piątek, 31 października 2025

Kostaryka 2025 - 23 lutego (Corcovado)

Noc dobra, chociaż ocean głośno pracował. Korzystanie z toalety nad ranem nieco kłopotliwe -  brak wody. Jak uświadomiła nas sąsiadka z domku obok woda kończyła się tu każdej nocy. Co rano trzeba było schodzić do recepcji i prosić Gabriela, żeby ruszył tyłek, oderwał się od robienia drinków i  zajął serwisowaniem sprzętu, bo jak sam radośnie zaznaczył, są problemy z pompą. 

Dzisiaj po śniadaniu czekała nas grupowa wycieczka na wyspę Isla Cano na snorkeling. Bardzo byliśmy ciekawi tych wód, czy będą równie piękne jak dżungla. Razem z sąsiadką Brytyjką zostaliśmy zabrani z plaży przez przewodnika Alejandro. Dołączyliśmy do grupy, w której znajdowała się też polska rodzina od 2 lat mieszkająca na stałe w Kostaryce. Do pierwszego zanurzenia płynęliśmy około godziny. Sam snorkeling niestety rozczarowujący: pływaliśmy w ciasnej grupie, z boją w dłoni, Alejandro jakiś zestrachany, bez przerwy nas przeliczał. Woda średnio przejrzysta, widziałam mątwy, żółwie i trochę kolorowych rybek, ale do Indonezji im daleko. Potem półgodzinna przerwa na plaży i drugie wejście do wody. Na koniec znowu półgodziny odpoczynek i powrót do lodge. Zgodnie z Brytyjką stwierdziliśmy, że wycieczka bardzo słaba. 

Za to po lunchu cudowne popołudnie na pięknej plaży niedaleko ośrodka. Dzień ciepły i słoneczny, idealny na leniuchowanie. Trochę powalczyliśmy z falami, czujnie, bo prądy silne i fale bardzo zdradliwe. Na koniec piękny zachód słońca, a na kolację niezły tuńczyk. 




 












 


niedziela, 26 października 2025

Kostaryka 2025 - 22 lutego (Corcovado)

Po śniadaniu punktualnie o dziewiątej dużym busem zjawił się kierowca z lokalnej agencji. Dwie godziny trwał przejazd do przystani w Sierpe, transport prywatny więc było bardzo przyjemnie. Na przystani harmider i duży ruch, szybko jednak odnaleźliśmy łódź z ekolodge Corcovado Adventures od Yessiki. Łódź nieduża, cały bagaż schowano pod pokład, a my w obowiązkowych kamizelkach z grupą turystów chyba z Kanady (francuskojęzyczni) usiedliśmy na krzesełkach. Początkowo rzeką i kanałami płynęliśmy niespiesznie, wręcz leniwie, za to na ostatnim odcinku brzegiem morza włączono turbodoładowanie i pomknęliśmy ślizgając się na falach, momentami trzęsło jak podczas turbulencji w samolocie. O dziwo nikt z łódki nie wypadł i szczęśliwie dotarliśmy do cudnej plaży przy ośrodku. Prądy bardzo silne więc wysiadanie gołą stopą wprost na dziką plażę ekscytujące, obsługa starała się utrzymać łajbę w miejscu a turyści asekurowani przez personel wyskakiwali starając się zgrać z falami. Jeszcze bardziej widowiskowe było wyciąganie naszych bagaży na brzeg, naprawdę pełny szacun za to, że żadna torba nie wpadła do oceanu.

Pierwsze wrażenie niesamowite - autentyczna  dżungla z domkami nad Pacyfikiem. Ośrodek znajduje się na plaży w zatoce Drake Bay (Bahía Drake) na Półwyspie Osa, czyli zachodnim wybrzeżu Kostaryki. Przywitał nas Gabriel, objaśnił zasady pobytu, lokalizację, czyhające niebezpieczeństwa i zaprowadził do bungalowu. Przy plaży była recepcja, kuchnia, pomieszczenie robiące za bar,  jadalnia z butlą wody na stojaku, wspólne prysznice i toalety oraz namioty, my zaś po schodach wspięliśmy się do rozlokowanych na zboczu kilku bungalowów i domków. Przy naszym bungalowie siedział na drzewie leniwiec więc podczas pobytu mieliśmy swojego osobistego leniwca, który witał nas codziennie rano. Opodal przebiegał szlak roboczy mrówek - grzybiarek, których pracoholizm nieustannie nas zadziwiał. 

Bungalow położony pięknie, z cudnym widokiem na ocean, i ta lokalizacja była jego jedynym atutem. Jeśli chodzi o wyposażenie, to od domku w Tortuguero dzieliły go lata świetlne. Zostaliśmy uprzedzeni o surowych warunkach w Corcovado i byliśmy na to przygotowani, jednak okazało się, że za sloganem "prosto i blisko natury" kryje się brud  i bylejakość. Wnętrze bardzo zaniedbane, sprzęty zużyte, dyndające na jednym zawiasie drzwi od szafki, pourywane zasłony, w łazience złogi zużytego mydła po poprzednich lokatorach zdobiły prowizoryczny prysznic. Okiem gospodyni mogę napisać z całą pewnością, że nikt tych domków nie sprzątał. Tak w ogóle, to łazienka została ściankami wydzielona z części sypialnej, ale ścianki nie dochodziły do sufitu. 

