niedziela, 26 października 2025

Kostaryka 2025 - 22 lutego (Corcovado)

Po śniadaniu punktualnie o dziewiątej dużym busem zjawił się kierowca z lokalnej agencji. Dwie godziny trwał przejazd do przystani w Sierpe, transport prywatny więc było bardzo przyjemnie. Na przystani harmider i duży ruch, szybko jednak odnaleźliśmy łódź z ekolodge Corcovado Adventures od Yessiki. Łódź nieduża, cały bagaż schowano pod pokład, a my w obowiązkowych kamizelkach z grupą turystów chyba z Kanady (francuskojęzyczni) usiedliśmy na krzesełkach. Początkowo rzeką i kanałami płynęliśmy niespiesznie, wręcz leniwie, za to na ostatnim odcinku brzegiem morza włączono turbodoładowanie i pomknęliśmy ślizgając się na falach, momentami trzęsło jak podczas turbulencji w samolocie. O dziwo nikt z łódki nie wypadł i szczęśliwie dotarliśmy do cudnej plaży przy ośrodku. Prądy bardzo silne więc wysiadanie gołą stopą wprost na dziką plażę ekscytujące, obsługa starała się utrzymać łajbę w miejscu a turyści asekurowani przez personel wyskakiwali starając się zgrać z falami. Jeszcze bardziej widowiskowe było wyciąganie naszych bagaży na brzeg, naprawdę pełny szacun za to, że żadna torba nie wpadła do oceanu.

Pierwsze wrażenie niesamowite - autentyczna  dżungla z domkami nad Pacyfikiem. Ośrodek znajduje się na plaży w zatoce Drake Bay (Bahía Drake) na Półwyspie Osa, czyli zachodnim wybrzeżu Kostaryki. Przywitał nas Gabriel, objaśnił zasady pobytu, lokalizację, czyhające niebezpieczeństwa i zaprowadził do bungalowu. Przy plaży była recepcja, kuchnia, pomieszczenie robiące za bar,  jadalnia z butlą wody na stojaku, wspólne prysznice i toalety oraz namioty, my zaś po schodach wspięliśmy się do rozlokowanych na zboczu kilku bungalowów i domków. Przy naszym bungalowie siedział na drzewie leniwiec więc podczas pobytu mieliśmy swojego osobistego leniwca, który witał nas codziennie rano. Opodal przebiegał szlak roboczy mrówek - grzybiarek, których pracoholizm nieustannie nas zadziwiał. 

Bungalow położony pięknie, z cudnym widokiem na ocean, i ta lokalizacja była jego jedynym atutem. Jeśli chodzi o wyposażenie, to od domku w Tortuguero dzieliły go lata świetlne. Zostaliśmy uprzedzeni o surowych warunkach w Corcovado i byliśmy na to przygotowani, jednak okazało się, że za sloganem "prosto i blisko natury" kryje się brud  i bylejakość. Wnętrze bardzo zaniedbane, sprzęty zużyte, dyndające na jednym zawiasie drzwi od szafki, pourywane zasłony, w łazience złogi zużytego mydła po poprzednich lokatorach zdobiły prowizoryczny prysznic. Okiem gospodyni mogę napisać z całą pewnością, że nikt tych domków nie sprzątał. Tak w ogóle, to łazienka została ściankami wydzielona z części sypialnej, ale ścianki nie dochodziły do sufitu. 

Popołudnie spędziliśmy na przepięknej plaży niedaleko naszej lodge, na której praktycznie byliśmy sami, pojedyncze pary korzystały z kąpieli. Maciek próbował, jednak silne prądy i wysokie fale ograniczały swobodę pływania. Kolacja wspólna dla wszystkich, byli Kanadyjczycy, my, Brytyjczycy z sąsiedniego domku i jeszcze jedna para, nie wiem skąd. Jedzenie bez szału, wydawka jak na stołówce studenckiej, ale dało się zjeść. Najważniejszym elementem posiłków były drinki przygotowywane przez Gabriela, i na nich skupiał się personel. Rozumiem, że był to bardzo wymierny zarobek tej rodzinnej lodgy, bo reszta nie specjalnie ich interesowała. Nie zamawialiśmy koktajli więc dość wcześnie udaliśmy się na spoczynek. Zasypialiśmy przy odgłosach oceanu i wariującej dżungli.
















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz