzeki gorzej, sporo remontów i dróg krzyżujących się z samochodami. Pałac na wodzie ładny, stroje i rowery nie za bardzo pozwalały na zwiedzanie wnętrz, za to objechaliśmy stawy wokół budowli podziwiając barokową bryłę, niestety po części przysłoniętą przez rusztowania (to chyba jakaś plaga!). Był środek dnia i bardzo potrzebowaliśmy kalorii a myszkując w okolicy naszą uwagę zwróciły kolorowe papużki przed grecką restauracją. I tak zjedliśmy lunch, bardzo grecki i bardzo smaczny, co wprawiło nas w dobry nastrój przed powrotem. A było nam to potrzebne, bo jak już pisałam droga po drugiej stronie Łaby już nie tak przyjazna dla rowerzystów i trochę nas zmęczyła. Jadąc z ciekawością obserwowaliśmy tłumy mieszkańców ciągnące na brzeg rzeki grille, torby z jedzeniem, lampiony i fajerwerki, co niewątpliwie wróżyło noc pełną zabawy i hucznych imprez. Wycieczkę zakończyliśmy w znanej nam już włoskiej knajpce, bo to sprawdzone menu i z dala od harmidru pirneńskiego festynu. No i znowu nie musiałam zajadać saksońskich kiełbasek. Wracając uliczkami do hotelu niełatwo manewrowało się między imprezującymi uczestnikami festynu którzy tłumnie okupowali stoiska z winem i piwem. Nam zmęczenie pozwoliło tylko na prysznic i odlotowy sen. Chociaż w nocy obudziły nas fajerwerki - działo się w Noc Kupały.