Popołudnie spędziliśmy na przepięknej plaży niedaleko naszej lodge, na której praktycznie byliśmy sami, pojedyncze pary korzystały z kąpieli. Maciek próbował, jednak silne prądy i wysokie fale ograniczały swobodę pływania. Kolacja wspólna dla wszystkich, byli Kanadyjczycy, my, Brytyjczycy z sąsiedniego domku i jeszcze jedna para, nie wiem skąd. Jedzenie bez szału, wydawka jak na stołówce studenckiej, ale dało się zjeść. Najważniejszym elementem posiłków były drinki przygotowywane przez Gabriela, i na nich skupiał się personel. Rozumiem, że był to bardzo wymierny zarobek tej rodzinnej lodgy, bo reszta nie specjalnie ich interesowała. Nie zamawialiśmy koktajli więc dość wcześnie udaliśmy się na spoczynek. Zasypialiśmy przy odgłosach oceanu i wariującej dżungli.
















sobota, 18 października 2025

Kostaryka 2025 - 21 lutego (Manuel Antonio)

Dzisiaj po dobrej nocy i skromnym śniadanku z kupionym ekstra espresso (pojedyncze - 5 USD, podwójne 10 USD, tak że wypiliśmy kawę za 20 USD 😮) zebraliśmy się na  oczekiwany o dziesiątej transport. Tego dnia czekała nas wycieczka grupowa - wodne safari pośród lasów namorzynowych w estuarium rzeki Paquita. Według planu start miał być o dziewiątej, czas trwania około czterech godzin więc jeszcze w Polsce zakupiliśmy bilety do Parku Narodowego Manuel Antonio na ostatnie wejście. Plan niestety trochę się posypał, kiedy odpowiedzialny na ten region Randy zaproponował wycieczkę albo o siódmej albo o dziesiątej. Bez śniadania nie chcieliśmy jechać więc wybraliśmy późniejszą godzinę. Nadal jeszcze mieliśmy szansę zdążyć ze zwiedzaniem parku, jednak Randy skutecznie ją zmniejszał. Zaczęło się od tego, że samochód pojawił się przed hotelem z półgodzinnym opóźnieniem (pierwszy raz w Kostaryce), podobno się popsuł.

Sama wycieczka bardzo ciekawa, godna polecenia. Po tylu dniach zwiedzania różnych parków nie ekscytowaliśmy się specjalnie akurat tym programem a tymczasem wyszło super. Przewodnik pokazał nam plantacje afrykańskiej palmy olejowej, na której uprawiano również  kawę, ananasy czy banany, hodowano zwierzęta (woły, krowy, ptactwo). Takie plantacje są ważną gałęzią gospodarki ale budzą sprzeciw z powodu wylesiania. Potem wsiedliśmy w niewielkiej grupce do zadaszonej łódki i pływaliśmy pośród mangrowców a przewodnik wyszukiwał dla nas ciekawe okazy zwierząt. Tak więc wypatrzyliśmy leniwca drapiącego się po brzuchu, węże, iguany, bazyliszki, rzadkie ptaki, kraby. Małpek nie trzeba było wyszukiwać, same przyszły. 

Uprzedzaliśmy Randiego, że mamy bilety do zrealizowania i trochę nam się spieszy, jednak pomimo tego po skończonej wycieczce nie czekał na nas żaden samochód. Chwilę plątaliśmy się przed wejściem, w końcu napisaliśmy SMS-y, że czekamy. Randy zadzwonił do właścicielki i ostatecznie to ona zmuszona była nas odwieźć. Była też na tyle miła, że podrzuciła nas kilometr dalej czyli przed wejście do Parku Narodowego. Dzięki temu wykorzystaliśmy bilety i mieliśmy jakieś półtorej godziny na spacer. To niewiele, tyle, żeby przejść trasę do plaży, spotkać leniwca, aguti, tęczowe kraby i małpki, zrobić fotki na cudnej Playa Manuel Antonio. Zaskoczyło nas, że chociaż park jest czynny do 16 to z plaży zganiają już o 15, więc z kąpieli nici.

Po zakończeniu zwiedzania wybraliśmy się do restauracji przy parku, bo barów i cen w pobliżu naszego hotelu mieliśmy serdecznie dosyć. Zjedliśmy całkiem smaczny obiad w rozsądnej cenie. Koniec dnia spędziliśmy na hotelowej plaży podziwiając zachód słońca. Potem już tylko pozostało spakować się na trzy dni do Corcovado. Główny bagaż zostawał w hotelu do którego mieliśmy jeszcze wrócić.